W 2024 uznaliśmy, że przeżyliśmy już wszystko. Najpierw pandemia, potem inflacja, na końcu wojna tuż za granicami kraju. Chyba dość nieszczęść jak na kilka lat, prawda? Bo cóż jeszcze mogłoby się wydarzyć?
Tego, co nastąpiło 16 listopada 2024 roku, nie spodziewałby się nikt. O 18:54 Piotr i Irmina wsiadają do samochodu, by wrócić do domu. Pojęcia nie mają, że lada moment znajdą się w samym środku zamieszania, które przetestuje ich odwagę, wiarę w ludzi i zaufanie do zdrowego rozsądku. Nie spodziewają się bowiem,
że już od kilku minut trwa inwazja, jakiej jeszcze ten świat nie widział.
***
Marcin Mortka to nasze dobro narodowe, a co więcej, w tym niepokojącym wydaniu bardzo blisko mu do... amerykańskiego Króla. Nic tylko czytać! Ale uważajcie na to, co może czaić się w ciemności.
Przemek Corso autor
Nie wierzę, że to nie jest celowa próba obalenia mistrza grozy. Jest zbyt udana. Widocznie Marcin Mortka mroczną apokalipsę ześle tak ze smoczego pyska, jak i rubieży kosmosu. Na tych biednych, pełnych naszych przywar i obaw bohaterów, zawsze zmuszonych do odnalezienia w sobie odwagi i solidarności... co daje nadzieję, że one gdzieś tam i w nas naprawdę są.
Magdalena Świerczek-Gryboś autorka
Niech Tokyo nie czeka na jutro, bo dziś koniec świata. Przynajmniej takiego, jaki znamy. I na przekór hollywoodzkim filmom, nie zacznie się on w Ameryce, a u nas, w Polsce. Zapowiada się piękna katastrofa, a dzięki Marcinowi Mortce zobaczymy ją z pierwszego rzędu
PigOut
BIOGRAM
Marcin Mortka
Autor powieści fantasy i książek dla dzieci, poszukiwacz spokoju, optymista, domator, gawędziarz, wielbiciel historii i ostrej muzyki. Oddany rodzinie i książkom. Od wielu lat próbuje zostać hobbitem.
Od 2021 roku nakładem Wydawnictwa SQN ukazały się serie: Drużyna do zadań specjalnych, Straceńcy Madsa Voortena, Cykl Maltański, oraz nowości: Pas Ilmarinena, Grom. Wojna runów, Karaibska odyseja. Rok 2024 to powrót do cudownej serii książek dla dzieci o wikingu Tappim oraz nowa seria: Dobrosia i pluszaki.
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2025-07-04
Kategoria: Fantasy/SF
ISBN:
Liczba stron: 416
„20:32” to Marcin Mortka w odsłonie, której jeszcze nie znałam. Autor podejmuje w książce próbę pokazania końca znanego świata, ale nie w stylu spektakularnych wybuchów czy rozbudowanych wątków politycznych, ale przez pryzmat jednostki, zwykłych ludzi z ich codziennymi problemami, słabościami, nadziejami i wątpliwościami. Po pandemii, inflacji i wojnie tuż za naszymi granicami przyszła pora na inwazję, jakiej jeszcze ten świat nie widział.
