Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej inteligencji?
Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci - brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Koppela, pracującego dla rządu USA, to rzeczywistość. Jego dzieło – przełomowa sztuczna inteligencja – nazywa się ZEUS. Ale właśnie zamieniło się w koszmar.
Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają twarda policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która... skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. ZEUS bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół. Są tylko poszczególni gracze.
Czy Koppel uciekł? A może go porwano? Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program?
Zapnijcie pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach.

Algorytm W.P. Rdzanka to pierwszy tom trylogii AI-gent. Mroczne kody. Do lektury zaprasza Dom Wydawniczy Rebis. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Algorytm:
PROLOG
listopad, dwa lata wcześniej,
Warszawa
Chłopiec miał nie więcej niż siedem, osiem lat – trudno było to ocenić z całkowitą pewnością, ponieważ siedział odwrócony tyłem do lampki nocnej, jedynego źródła światła w pokoju. Jego drobna sylwetka niknęła w półmroku, a twarzyczka skryta w cieniu zdawała się nieruchoma jak u porcelanowej lalki. Przysiadł na samym skraju ogromnego hotelowego łóżka, z nogami zwieszonymi tuż nad puszystym dywanem; plecy miał lekko przygarbione, instynktownie próbując skurczyć się do rozmiaru, który nie będzie już nikomu przeszkadzał.
W prawej dłoni trzymał mały czerwony samochodzik – metalowy, z lakierem startym na rogach i lekko wgniecionym dachem, pełen blizn zebranych w tysiącu takich podróży. Przesuwał go powoli po śnieżnobiałej, idealnie naciągniętej kołdrze. W przód. W tył. W przód. W tył. Monotonny, pozbawiony jakiejkolwiek dziecięcej radości ruch miał dawać złudzenie odrobiny kontroli.
Pozorny luksus apartamentu był przytłaczający. Banalne, grube, pochłaniające dźwięk zasłony, beżowe ściany i anonimowe grafiki tylko udawały przepych. Wszystko było standaryzowane, bezosobowe, włącznie z zapachem – subtelnie cytrusowym, z ledwie wyczuwalną nutą środka dezynfekującego. Tutaj się nie żyło; to miejsce służyło stawaniu się bezimiennym i niewidzialnym. I ta cisza… Mogłoby się zdawać, że ktoś starannie usunął wszelkie ślady życia. Klimatyzacja, zazwyczaj dająca o sobie znać cichym szumem, została wyłączona; lodówka, z której zwykle oferuje się niebotycznie drogie napoje, zabudowana w ciężkiej mahoniowej szafce, milczała odcięta od prądu; nawet telewizor straszył czernią martwego ekranu. W tej absolutnej ciszy dało się wychwycić tylko ten jednostajny suchy szelest – dźwięk malutkich plastikowych kółek obracających się na gładkim materiale pościeli.
Pięćdziesięcioletni mężczyzna stał kilka kroków dalej, dopinając mankiety koszuli. Robił to z chirurgiczną precyzją, bez pośpiechu i w całkowitym skupieniu. Drobne złote spinki z onyksowym oczkiem były dyskretnym detalem, który idealnie komponował się z szytym na zamówienie garniturem, śnieżnobiałą koszulą i krawatem w kolorze głębokiego burgunda. Perfekcyjnie wypolerowana skórzana teczka stała przy jego nodze, gotowa do wyjścia. On sam też był gotów.
Nie patrzył już na dziecko. Wzrok zatrzymał na własnym odbiciu w przyciemnionej szybie panoramicznego okna, za którą majaczyła rozmyta poświata miasta, zniekształcona jesiennym zmierzchem. Światła ulic, mostów i wieżowców pobłyskiwały, tworząc abstrakcyjne, pulsujące kształty. Dla niego był to widok, w którym nie dostrzegał piękna. Kojarzył mu się z mapą, terenem operacyjnym, po którym musi się poruszać bez emocji i nie tracąc czasu na kontemplację.
Ważne spotkanie, przed którym dał upust swoim żądzom, miało się rozpocząć za trzydzieści pięć minut w prywatnej salce restauracyjnej na poziomie minus jeden. Jego gość znany był z punktualności i chorobliwego wyczulenia na hierarchię, zatem przyjście przed czasem stanowiło niepisany, lecz obligatoryjny element protokołu. Towarem były informacje, a ich przekazanie odbywało się bez zbędnych uprzejmości. Potem, w zupełnej samotności, pozostanie mu tylko napisanie raportu, który zapieczętuje niemożliwym do złamania szyfrem, i cierpliwe oczekiwanie na nagrodę.
Odwrócił się i przeszedł przez pokój. Dźwięk jego kroków utonął całkowicie w grubej wykładzinie. Zatrzymał się przy stoliku nocnym. Otworzył portfel i wyjął przygotowany plik używanych, lekko zmiętych banknotów, starając się stworzyć iluzję, że to, co się wydarzyło, nie było wynikiem chłodno wykalkulowanej transakcji, a raczej czymś spontanicznym i radosnym, co zasłużyło na hojność. Taki głupi, nieistotny szczegół, ale ważny dla niego, dla podtrzymania poczucia własnej wartości, a przynajmniej jej resztek. Położył je obok ciężkiej podstawy mosiężnej lampki bez odliczania, bo przecież już wcześniej wszystko przeliczył.
Chłopiec nie poruszył się nawet o milimetr. Nie spojrzał. Wiedział, że chwilę po tym, jak mężczyzna wyjdzie z pokoju, pojawi się jego wuj i zabierze go do domu.
Mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Podniósł teczkę, sprawdził telefon i widząc jedno pozbawione znaczenia powiadomienie, odrzucił je mechanicznym ruchem kciuka. W oprawionym w ciężką ramę lustrze w przedpokoju ostatni raz skontrolował węzeł krawata. Jego twarz była gładka, pusta i pozbawiona wyrazu.
Moralność ludzi z zewnątrz, z tamtego świata naiwnie wierzącego w czerń i biel, zupełnie się dla niego nie liczyła. Nie uważał się za złego ani też za dobrego. Po prostu rzeczywistość, w której operował, nie znała takich pojęć. Istniały tylko skuteczność, minimalizacja ryzyka i szczelność procedur, a dylemat, czy zło to realna kategoria ontologiczna, czy tylko problem pojęciowy, w ogóle go nie zajmował.
Spojrzał po raz ostatni na pokój, na chłopca i na czerwony samochodzik, który wciąż poruszał się rytmicznie po tej samej beznadziejnej trajektorii. W przód. W tył. W przód…
Wyszedł, a drzwi domknęły się z cichym, precyzyjnym kliknięciem. W jego myślach nie było już chłopca. Został za zamkniętymi drzwiami. A zamknięte drzwi przestawały istnieć.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Algorytm. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
