reklama

Ten las słyszał wszystko. Fragment powieści "Wenus umiera"

Data: 2021-02-11 11:12:20 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Schyłek lat dziewięćdziesiątych, Park Narodowy Gór Stołowych. Na szlaku zostają znalezione dwa ciała w zaawansowanym stadium rozkładu. Wszystko zdaje się wskazywać na atak niedźwiedzia. Fakt, że ofiary to Miss Polski i syn wysokiego rangą oficera Wojska Polskiego, nie ułatwia zadania skierowanemu w góry miejscowemu śledczemu. Tymczasem w Warszawie Emil Stompor bierze udział w akcji, która zmienia jego życie. Los i pewna kobieta sprawiają, że drogi dwóch policjantów się krzyżują. 

Brak sprawcy. Brak motywu. Presja przełożonych. Tajemnice, o których po zmroku lepiej nie mówić głośno. I zagadka, którą Stompor będzie musiał rozwiązać…

Wenus umiera

Dwa ciała na sudeckim szlaku. Ofiary to Miss Polski i syn generała… Tak zapowiada się najnowsza powieść Aleksandra Sowy Wenus umiera, która inspirowana jest najgłośniejszą niewyjaśnioną zbrodnią lat 90. Do lektury powieści zaprasz Wydawnictwo Lira

Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy premierowy fragment powieści, tymczasem już teraz zachcamy Was do poznania kolejnego fragmentu tego kryminału: 

Larwy pełzają po gładkiej, ciemniejącej skórze. Są żółtawe, ruchliwe i tłuste. Wydobywają się z każdego otworu ciała. Żerują. Smród jest nie do zniesienia. Baczyński patrzy na przekrzywioną głowę i otwartą szczękę.

— To człowiek — mówi, zaciskając nozdrza. — Cały w igłach i liściach.

— Jesteś pewien?

— Na sarnę nie wygląda.

— Przyjąłem — odparł dowodzący. — Czekaj tam.

— Jakby ktoś go rozszarpał. I to parę dni temu.

Ratownik wycofuje się i spogląda na drzewa, by zająć pozycję z wiatrem. Widok obnażonego do połowy ciała z wyszarpanymi jelitami, które od kilku dni toczy robactwo, zrobiło na nim upiorne wrażenie. Chwilę później labrador macha ogonem. Pierwszy idzie siwy Górowski, tuż za nim podąża sporo młodszy strażak z OSP. Siwy zatrzymuje się, obrzuca kolegę wzrokiem, zgina się wpół z rękami na kolanach i głośno oddycha. Strażak rusza w kierunku ciała. 

— One chyba wróciły — mówi Baczyński, wskazując znalezisko. — Trzeba uważać.

— To niemożliwe — sapie siwy.

— O kurwa! Ale tu jebie!

— Szafran! Trochę szacunku przy zmarłym — syczy Baczyński. — To mógł być ktoś z twojej rodziny!

— Trupowi i tak już wszystko jedno. A z jego dziewczyną chodziłem do liceum.

— Dobra! Spokój. Mirek, Arnold! — Górowski unosi ręce. — Wszyscy jesteśmy zmęczeni — dodaje, ocierając pot z czoła — ale skakanie sobie do gardeł nic nam nie da.

Spoglądają na zwłoki. Skóra mężczyzny w niektórych miejscach zdążyła już sczernieć i napęcznieć. Spod liści widzą dżinsowe krótkie spodenki, takie same jak na zdjęciach poszukiwanego. Denat ma długie włosy i okulary.

Ponad wszelką wątpliwość — to on.

— Naprawdę myślicie, że to niedźwiedź?

— Nie mów, że nie słyszałeś, co ludzie opowiadają — mruczy Baczyński. — To też zresztą wygląda na jego robotę.

— Nikt nic nie widział — zauważa siwy. — Ja też nie uwierzę, jak nie zobaczę.

— Ludzie gadają — wtrąca strażak.

— To tylko gadanie.

— Szafran może mieć rację — dodaje Baczyński. —

Roboty tu nie ma. W lasach jest spokojniej, pola leżą odłogiem. Wsie się wyludniają, ludzie wyprowadzają się do miast. Mogły wrócić. Tu mamy dowód. To przecież nie wygląda na zawał ani udar. — Ratownik wskazuje antenką motoroli zagłębienie pod skałką.

Górowski wydyma usta, obrzuca kolegę wzrokiem, a potem zaciska zęby, spoglądając na strażaka. Powiew wiatru porusza liśćmi, ale zamiast chłodu rozgrzane i lepkie powietrze przynosi nowy fetor. Tym razem to odór drugiego, również na wpół rozłożonego już ciała.

Niecałe pięć godzin później na parkingu pod Kopą przy drodze wojewódzkiej numer 387 prowadzącej z Kudowy Zdroju do Ścinawki Górnej pracownicy zakładu pogrzebowego ostrożnie układają drugi, zamknięty szczelnie na zamek błyskawiczny foliowy worek do karawanu pod niezadowolonym spojrzeniem komendanta Dziadkowicza.