Główna oś historii koncentruje się na małżeństwie, Piotrze i Irminie, które, chociaż nadal razem, wydaje się od siebie coraz bardziej oddalać. Kryzys w ich relacji nie jest tłem, lecz częścią fabularnego rdzenia. Kiedy wracają samochodem ze spotkania ze znajomymi Irminy, ich życie i cały świat, ulega nieodwracalnej zmianie. Od tej pory towarzyszymy im w ciągu jednej, pełnej napięcia nocy, która zmusza małżonków nie tylko do walki o życie, ale także do konfrontacji z tym, kim się stali i co dla siebie jeszcze znaczą. Narracja prowadzona jest naprzemiennie z punktu widzenia obojga bohaterów. To rozwiązanie pozwala lepiej zrozumieć ich emocje, sposób myślenia, a także stopniowe przeobrażenia. Piotr, który do tej pory uciekał od rzeczywistości w świat gier komputerowych, zostaje postawiony w sytuacji, która wymaga od niego działania. Początkowo wycofany, zamknięty w sobie, w obliczu kryzysu staje się kimś zdeterminowanym i odpowiedzialnym. Irmina, wcześniej sfrustrowana jego biernością, zaczyna dostrzegać w nim cechy, których nigdy nie zauważyła albo które z czasem przestała doceniać. Kobieta musi na nowo spojrzeć na swojego męża i zmierzyć się z własnymi uczuciami.
Chociaż powieść liczy blisko 400 stron, większość wydarzeń rozgrywa się w czasie jednej nocy, od 18:54 do 4:30. To ograniczenie czasowe w połączeniu z dynamicznym stylem sprawia, że lektura jest bardzo intensywna. Rozdziały są krótkie, zwięzłe, a fabuła nie pozwala się zatrzymać. Nie ma tu miejsca na dłużyzny, autor umiejętnie balansuje między opisem wydarzeń a budowaniem napięcia i psychologicznym rysunkiem postaci. Tym, co odróżnia „20:32” od wielu historii postapo, jest sposób ukazania zagrożenia. Zamiast epickiej wojny lub jasnych zasad konfrontacji, dostajemy coś tajemniczego, trudnego do uchwycenia, budzącego strach właśnie przez swoją nieokreśloność. Nie do końca wiadomo, co się dzieje, kim (lub czym) są najeźdźcy, jakie mają cele. Tę niepewność czują także bohaterowie, co wzmacnia atmosferę grozy i dezorientacji. Autor nie kreuje oderwanej od rzeczywistości wizji świata, ale umieszcza akcję w dobrze znanej i rozpoznawalnej rzeczywistości współczesnej Polski. To dodaje opowieści autentyczności i sprawia, że łatwiej sobie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać podobna sytuacja w realnym świecie. Czuć bliskość zagrożenia, które pojawia się znienacka, w zwykły dzień, w znajomej scenerii.
W powieści pojawiają się też drugoplanowi bohaterowie, którzy wprowadzają tonacje, które mogą wybijać z rytmu, a przede wszystkim z tak pieczołowicie budowanego klimatu. Niektóre dialogi osłabiają napięcie budowane przez główny wątek. Z jednej strony jest to plus, bo daje chwilowy oddech od gęstej jak mgła atmosfery, z drugiej te humorystyczne wstawki skutecznie wybijają z klimatu grozy i zakłócają spójność nastroju. Historia została domknięta w bardzo przemyślany sposób, który mnie szczególnie przypadł do gustu. Chodzi o zabieg przesunięcia fabuły w przyszłość na końcu książki. Bo pozwala spojrzeć na wydarzenia z dystansu i zobaczyć ich długofalowe skutki, zarówno dla bohaterów, jak i dla całej rzeczywistości, w której funkcjonowali. Jeśli miałabym się do czegoś w tej książce przyczepić, byłyby to strony tak cienkie, że podczas lektury mi się sklejały, a to utrudniało czytanie. Samo wydanie jest piękne, bardzo klimatyczne, a czarno-białe ilustracje jeszcze ten genialny klimat podbijają.
