Barwny obraz świata, który już odszedł — czasów, gdy na polach pracowały konie, a dzieci bawiły się prostymi zabawkami i przeżywały przygody w rytmie natury. Narrator, młody Adaś, opowiada o codzienności rodziny gospodarującej na kilkuhektarowym polu, o pracy, szkole, pierwszych zauroczeniach i dziecięcych przygodach w gronie kolegów z plemienia Apaczów.
Książka składa się z czterech części – jesieni, zimy, wiosny i lata – które oddają cykl życia na wsi oraz zmienność prac polowych i dziecięcych zabaw. Choć postacie i zdarzenia są fikcyjne, opis realiów życia, tradycji i atmosfery tamtych lat ma charakter wspomnieniowy i autentyczny – autor czerpie z własnych przeżyć i wspomnień przyjaciół z młodości.
To ciepła, pełna humoru i refleksji powieść o dzieciństwie, dorastaniu i o świecie, którego już nie ma – swoisty hołd dla minionej epoki i dla ludzi Ziemi Dobrzyńskiej.

Do przeczytania książki Janusza Wacławiaka Dawno temu na ziemi dobrzyńskiej zaprasza BookEdit. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dawno temu na ziemi dobrzyńskiej. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Tak rozmyślając, znalazłem się w domu. Teraz szybkie mycie i śniadanie, które już na mnie czekało. Alicja, moja siostra, właśnie zajadała. Była to kawa zbożowa z mlekiem i chleb ze smalcem. Kawa z mlekiem nie była na co dzień, ale często właśnie na śniadanie i dzisiaj na pierwszy dzień szkoły bardzo mnie ucieszyła. Chleb ze smalcem też bardzo lubiłem, mama ten smalec robiła sama – był on z kawałkami mięsa i pysznie przyrządzony, nikt inny takiego nie robił. Mama Alina była kobietą młodszą od taty o kilka lat, opiekowała się domem i dziećmi, ale też pomagała w pracy w gospodarstwie. Była to ciężka praca, ale mama nigdy nie narzekała, była zawsze pogodna i zadowolona, czym zarażała nas wszystkich. Miałem jeszcze starszego brata Andrzeja, który chodził już do szkoły średniej i mieszkał w internacie w Toruniu.
Gdy kończyłem jedzenie, wrócił rowerem tata z pustą kaną po mleku. Mleko, wydojone rano przez mamę, zawoził codziennie do zlewni, którą nazywaliśmy mleczarnią. Ojciec, Antoni Żuraw, był wysokim mężczyzną, dobrze zbudowanym, w wieku niespełna 50 lat. Praca w gospodarstwie była jego pasją i miał na ten temat ogromną wiedzę. Mimo że skończył tylko szkołę podstawową, jeszcze przed wojną, wygrywał konkursy wiedzy rolniczej. Miał duży zbiór książek, w tym wiele dotyczących uprawy roli i hodowli zwierząt. Oprócz tego lubił książki historyczne, więc mieliśmy całą serię „Dzieje Polski” Józefa Ignacego Kraszewskiego i serię historyczną Karola Bunscha, powieści Sienkiewicza, Żeromskiego, Prusa i mnóstwo innych książek autorów polskich i zagranicznych. Najwięcej jednak było książek Janusza Meissnera o lotnictwie, ulubionego autora taty. My z Andrzejem czytaliśmy książki przygodowe, podróżnicze, więc nasza biblioteczka zawierała też pozycje Alfreda Szklarskiego, Karola Maya czy Aliny i Czesława Centkiewiczów. Nasz domowy księgozbiór zawierał ponad sto różnych książek i zapewne był najobszerniejszy w całej wsi, stąd sąsiedzi często przychodzili pożyczać lektury. Zamiłowaniem do książek i czytania tata zaraził nas wszystkich w domu.
Tata, ledwie mnie zobaczył, będąc jeszcze w drzwiach, i zawołał:
– Adaś, jak wrócisz ze szkoły, musisz zabronować pole za lasem.
