Na pohybel! "Syrena"

Data: 2021-08-11 09:43:58 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Życie Łukasza Kostrzyńskiego, znanego jako Kosa, zmienia się w pewien upalny sierpniowy wieczór. Podczas grilla w nadwiślańskich zaroślach natyka się ON na istotę, której nie potrafi opisać, choć prowadząc życie typowego warszawskiego chuligana, widział już niejedno. Przyciśnięty do muru na przesłuchaniu, oznajmia policji, że zaatakował go smok.

Na praskim brzegu Wisły podczas porannego joggingu mężczyzna odkrywa zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Śledztwo zostaje przydzielone komisarzowi Norbertowi Zawickiemu, mającemu łatkę miłośnika spraw dziwnych. Policjant z każdym nowym tropem utwierdza się w przekonaniu, że ta zbrodnia faktycznie należy do osobliwych, podejrzewa nawet, że nie dokonał jej człowiek. Tymczasem zaczynają pojawiać się kolejne ofiary... Czy morderczy stwór sprzed wieków nadal krąży po mieście?

Obrazek w treści

Do lektury najnowszej powieści Mariusza Kaszyńskiego Syrena zaprasza Wydawnictwo Lira. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy oraz drugi fragment książki, tymczasem już teraz zachęcamy do przeczytania kolejnej jego części:

Niezgrabnie przewrócił się na drugi bok, strącając butelki ze stolika przy łóżku. Jedna eksplodowała, a przynajmniej tak zabrzmiało to w uszach Kosy. Jak jebany noworoczny fajerwerk! Słyszał uderzenie szkła o podłogę, a potem grzechot turlających się odłamków.

Cholera!

Andżelika, sprzątnij, zanim w to wlezę — zamierzał nakazać, ale słowa nie wydostały się ze ściśniętego gardła. I dobrze, bo w tym momencie uświadomił sobie, że trafiłyby w pustkę.

Ta suka już niczego nie posprząta. Nie po tym, co zdarzyło się wczoraj.

Usiadł na łóżku, macając łapami po twarzy, jakby sprawdzał, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu. Chyba tak. Tyle że bolało jak sto chujów. Gęba… nie, nie tylko gęba, przede wszystkim kark, a potem to już całe ciało równo, od palców u nóg po czubki uszu. Ciężko było znaleźć fragment, który nie piekł lub nie pulsował tępym bólem.

Co się, kurwa, właściwie wczoraj stało? Wydarzenia pamiętał jak przez mgłę, a przecież nie wypił dużo. Ledwie kilka piwek, tyle co nic.

Siedzieli nad Wisłą. Ostatnio często tam bawili, ale to chyba jedyne miejsce w Warszawie, gdzie jeszcze dało się żyć. Słońce tak napierdzielało, że psy nie siadały na chodnikach, by sobie nie usmażyć jajec.

Zaśmiał się do własnej myśli, choć przypominało to bardziej charkot zmieszany z czkawką.

No więc siedzieli. Potem ta głupia pizda go zdenerwowała. Znów się stawiała, a powinna, swołocz, znać swoje miejsce. Walnął ją chyba. Nie. Polał rozpałką. I dobrze, zasłużyła. Już dawno powinien poszukać lepszej. Przede wszystkim młodszej, ta krowa była niemal dychę starsza od niego. Fakt, że takiego tyłka i cycków można było ze świecą szukać, ale jednak wiek robił swoje. Należało dawno wymienić ją na świeższy towar. Trzydziestka to już przecież niemal jak prosektorium.

Więc polał i podpalił. Taki żarcik. Trza mieć poczucie humoru, nie? Ta kurwa nie miała. Pobiegła w krzaki.

I chuj z nią. Powinna zrozumieć, że był to jego sposób na powiedzenie goodbye. Zwykłe dżentelmeńskie rozstanie.

Bez żalu z jego strony.

Ale ona wróciła…

Jezu, jak ten łeb go napierdalał! Nie, przecież nie wróciła… Myśli i wspomnienia zamieniały się w galaretę, trzęsącą się i niewyraźną. Nie bardzo potrafił uskładać z nich jakiegokolwiek spójnego i choć trochę sensownego obrazu. Nie wróciła, tylko zaczęła wrzeszczeć, jakby obdzierali ją ze skóry.

Dźwignął się i dopiero wtedy zrozumiał, że stoi w stłuczonym szkle. Nie poczuł tego za cholerę, ale krwawił. Czerwień sprawiła, że poczuł mdłości, ale i coś na kształt pragnienia. Zwalczył oba przeciwstawne uczucia i poczłapał do łazienki.

Musiał się odlać.