„20:32” to niezwykle dynamiczna opowieść, miejscami niepokojąca, czasem zaskakująco intymna. Łączy elementy thrillera i postapo. To historia nie tylko o końcu świata, ale też o ludziach, którzy w jego obliczu muszą się zmierzyć z własną słabością, lękiem i odpowiedzialnością. Zostawia silne wrażenie i daje do myślenia. O tym, jak krucha potrafi być nasza codzienność i jak łatwo może się wszystko zmienić w jednej chwili. Eksperyment autora z wejściem w postapo uważam za udany, chętnie przeczytam więcej, a Wam tę książkę serdecznie polecam 🖤
👽MOJA OPINIA 👽
Tytuł: "20:32"
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: SQN
(e-book przeczytany na Legimi)
Główni bohaterowie,Piotr i Irmina,zwykli ludzie wracający wieczorem do domu,nie mają pojęcia,że lada moment znajdą się w samym środku wydarzeń, które wywrócą ich świat do góry nogami
Autor zabiera nas w mroczny świat science-fiction z elementami postapokalipsy i thrillera.
Książka skupia się na tym jak zwykli ludzie muszą stać się nadzwyczajni w obliczu niewyobrażalnego zagrożenia testując granice swojego człowieczeństwa,odwagi, wiary w ludzi i zdrowego rozsądku. Książka jest wciągająca i trzyma w napięciu do ostatniej strony.
Jest to opowieść o chaosie, strachu i nadziei,z akcją która nabiera tempa z godziny na godzinę by osiągnąć kulminacyjny moment o tytułowej 20:32.
Książka "20:32" osadzona jest w polskich realiach, opowiadający o nagłej i nieoczekiwanej inwazji, która rozpoczyna się w Polsce 16 listopada 2024r.
Autor dobrze oddaje ludzkie zachowania w ekstremalnych warunkach. Bohaterowie nie stają się nagle superbohaterami, a ich reakcje są mieszanką strachu,woli przetrwania i niepewności
Poruszony jest też temat depresji w sposób wyważony i szczery.
Porusza tematykę nietrwałych sojuszu, przymusowej współpracy i nadziei.
Powieść nie jest przewidywalna, a zakończenie bywa zaskakujące. Autor dawkuje informacje,co zmusza do aktywnego uczestnictwa w odkrywaniu prawdy.
Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością autora które uważam za bardzo udane.
Gorąco polecam 🔥
Muszę wam powiedzieć, że mam problem z tą książką. Co prawda okładka naprawdę zachęca i zwraca uwagę, co zresztą sami potwierdziliście w komentarzach przy zapowiedzi, ale... cała książka mnie nie kupiła. I jak zawsze - zaznaczam, że fakt iż książka mi nie przypadła do gustu, nie oznacza, że i u was tak będzie. Warto samemu przeczytać i ocenić. Ja tym razem po przeczytaniu książki wpadłam na różne strony, aby zobaczyć czy tylko ja mam o niej takie zdanie i... powiem wam, że opinie są podzielone. Są recenzje negatywne i pozytywne, więc... zwyczajnie kupcie książkę i sami przeczytajcie.
Piotr i Irminą to małżeństwo. Pewnego dnia wracają oni ze spotkania od znajomych (Irminy). Atmosfera w samochodzie nie jest miła (to zbyt łagodnie powiedziane). Nagle... coś zaczyna się dziać... ludzie wychodzą na ulice, radio przestaje grać... ewidentnie coś się dzieje, tylko co?
I właśnie tą tajemnicę mamy poznać w tej książce. Ja odgadłam ją po przeczytaniu kilku pierwszych zdań, więc dla mnie nie było to zaskoczeniem.
I tu mam problem z bohaterami... bo faktycznie mogą być zwykłymi ludźmi z wadami i zaletami, ale... nie podobały mi się dialogi pomiędzy nimi. Według mnie było zbyt dużo słów, które nie powinny paść, te osoby wobec siebie były chamskie, wręcz wrogo nastawione do siebie. I rozumiem, że autor chciał pokazać, że to normalni bohaterowie, których można spotkać w warzywniaku czy gdzieś pod blokiem, ale... widocznie ja nie mam styczności z takimi ludźmi, albo zwyczajnie nie zwracam uwagi na innych, bo dla mnie te postaci były nie do przyjęcia. Już po kilku zdaniach, które wypowiadają do siebie zaczęłam się zastanawiać, jak można odzywać się w taki sposób do drugiego człowieka? No cóż... widocznie jestem "zbyt idealna", aby traktować nawet w złości drugiego człowieka (chciałabym tu użyć innego zdania, ale nie będę już wkraczała w psychikę bohaterów)... w taki sposób... I jasne, że bohaterzy zmieniają się, raz są za sobą, raz przeciwko sobie, ale starają się jakoś działać w tym trudnym czasie ale... no nie! Zupełnie nie podchodzą mi oni i być może przez to książka nie jest dla mnie ciekawa.