– Ale dzisiaj mamy naradę naszego szczepu – próbowałem się wymigać.
– To zdążysz. O której tajna narada Apaczy? – zapytał z lekkim uśmiechem.
– O piątej po południu – odpowiedziałem z miną wodza Apaczów.
– Co tak wcześnie? Zróbcie później to zebranie, po kolacji.
– Nie wiem, czy chłopakom będzie pasowało, zobaczymy. – Wiedziałem, że musimy skorygować plany.
Ale trzeba się spieszyć, już prawie 8:00, a rozpoczęcie roku o 9:00. Z Tomkiem umówiłem się na 8:15, więc jeszcze mycie zębów, zmiana ubrania na granatowe spodnie i białą koszulę i można wychodzić. Tomek mieszka w sąsiednim domu, więc podszedłem pod okno i zagwizdałem, co poskutkowało ukazaniem się w oknie głowy Tomka, który pokazał, że już wychodzi. Tomek jest moim najbliższym kolegą i kuzynem, chodzimy do jednej klasy. Zabraliśmy Alę, która zawsze się spóźnia, Stasia, brata Tomka i razem rozpoczęliśmy wędrówkę do szkoły, po drodze zabierając kolejnych kolegów. Po drodze dołączyli: Marek Witkowski, Józek Zawadzki, a potem Tadek Kawa z bratem Marcinem. Godziny spotkań mieliśmy opanowane do perfekcji, w końcu chodziliśmy tą samą drogą już szósty rok. Do szkoły mamy dwa kilometry polną drogą, część ścieżkami między polami. Alicja idzie zwykle przodem z młodszym bratem Tomka, Stasiem i Zosią, siostrą Eli Zabłockiej.
– Dzisiaj zebranie Apaczów na mostku – zacząłem, żeby wszystkim przypomnieć.
Zobaczyłem u wszystkich na twarzach lekki niepokój. Stasiek, brat Tomka, nie należał jeszcze do naszego szczepu, ale dziś właśnie miał być przyjęty. Mieliśmy żelazną zasadę milczenia o tajnych sprawach w obecności innych. Ale skoro postanowiliśmy przyjąć nowego członka, to powinien on o tym wiedzieć.
– Ja to nie wiem, czy zdą… zdą… żę… – zacinał się lekko Józek. – Bo mam robotę w polu. Ucieszyłem się w duchu, bo też chciałem przesunąć termin, ale udawałem, że wcześniejsza godzina, którą ustaliliśmy, jest nie do ruszenia.
– Powiem tak, bez Józka nie możemy zacząć, to zaczekamy – podjął niepewnie temat Marek. Pozostali też popierali ten pomysł. W końcu stanęło na godzinie ósmej wieczorem.
– Hasło na dziś to: Apacze nie znają strachu. – Jako wódz ustalałem hasło dla wszystkich Apaczy – odzew: Pamiętaj o tym, Stachu.
Szkoła znajdowała się w Nowej Wsi i miałem do niej około dwóch kilometrów. Uczęszczało do niej mniej więcej sto uczniów z okolicznych wsi. Budynek był stosunkowo nowy, wybudowany na tysiąclecie państwa, posiadał dużą salę gimnastyczną, duże sale lekcyjne, bibliotekę, salę do zajęć praktycznych, sale do fizyki i chemii. Młodsze klasy miały zajęcia na parterze, a starsze na piętrze. Obok budynku szkoły były boiska do piłki nożnej i siatkówki.
W szkole rozpoczęcie roku przebiegło rutynowo. Było przemówienie ministra z radia, jak zwykle były problemy z głosem, co powodowało liczne śmiechy. Najważniejsze było spotkanie z kolegami, z którymi nie widzieliśmy się przez całe wakacje. A jeszcze ważniejszym wydarzeniem było zobaczenie Agaty, mojej szkolnej sympatii. Tylko nie wiem, czy Agata wiedziała, że jest moją sympatią. Przez cały ubiegły rok starałem się jej to uświadomić, ale bez powodzenia. Postanowiłem sobie, że w tym roku od razu na początku przystąpię do zdecydowanego ataku.