— I co teraz? — pyta Baczyński.

— Najlepiej byłoby, żeby jeszcze dzisiaj was przesłuchać — odpowiada siwy, wysoki i szczupły oficer, po czym spogląda na worek z ciałem.

— Nas?

— No, was, was, Szafran. Co się tak dziwisz?

— Przecież nic nie zrobiliśmy.

— Znaleźliście ciała i byliście na miejscu zdarzenia.

Mirek Szafran zerka na Baczyńskiego. Ten głaska po głowie leżącego przy prawej nodze psa. Siwy dowódca Wałbrzysko-Kłodzkiej Grupy GOPR zaciska usta.

— Ten dzień i tak już jest do niczego, a oni muszą to zrobić. — Wskazuje na policjanta. — Będziemy to mieli z głowy.

— Tak będzie najlepiej. Pół godziny i będziecie wolni.

— A Pawelec? — pyta Szafran. — On doszedł po nas.

— Wiem, Mirek, ale sami widzicie. Trafiło go.

— Jak każdego.

— Nie, nie jak każdego, komendancie. — Baczyński rzuca niedopałek pod nogi. — Dla nas to tylko ciała — dodaje, rozcierając butem resztkę papierosa na wciąż ciepłym asfalcie. — On znał ją osobiście.

Cztery pary oczu spoglądają w stronę mężczyzny. Człowiek w zielonym mundurze strażnika leśnego siedzi nieruchomo przy terenowym samochodzie Parku Narodowego Gór Stołowych, oświetlony trupiobladym światłem latarni, i wpatruje się tępym wzrokiem w las.

Zwierzę przy nodze Baczyńskiego nagle unosi łeb, stawia uszy i odsłania zęby, kiedy czarny jeep grand cherokee przejeżdża drogą. A potem kładzie uszy na karku, układa

łeb na łapach przed sobą, wydając krótki, cichy, niski dźwięk.

— Jego też będzie trzeba przesłuchać — komendant kiwa głową — ale jak dojdzie do siebie. Wy jedźcie do komisariatu. Zróbcie, co trzeba.

— Jeśli to niedźwiedź, to lepiej, żebyśmy tutaj nie stali — stwierdza Baczyński.

Andrzej Pawelec odrywa się od pachnącego żywicą cichego lasu i wolno podchodzi. Żaden nie ma odwagi, żeby spojrzeć w jego podpuchnięte od łez oczy.

— Słyszycie?

— Co mamy słyszeć? — pyta Baczyński. — Nic nie słychać.

— Ten las słyszał wszystko. I wie, jak doszło do tego.

— Jedź do domu.

— Nie, pojadę z wami. Możecie mnie przesłuchiwać.

— Możemy to załatwić też jutro — odpowiada oficer.

Pawelec spogląda pod latarnię, gdzie tłoczą się roje owadów.

Potem parking pod Kopą przy najbardziej krętej drodze w Polsce pustoszeje. Las wokół wciąż jest milczący, cichy, spokojny. Ta cisza jest milczeniem w sprawie tego, co stało się tam owego tragicznego popołudnia.

Naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Wałbrzychu podinspektor Janusz Antkowiak podszedł do kalendarza i wyrwał kartkę z datą 26 sierpnia 1998 roku, a następnie przesunął po wąsach, wzdłuż kącików ust, dwoma palcami. Był w świetnym nastroju. W radiu wesoło śpiewał Sinatra. Policjant rozładował pistolet, odłożył broń do szafy, obok położył legitymację. Zerknął raz jeszcze, poprawił legitymację, przekręcił klucz. Wtedy zadzwonił telefon.

— I co tam, proszę ja ciebie, w Kotlinie Kłodzkiej?

— Ziemi kłodzkiej. Szczytna to już nie kotlina, komendancie. Wszystkie czynności wykonane. Papiery zrobione. Melduję, że nie mamy sobie nic do zarzucenia.

— Ty mi tu nie melduj! Pytam, co masz.

— Moskal w noc z piętnastego na szesnastego sierpnia bawiła się w dyskotece Relax w Szczytnej. Około trzeciej piętnaście wyszła z lokalu i udała się w kierunku Dusznik, do domu — wyrecytował.

— I co?

— Na razie nic więcej.

— Jak to, kurwa nic więcej? Minęło dziesięć dni od zabójstwa i nic nie masz? Co ty mi tu pierdolisz za uszami? Sama wyszła? Co się dalej stało, że dwa dni później kierowca pekaesu zauważył, jak leży sztywna, z rozwaloną głową, w rowie przy drodze?

— Wyszła z byłym chłopakiem — westchnął Antkowiak i usiadł przy biurku. — Chłopak przesłuchany, wygląda na to, że to nie ma z tym nic wspólnego. Rodzina, koledzy i koleżanki tak samo. Nawet ochronę dyskoteki przesłuchaliśmy, jak chciał prorok.

— Prorok?

— No tak — odpowiedział Antkowiak. — Znaczy prokurator.