Fajnie było pokazane to jak jest naprawdę - szare drogi, blokowiska i każdy zamknięty w swoim mieszkaniu (jak w klatce) i przeżywający swoje wzloty i upadki. Ale... po co ta polityka? Czy autor chciał coś w ten sposób przekazać? Swój pogląd? Tylko niby to przedstawiony za pomocą bohatera książki?
Aż nie wiem co mam więcej napisać o tej książce... Dla mnie, zdecydowanie nie! Ale wy oceńcie sami...
Zupełnie inne oblicze Mortki. Poradził sobie całkiem nieźle z tym tematem, ale mimo wszystko wolę go w wersji fantastyczno-kociołkowej. Bohaterów stworzył tutaj wyjątkowo irytujących.
" [...] Jeśli coś ci nie pasuje i nie wiesz dlaczego, zaufaj sobie i tego nie rób... [...]"
W najnowszej powieści "20:32" Marcin Mortka porusza ważne tematy, między innymi o depresji, globalnym ociepleniu i UFO. Jest to historia typu postapo, w naszej Polskiej rzeczywistości.
Już dawno nie czytałam takiej książki. Przypadła mi do gustu. Czułam emocje głównych postaci. Byłam świadkiem, jak powoli tracą zmysły i robią rzeczy, o których ich nigdy nie podejrzewałam.
Czy Marcin Mortka jest wizjonerem? Co by się stało, gdyby zaatakowała nas obca cywilizacja? Czy wiemy, jak się przed nią bronić?
Poznałam tutaj małżeństwo Piotra i Irminę. Przyznam szczerze, że oni fatalnie się dobrali. Non stop się kłócili. W stosunku do siebie są toksyczni. Zastanawiałam się, ile jeszcze razem wytrzymają i czy się wkrótce nie pozabijają. Czy znalezienie się w centrum tajemniczych zdarzeń i walka z obcymi, odmieni ich tok myślenia? Czy znajdą w sobie odrobinę miłości? Mogę śmiało stwierdzić, że jest to typowe polskie małżeństwo. Ja kibicowałam Piotrowi i szczerze, nie rozumiałam zachowania Irminy.
Dobrze, że autor poruszył ważny temat depresji. Nie można się jej poddać. Trzeba z nią walczyć. Jeżeli zmagacie się z nią, to nie bójcie się prosić o pomoc. To krok w dobrą stronę. Depresja jest chorobą, która może dopaść każdego z nas, więc się jej nie wstydźcie. Niestety, przy dzisiejszym trybie życia i pogoni za pieniędzmi, jest po prostu nieunikniona.
Jeżeli znacie twórczość Marcina Mortki, to nie powinniście przegapić tej powieści.
Czy lubicie książki związane z UFO? Tak? To śmiało sięgnijcie po "20:32".
Okładka jest dość oryginalna.
OMG! Nie spodziewałam się, że książka o szarakach wciągnie mnie aż tak.
A jednak - "20:32" Marcina Mortki pochłonęło mnie bez reszty. Od ,,złudzenia" Irminy aż po ostatnią próbę rozmowy Piotra, nie mogłam się oderwać. Historia trzyma w napięciu od pierwszej strony - nie ma czasu na rozgrzewkę, wchodzisz od razu w sam środek końca świata.
Piotr i Irmina - zwyczajna para, ktoś mógłby powiedzieć: tacy jak my. I nagle muszą zmierzyć się z czymś, co zupełnie wymyka się rzeczywistości. Ich relacja jest nieidealna, pełna drobnych pęknięć, tej znajomej ciszy, która pojawia się po latach. A mimo to, każde z nich znajduje w sobie siłę. Dla siebie nawzajem. Dla innych. Trochę z miłości, trochę z potrzeby działania - jakby instynkt podpowiadał im, że świat, nawet jeśli się wali, nie powinien upaść całkiem.
Nasi bohaterowie nie są idealni - przeklinają, zachowują się stereotypowo, bywają irytujący - czyli... są ludzcy. I właśnie to sprawia, że łatwo ich polubić. Ja kibicowałam im mocno - zarówno w ich ucieczce przed zagładą, jak i w drodze do ponownego odnalezienia siebie nawzajem.
20:32 - ta godzina ma w książce znaczenie. I to podwójne. Ale nie zdradzę Wam więcej - przekonajcie się sami.
Na koniec powiem tylko: Marcinie Mortko, udało Ci się! Twoje sci-fi porwało nawet taką antyfankę ufo jak ja. Nie żebym nie słyszała o tej tematyce - mając w domu wielbiciela ,,Starożytnych kosmitów" i czytelnika Danikena, nasłuchałam się o "godzinie zero" aż nadto. Ale ja w książkach szukam czegoś innego. I właśnie to ,,inne" tu znalazłam. Przygoda, emocje i zwykli-niezwykli bohaterowie.
Polecam każdemu. Choćby po to, by żaden szarak nie zaskoczył nas kiedyś w letnią noc... gdzieś na nasypie kolejowym. ??
W leniwy słoneczny dzień członkowie Smoczej Policji wygrzewają się na polanie przy Płocie. Z sennego letargu wyrywają ich dźwięki trąb oraz tętent koni...
Wieść niesie, że Tappi planuje zabrać swoich przyjaciół w niezwykłe miejsce! Teraz przyjaciele głowią się, co to może być. Czy będzie to drzewo pełne orzechów...
Przeczytane:2026-03-17, Ocena: 5, Przeczytałem, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2026, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2026 roku,
Gdy zobaczyłem, że Marcin Mortka wydał coś, co nie jest powieścią marynistyczną i/lub przygodową, wiedziałem już, że chce to przeczytać. Dodatkową motywacją została jego wygrana w plebiscycie na książkę roku 2026 w kategorii SF (ignoruję Mroza).
Tak naprawdę lepiej nie mówić więcej, co dzieje się w tej powieści ponad to, co jest w opisie. Lepiej zatopić się w tę tajemnicę i odkrywać ją razem z Piotrem. Po prostu mamy inwazję, prawdopodobnie obcych. Więcej nie trzeba wiedzieć.
Bo mimo bardzo sprawnej budowy tajemnicy i świata przedstawionego, nad którymi można się zachwycać, powieść stoi na trzech filarach. Na trzech komunikatach i tematach, wokół których M. Mortka krąży. To o nich naprawdę chce opowiedzieć i mimo ciekawej fabuły z inwazją to ona tak naprawdę jest dodatkiem.
Po pierwsze mamy wątek personalny, obyczajowy i społeczny czy jakkolwiek to nazwać. Ludzie mają swoje problemy, są mniej lub bardziej ułożeni i zwyczajnie czasem potrzebują kryzysu, lub dostrzeżenia siebie w innym, by się zreflektować.
W posłowiu M. Mortka mówi też, że przeżycia wewnętrzne pisze tu trochę z perspektywy depresji. Ja tak tego nie odebrałem. Jednak to może świadczyć o tym, że jest ona dziś tak powszechna, że ten typ frustracji prezentowany przez głównych bohaterów – Piotra i Irminę – jest znormalizowany społecznie. Albo po prostu charakteryzacja postaci była w tym kierunku zbyt płytka i dostaliśmy tylko sfrustrowane sobą nawzajem małżeństwo.