Poza tym liczył, że zimna woda choć na moment uwolni łeb od pulsującego bólu. A więc darła się. Najpierw go to zirytowało i gdyby była pod ręką, przypierdoliłby jej porządnie. Potem — wraz z rosnącym natężeniem jebanego wrzasku — rozwścieczyło go to tak, że zerwał się z miejsca i ruszył za suką. 

Jeśli darła się sama z siebie, to w pełni zasłużyła na czułe spotkanie z kostkami jego pięści; jeśli ktoś ją przyprawił o ten atak paniki, to on zasłużył na przywitanie. Nikt nie będzie pastwił się nad jego kobietą (chwilowo pomijał fakt, że właśnie elegancko ją zostawił). 

Pobiegł w krzaczory. Chłopaki poszli w jego ślady? Nie pamiętał. Co za różnica? Wbiegł między te wierzby czy inne chujostwa, które tam rosły, i…

No właśnie, co się wtedy stało?

Wszystko, co było później, zasnuwała jeszcze gęstsza mgła. Pojawiały się w niej pojedyncze obrazy, ale zupełnie bezsensowne.

Andżelika z czymś grubym, pokrytym łuskami, owiniętym wokół szyi. Charcząca, starająca się uwolnić. Wtedy już nie krzyczała.

Ośmiornica, która pochłonęła jej głowę.

Kolec jadowy czy żądło chyboczące się w przód i w tył.

I zęby, zęby, wszędzie zęby…

A na to wszystko nakładał się spokojny, hipnotyzujący głos…

Wszystko będzie dobrze.

A chuja tam będzie.

Kosa dotarł do umywalki i wsparł się o nią ciężko. Zamocowana do ściany śrubami z trudem utrzymywała jego ciężar. Zerknął w lustro. Było wyszczerbione z jednej strony i pokryte setkami drobnych czarnych plamek, które sprawiały, że odbicie zdawało się spoglądać na właściciela z surrealistycznej krainy cieni.

Wyglądał strasznie i niewielki wpływ na to miało zniszczone lustro. Przetłuszczone, zmierzwione włosy sterczały we wszystkie strony nad poszarzałą mordą, ozdobioną sinymi worami pod każdym okiem. Golił się wczoraj rano, więc zarost też zrobił swoje.

Przypominał sponiewieranego menela. Nie spodobało mu się to, co zobaczył, więc przypieprzył pięścią w szkło. Pękło. Siedem lat nieszczęść. Matka tak gadała. Najwyraźniej w swoim popapranym życiu nie robiła nic innego, jak tłukła lustra, bo nieszczęście ciągnęło za nią, jakby za nie wyszła. Choć na dobrą sprawę to faktycznie wyszła za nieszczęście. Nieszczęście losu. Zapijaczoną, łachudrowatą pokrakę. Nikczemnej postury i takiego samego charakteru. Wszyscy nim poniewierali. Patrząc na niego, Kosa obiecywał sobie, że nigdy taki nie będzie. To on da życiu popalić, a jeśli ktoś stanie mu na drodze…

Zazgrzytał zębami, przekonując się, że niesie to ze sobą falę bólu. Wyszczerzył się do lustra. Dziąsła czerwieniły się od krwi, jakby właśnie miały okres.

Kurwa, co się dzieje?!

Splunął do zlewu i czerwony kleks zatrzymał się na ściance. Potem nadciągnęły mdłości. Nie próbował ich opanować. Nachylił się nad sedesem i ulżył sobie z głębi trzewi. Odnosił wrażenie, że wyrzyga bebechy. Flaki i reszta wnętrzności wylecą na zewnątrz, zostawiając pustą wydmuszkę opróżnionego ciała.

Raz jeszcze spróbował wrócić myślami do wczorajszego wieczoru. Co tam się, do cholery, stało? Dlaczego nie potrafi sobie tego przypomnieć? Fakt, nie raz urywał mu się film, ale nie tak. Nie po zaledwie kilku piwkach. No i żaden z kaców, które go dotychczas męczyły, nie przypominał objawami choroby popromiennej. A czuł się, jakby właśnie spierdzielił w podskokach z Czarnobyla.

I to nie gdzieś z obrzeża zamkniętej strefy, ale z samego jebanego reaktora.

Jeśli to kac, pomoże ci lufka.

Uchwycił się tej myśli.

Najlepsza byłaby czysta, ale w tym momencie nie pogardziłby czymkolwiek. Wypiłby wszystko, byleby tylko nie groziło to oślepnięciem. Wracaj, stop, poprawka — gdyby jakiś dobry samarytanin mu ją podsunął, walnąłby nawet szklanę metylu. Wszystko, byleby tylko męki się zakończyły.

No to chlup!

Na pohybel!

Sobie i całemu światu!

Zostawiając za sobą czerwone ślady, skierował się do kuchni. Dopiero teraz zauważył, że ręka, która ukarała lustro w łazience, również krwawi.

