Gdy zobaczyłem, że Marcin Mortka wydał coś, co nie jest powieścią marynistyczną i/lub przygodową, wiedziałem już, że chce to przeczytać. Dodatkową motywacją została jego wygrana w plebiscycie na książkę roku 2026 w kategorii SF (ignoruję Mroza).
Tak naprawdę lepiej nie mówić więcej, co dzieje się w tej powieści ponad to, co jest w opisie. Lepiej zatopić się w tę tajemnicę i odkrywać ją razem z Piotrem. Po prostu mamy inwazję, prawdopodobnie obcych. Więcej nie trzeba wiedzieć.
Bo mimo bardzo sprawnej budowy tajemnicy i świata przedstawionego, nad którymi można się zachwycać, powieść stoi na trzech filarach. Na trzech komunikatach i tematach, wokół których M. Mortka krąży. To o nich naprawdę chce opowiedzieć i mimo ciekawej fabuły z inwazją to ona tak naprawdę jest dodatkiem.
Po pierwsze mamy wątek personalny, obyczajowy i społeczny czy jakkolwiek to nazwać. Ludzie mają swoje problemy, są mniej lub bardziej ułożeni i zwyczajnie czasem potrzebują kryzysu, lub dostrzeżenia siebie w innym, by się zreflektować.
W posłowiu M. Mortka mówi też, że przeżycia wewnętrzne pisze tu trochę z perspektywy depresji. Ja tak tego nie odebrałem. Jednak to może świadczyć o tym, że jest ona dziś tak powszechna, że ten typ frustracji prezentowany przez głównych bohaterów – Piotra i Irminę – jest znormalizowany społecznie. Albo po prostu charakteryzacja postaci była w tym kierunku zbyt płytka i dostaliśmy tylko sfrustrowane sobą nawzajem małżeństwo.
W tej warstwie nie mamy tylko typowej historii o naprawie małżeństwa w trakcie kryzysu, który można zobaczyć choćby w filmie „Za murem” (2025, głupiutki niemiecki film). Dostajemy jednocześnie porównanie społeczne poprzez porównanie naszej pary z aspirującej klasy średniej do takiej z ubogiej rodziny.
Choć sami bohaterowie świadomie nie dokonują tu tej autorefleksji, to mimo różnic obie rodziny są zaskakująco podobne. W jednym z epilogów (sic!) M. Mortka przez myśli Irminy przedstawia nam diagnozę współczesnych problemów w postaci słabych kontaktów międzyludzkich. Pozostaje pytanie, czy do ich polepszenia potrzebujemy końca świata?
Prowadzi nas to do drugiego filaru: współczesności. „20:32” zanurzona jest w konsekwencjach pandemii koronawirusa, inwazji rosyjskiej na Ukrainę i wynikłego zrywu narodowego. Różne kryzysy, choć zwykłe potrafiły coś obudzić, choćby na chwilę. Nie tylko pozytywne, ale i negatywne cechy, co zauważa sam M. Mortka ustami swoich bohaterów.
Jednak zawsze po takim kryzysie wszyscy kiwają przecież głowami. Był problem, przeżyliśmy. Można wrócić do statusu quo. Oczywiście nigdy nie da się idealnie, ale celem jest próba. „20:32” zadaje pytanie, czy sprzeczki między krajami, partykularyzm polityków ma jakieś granice?
Bo wszystko rozchodzi się o trzeci filar, czyli myślenie perspektywiczne i kryzysy, które rozwijają się powoli. Kryzysy, które zamiast być adresowane, mieć negocjowane i ustalane rozwiązania, stają się poletkiem walk ideologicznych i są negowane. A nowe kryzysy zawsze przychodzą.
Jak możemy myśleć o jakimkolwiek skutecznym rozwiązaniu, gdy nie podchodzimy poważnie do czegoś takiego jak np. globalne ocieplenie. A reakcja na inne kryzysy potrafiła być najwyżej znośna. Nadejdzie kolejny kryzys, który może będzie równie niebezpiecznym czarnym łabędziem, jak covid. Co wtedy?
Po tym, co wydaje mi się wypływać z „20:32”, warto zauważyć, że ten przekaz i umiejscowienie w konkretnym czasie czyni tę książkę nieco dziwną. W dodatku mamy inwazję obcych pod Poznaniem, nie w USA, a sama książka ma 3 zakończenia.
Jednak jest to dobra dziwność. Nie mamy dziwnych metafor, a przekaz wynika płynnie z samych opowieści lub realistycznie przedstawionych przemyśleń bohaterów. Historia jest prosta, a z pewnością możnaby wyciągnąć o wiele więcej niż zostało napisane. Dziwność pewnie też wynika z tego, że SF nie jest natywnym gatunkiem dla M. Mortki, choć w jego przygodowych historiach odnajdziemy problemy małżeńskie. Ta nowość prowadzi jednak raczej do pozytywnych efektów i odrobiny oryginalności.
Co do zakończeń pierwsze to oczywiście zakończenie bezpośredniego kryzysu. Potem mamy zakończenie pokryzysowe, by potem dostać dłuższą perspektywę. Wpasowuje się to idealnie w interpretacje, gdzie każdy z filarów dostaje swoje domknięcie, choć niekoniecznie w wymienionej kolejności.
Ostatecznie M. Mortka oferuje nam nietypową inwazję obcych, która jednocześnie jest pełna słodko-gorzkich komunikatów. A to wszystko okraszone problemami małżeńskimi Piotra i Irminy, które same mogłyby utrzymać tę książkę. Krótko mówiąc, mamy bardzo porządne science-fiction od niespodziewanego autora. I dobrze, bo gwarantuje to nieco świeżości.
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2025-07-04
Kategoria: Fantasy/SF
ISBN:
Liczba stron: 416
Dodał/a opinię:
adamsloj
Witajcie w zwariowanym świecie Hani! Świat Hani to prawdziwie magiczna kraina zamieszkiwana przez skrzaty i inne niezwykłe stworzenia. Trzeba więc być...
Wiking Tappi budzi się o poranku i... nie słyszy śpiewu ptaków! dochodzi do wniosku, że ktoś rzucił zły czar na Szepczący Las. Aby rozwiązać zagadkę, musi...