W tej warstwie nie mamy tylko typowej historii o naprawie małżeństwa w trakcie kryzysu, który można zobaczyć choćby w filmie „Za murem” (2025, głupiutki niemiecki film). Dostajemy jednocześnie porównanie społeczne poprzez porównanie naszej pary z aspirującej klasy średniej do takiej z ubogiej rodziny.
Choć sami bohaterowie świadomie nie dokonują tu tej autorefleksji, to mimo różnic obie rodziny są zaskakująco podobne. W jednym z epilogów (sic!) M. Mortka przez myśli Irminy przedstawia nam diagnozę współczesnych problemów w postaci słabych kontaktów międzyludzkich. Pozostaje pytanie, czy do ich polepszenia potrzebujemy końca świata?
Prowadzi nas to do drugiego filaru: współczesności. „20:32” zanurzona jest w konsekwencjach pandemii koronawirusa, inwazji rosyjskiej na Ukrainę i wynikłego zrywu narodowego. Różne kryzysy, choć zwykłe potrafiły coś obudzić, choćby na chwilę. Nie tylko pozytywne, ale i negatywne cechy, co zauważa sam M. Mortka ustami swoich bohaterów.
Jednak zawsze po takim kryzysie wszyscy kiwają przecież głowami. Był problem, przeżyliśmy. Można wrócić do statusu quo. Oczywiście nigdy nie da się idealnie, ale celem jest próba. „20:32” zadaje pytanie, czy sprzeczki między krajami, partykularyzm polityków ma jakieś granice?
Bo wszystko rozchodzi się o trzeci filar, czyli myślenie perspektywiczne i kryzysy, które rozwijają się powoli. Kryzysy, które zamiast być adresowane, mieć negocjowane i ustalane rozwiązania, stają się poletkiem walk ideologicznych i są negowane. A nowe kryzysy zawsze przychodzą.
Jak możemy myśleć o jakimkolwiek skutecznym rozwiązaniu, gdy nie podchodzimy poważnie do czegoś takiego jak np. globalne ocieplenie. A reakcja na inne kryzysy potrafiła być najwyżej znośna. Nadejdzie kolejny kryzys, który może będzie równie niebezpiecznym czarnym łabędziem, jak covid. Co wtedy?
Po tym, co wydaje mi się wypływać z „20:32”, warto zauważyć, że ten przekaz i umiejscowienie w konkretnym czasie czyni tę książkę nieco dziwną. W dodatku mamy inwazję obcych pod Poznaniem, nie w USA, a sama książka ma 3 zakończenia.
Jednak jest to dobra dziwność. Nie mamy dziwnych metafor, a przekaz wynika płynnie z samych opowieści lub realistycznie przedstawionych przemyśleń bohaterów. Historia jest prosta, a z pewnością możnaby wyciągnąć o wiele więcej niż zostało napisane. Dziwność pewnie też wynika z tego, że SF nie jest natywnym gatunkiem dla M. Mortki, choć w jego przygodowych historiach odnajdziemy problemy małżeńskie. Ta nowość prowadzi jednak raczej do pozytywnych efektów i odrobiny oryginalności.
Co do zakończeń pierwsze to oczywiście zakończenie bezpośredniego kryzysu. Potem mamy zakończenie pokryzysowe, by potem dostać dłuższą perspektywę. Wpasowuje się to idealnie w interpretacje, gdzie każdy z filarów dostaje swoje domknięcie, choć niekoniecznie w wymienionej kolejności.
Ostatecznie M. Mortka oferuje nam nietypową inwazję obcych, która jednocześnie jest pełna słodko-gorzkich komunikatów. A to wszystko okraszone problemami małżeńskimi Piotra i Irminy, które same mogłyby utrzymać tę książkę. Krótko mówiąc, mamy bardzo porządne science-fiction od niespodziewanego autora. I dobrze, bo gwarantuje to nieco świeżości.