— Znam nasz żargon — mruknął zirytowany komendant. — Tylko się dziwię, że sobie roboty dołożył.

— Chyba czytania, bo i tak nie mamy podejrzanych.

Zebraliśmy ślady, czekamy na wyniki z laboratorium. Nic. Ciało częściowo obnażone, więc wygląda na to, że została zgwałcona.

— I to mnie właśnie martwi.

— Zgwałcenie?

— Nie o to chodzi — mruknął komendant Pszczoła.

— Spokojnie. Będzie dobrze. Czekamy na rozwój wypadków. Przyjdą wyniki i możliwe, że coś wyjdzie z nich ciekawego.

— Mnie nie interesuje „możliwe—niemożliwe”.

Wysoki, szczupły, ale wyprostowany policjant wstał, podszedł do okna i jego postać odbiła się od szyby. Z powodu charakterystycznego prostego trzymania się oraz wydatnego nosa żona kiedyś twierdziła, że przypomina de Gaulle’a. On poza wzrostem nie widział podobieństw, ale odkąd w 1967 roku złożył ślubowanie, wiedział, że komendant wojewódzki telefonował po piętnastej trzydzieści tylko w naprawdę nadzwyczajnych okolicznościach.

— Niewykluczone, że z tego, co tam zebraliśmy, coś się wykluje, ale na razie trzeba czekać, a ja idę na urlop — podsumował Antkowiak bez emocji.

— Będziesz, proszę ja ciebie, musiał się wstrzymać — oznajmił komendant.

— To urlop zaległy.

— Jest potrzeba służby.

— Co się stało? — zapytał gliniarz i zamknął oczy, aby nie patrzeć na własne odbicie w szybie. A więc wyjaśniło się, w jakiej sprawie ten telefon. Racjonalne wytłumaczenie mogło być tylko jedno i Antkowiak je znał, niestety, aż za dobrze. Tak samo jak Pszczołę. — Jaka jest ta nadzwyczajna potrzeba służby?

— Mamy kolejne zwłoki.

— Gdzie?

— W dupie! — mruknął Pszczoła. — Przecież nie tutaj! Zrobiło się w tej twojej Kotlinie Kłodzkiej bardzo niefajnie. Sęk w tym, że niedaleko. Sześć kilometrów od Szczytnej. A ty odpowiadasz za ten rejon, więc pojedziesz tam jutro i obejmiesz sprawę nadzorem. I nie mów, że coś się nie da, bo przyjdzie ktoś i to zrobi!

— To niech przychodzi. — Choleryk wziął górę w Antkowiaku.

— Antek!

— Moja córka odbiera dyplom.

— I tym gorzej dla ciebie — uciął Pszczoła. — Nie żyje chłopak, lat dwadzieścia pięć. I dziewczyna o rok młodsza. Byli parą. Można powiedzieć, że to studenci. On z Wrocławia, a ona z Międzylesia. Personalia ustalone ponad wszelką wątpliwość. Są teraz w prosektorium — odparł komendant. — W Kłodzku. Jutro sekcja.

Te kilka zdań oznaczało kłopoty. Wprawdzie jutro był piątek, a Antkowiak obiecał córce wolne od poniedziałku, ale nie na darmo pracował w jedynce, żeby nie mieć pojęcia, co mogą znaczyć równocześnie dwa nowe ciała w tym samym rejonie.

— Zajmuję się już czymś innym.

— Uhm — odparł komendant. — Urlopem, co?

— Pan wie, że on mi się naprawdę należy?

— A ty wiesz, że to już nie jest sprawa dla rejonu, co? Rodzina jeszcze nic nie wie — powiedział komendant. — Zwłoki znaleziono w górach, przy szlaku. Jeśli się okaże, że to zabójstwo, mamy przejebane. I dlatego dzwonię.

— O co chodzi z tym „jeśli się okaże”?

— To może być sprawka niedźwiedzia. I wiem, jak to brzmi. Jeszcze czegoś takiego, proszę ja ciebie, nie mieliśmy — odparł mniej oficjalnie Pszczoła. — Tam jest Park Narodowy Gór Stołowych. Wszędzie lasy. Po czeskiej stronie to samo. Strażnicy parku twierdzą, że był tam widziany niedźwiedź z młodym. To nie jest pewne, ale dwa rozszarpane trupy już tak.

— I mieliby zostać zabici przez misia?

— Sam jesteś miś — zirytował się Pszczoła. — To nie są, kurwa, żarty! I dlatego pojedziesz tam, rozeznasz się i wszystkiego dopilnujesz. Ciała były obnażone tak samo

jak ta twoja Moskal ze Szczytnej.

Antkowiak przetarł pozbawioną włosów skórę na głowie i nabrał powietrza.

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wenus umiera
Aleksander Sowa 2
Okładka książki - Wenus umiera

Dwa ciała na sudeckim szlaku. Ofiary to Miss Polski i syn generała… Powieść inspirowana najgłośniejszą niewyjaśnioną zbrodnią lat 90.  Schyłek...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Reklamy