Agata Jesion była wysoką, szczupłą dziewczyną o jasnych, lekko kręconych włosach sięgających do połowy pleców. Twarz miała owalną, oczy wyraźne, niewielki, ładny nosek i wąskie usta. Dbała zawsze o czystość zarówno ubrania, jak i ciała. Wyróżniała się na tle klasy dbałością o higienę, z którą bywało różnie. Dziewczyny zazwyczaj przychodziły do szkoły czysto ubrane, ale chłopcy niekoniecznie.
Agatka dobrze wiedziała, że podoba się wszystkim i często to z premedytacją wykorzystywała. Potrafiła owinąć sobie wokół palca każdego chłopaka i nim manipulować. Miała czterech braci i w domu też była uwielbiana i oszczędzana przed wszelkimi pracami. Ręce miała więc zawsze czyściutkie i zadbane, fartuszek wyprany i idealnie wyprasowany. Przyjaźniła się z Moniką Baranowską i Elą Zabłocką.
Zaraz po uroczystym rozpoczęciu zauważyłem, że stoi z Elą Zabłocką i jest im bardzo wesoło. Ela była moją sąsiadką zza strugi, więc znaliśmy się bardzo dobrze. Podeszliśmy z Tomkiem.
– Zobacz, Ela, jesień nadchodzi, bo lecą żurawie. – Agata zaśmiała się na nasz widok, nawiązując do naszego nazwiska, Żuraw.
– Cześć, co wam tak wesoło?
– Z was się śmiejemy. – Agata potrafiła być bardzo bezpośrednia, ale odebrałem to jako żart i wyraz sympatii, w końcu nas zauważyły.
– Bardzo nam miło, że o nas myślicie, też tęskniłem – odpowiedziałem przytomnie.
– Przez całe wakacje się nie odezwałeś, a mówiłeś, że mnie lubisz – zwróciła się do mnie Agata.
– No wiesz, te liczne wyjazdy, obowiązki, rzadko byłem w domu – zażartowałem, bo przecież nigdzie nie wyjeżdżałem. – A gdzieżeś to bywał, czarny baranie? – odezwała się Ela, która była moją sąsiadką przez rzekę, nawiązując do wiersza z Elementarza. – Bo prawie codziennie widziałam cię w polu.
– W młynie, w młynie, mościwa pani – odparowałem też wierszem. – No właśnie, na jednym polu, potem drugim i trzecim, ile ja musiałem podróżować. A ty byłaś w wakacje u Eli? – zwróciłem się do Agaty.
– Byłam kilka razy, nad rzeką też byłyśmy, i przy figurce.
– To jak to się stało, że cię nie widzieliśmy? Ukrywałaś się? – wtrącił Tomek.
– A może nie chciałeś mnie widzieć? – zapytała Agata.
– A skąd, zawsze miło was widzieć, dziewczyny, całe wakacje czekaliśmy na tę chwilę, prawda, Adam? – zwrócił się do mnie ze śmiechem Tomek. – To gdzie bywałaś, gwiazdo Nowej Wsi, oprócz domu Elki? – Tomek też potrafił być złośliwy.
– U ciotki byłam w Dobrzyniu, w Toruniu też kiedyś na wycieczce i w Bydgoszczy chwaliła się Agata.
– To prawie jak w Ameryce – podziwialiśmy z pełną powagą.
– A co, byłeś kiedy tak daleko?
– Byłem w Bydgoszczy, mam tam ciotkę – odparował Tomek. – Adam też był.
– Przestańcie z tymi przechwałkami, każdy gdzieś tam był – próbowała załagodzić spór Ela.
Nie było to wymarzone powitanie po dwóch miesiącach. Wiedziałem, że dzisiaj już nic więcej nie zwojuję, ale jutro postanowiłem powiedzieć jej coś miłego.
Tagi: fragment,