Nieważne. W porównaniu z bólem reszty ciała — ból ręki praktycznie nie istniał.

Stół był niesprzątnięty, walały się na nim resztki jedzenia, na których w najlepsze bzykały się połyskujące zielonkawo muchy. Dlaczego były takie głośne?

Otworzył usta, by przywołać — wrzaskiem — Andżelikę, ale zaraz je zamknął. Nie przyjdzie i nie posprząta. I nie tylko dlatego, że próbowałeś na do widzenia zamienić ją w żywą pochodnię. To tylko niewinny żarcik, wskazanie jej miejsca w szeregu. Nie przyjdzie, bo przed tobą dostało ją to c o ś.

Łuskowate sploty na szyi zaciskały się. Ramiączko bluzki się zsunęło, odsłaniając drgającą bladą, nieopaloną pierś z wytatuowanym podpisem Kosa. No co? Przecież należała do niego.

Przywołany obraz był na tyle żywy, że Kosa nie wytrzymał i puścił pawia do zlewu, wprost na stertę brudnych talerzy.

Opadł na stołek i sięgnął do drzwi lodówki. Musiał się pochylić, by pochwycić rączkę. Szarpnął i niemal runął na podłogę. Kurwa, co za czasy, że nie ma mu kto podać szklanki wódki!

Wysiłek okazał się próżny. Lodówka była pusta. No, niezupełnie pusta, znalazł nieco nikomu niepotrzebnych śmieci, jakieś serki, twarożek, jogurt naturalny (tfu, kto w ogóle jest w stanie przełknąć podobne świństwo?!) i inne, które nie nadawały się ani do jedzenia, ani do podtarcia dupy.

Gdzie kiełbasa, ostatecznie jakieś parówki? Mięso, mięso, to jest jedzenie, nie jakieś jebane twarożki! I gdzie jest, do kurwy nędzy, wódka?! Ta pierdolona dziwka znów zaniedbała swoje obowiązki! Gdyby nie to, że już nie żyła, własnoręcznie wyprawiłby ją na tamten świat. W tej chwili! Na to znalazłby siły, nawet jeśli czuł się niczym przepuszczony przez maszynkę do mięsa.

Ale najpierw wsadziłby jej łeb do zarzyganego zlewu i wyczyścił go dokładnie jej kudłami. Zasłużyła.

Zataczając się, ruszył z powrotem w kierunku pokoiku służącego za sypialnię. Szedł od ściany do ściany, zostawiając na każdej krwawy ślad rozwalonej dłoni.

Może przy łóżku zostało jakieś piwo? Choć jeden pieprzony grzdyl pieprzonego piwa w pieprzonej niedopitej butelce lub puszce.

Boże pedofili w czarnych sukienkach, spraw choć raz w historii tego posranego świata jakiś praktycznie użyteczny cud!

Modlitwy, o ile w ogóle można użyć tego słowa, nie zostały wysłuchane. Kosa wiedział o tym, nim jeszcze wtoczył się do pokoiku. Leżące butelki nie pozostawiały wątpliwości, że w ich środku nie kryje się więcej niż kilka kropel.

Opadł na łóżko i niemal wrzasnął z bólu. Każdy kawałek skóry zdawał się płonąć, a najbardziej cholerny kark. Ostrożnie obmacał go palcami. Wyczuł twardą gulę wielkości orzecha włoskiego. To nie było ukąszenie komara. Dziabnęło go coś większego.

Z mroków pamięci wyłonił się obraz rozchwianego kolca jadowego. Na jego końcu lśniła niczym perła kropla cieczy. Trucizna.

Zamknął powieki i wspomnienie znikło. Wspomnienie? Na pewno? Może mu się to zwyczajnie przyśniło? Może któryś z chłopaków zabrał wczoraj ze sobą dopalacze lub inne gówno. Zazwyczaj nie tykał takich świństw, wódeczka do szczęścia mu wystarczała, ale może uczcił w ten sposób rozstanie z tą starą kurwą i po prostu tego nie pamiętał?

To przecież miało sens. Prawda? Większy w każdym razie niż drapieżny stwór, koszmarne połączenie węża, skorpiona, ośmiornicy i hak wie czego jeszcze w przybrzeżnych krzakach niemalże w sercu Warszawy.

Miało?

A ślad na karku?

Wzruszyłby ramionami, gdyby znalazł w sobie aż tyle siły

Książkę Syrena kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Syrena
Mariusz Kaszyński0
Okładka książki - Syrena

Usiądź wygodnie i wsłuchaj się w szept wiślanych fal. Opowiedzą Ci o warszawskiej syrence. Tylko trzymaj się mocno. Będzie bolało... Życie Łukasza Kostrzyńskiego...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo