Nie sięgam po fantastykę zbyt często, ale tym razem coś mnie tknęło. Może to ta surowa, klimatyczna okładka, może intrygujący tytuł, który brzmi trochę jak z pogranicza mitu i wojennego raportu. A może po prostu miałam ochotę zanurzyć się w świecie, który wymyka się znanej rzeczywistości i zmusza do zadania sobie pytania: „co by było, gdyby wszystko, co znamy, przestało istnieć?”. Tak się właśnie zaczęła moja przygoda z „Dryfterem” książką, która uderza jak grad w otwartą dłoń i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Świat przedstawiony przez Kafira i Kaczora to postapokaliptyczna mieszanka grozy, upadku i bezlitosnego realizmu. Tu nic nie jest pewne, a nadzieja nie istnieje za darmo. Dzikie Ziemie, to miejsce, gdzie mutanty, anomalie i brutalność są chlebem powszednim. Ludzkość przetrwała, ale zapłaciła za to ogromną cenę, ponieważ cofnęła się cywilizacyjnie do średniowiecza, w którym Unia Miast Ocalonych i Zakon Czarnego Krzyża trzymają władzę żelazną ręką. Prawa są bezwzględne, a kara przychodzi szybko i bez wyjaśnień.
Największe wrażenie zrobiła na mnie wizja świata za Murem Ocalenia. To świat pustkowia, w których dryfterzy walczą o przetrwanie. Kim są? To ci, których system odrzucił, ludzie balansujący na granicy życia i śmierci, poszukiwacze dawnych artefaktów, które mogą znaczyć różnicę między życiem a śmiercią. Ich los to ciągła walka: z potworami, z czasem, z innymi ludźmi. Ale największe zagrożenie czai się w cieniu coś, co nie ma twarzy, co budzi pierwotny strach, którego nie da się oswoić. I to właśnie ten mrok, który nie ma imienia, sprawia, że od tej książki nie można się oderwać.
Fabuła sunie jak konwój przez burzę piaskową, czasem brutalnie, czasem zaskakująco spokojnie, ale zawsze z napięciem. Pojawiają się momenty, które na długo zostają w głowie. Jak scena spotkania dryftera z tajemniczym mutantem w ruinach starego miasta, pełna napięcia, niejednoznaczna i zaskakująca. Albo starcie z Dragonami, które pokazuje, że w tym świecie nie ma miejsca na słabość. Najbardziej jednak poruszyła mnie samotność, która wylewa się z kart tej powieści. Ludzie tu nie żyją razem, lecz obok siebie. Czy w takim świecie można jeszcze komuś zaufać?
Zastanawiałam się wielokrotnie podczas lektury: czy w świecie, w którym wszystko zostało zniszczone, da się jeszcze być człowiekiem? Czy istnieje granica przetrwania, której nie warto przekraczać? I kto właściwie zasługuje na miano potwora? Mutant, system, a może my sami?
To, co najbardziej mnie ujęło w „Dryfterze”, to nie tylko klimat, ale język surowy, dosadny, idealnie oddający realia brutalnego świata. Nie ma tu miejsca na ckliwość, a jednak między słowami czuć, że autorzy zostawili cząstkę siebie w tej historii. Stworzyli uniwersum, które żyje, oddycha i gryzie.
Polecam tę książkę każdemu, kto nie boi się wejść w mrok i spotkać z własnymi lękami. To opowieść dla tych, którzy lubią, gdy świat staje na głowie, a granice dobra i zła się zacierają. Jeśli szukasz historii, która nie owija w bawełnę, a zamiast bohaterów oferuje ci ludzi z krwi, potu i łez. „Dryfter” jest właśnie dla Ciebie.
Wydawnictwo: Bellona
Data wydania: 2025-05-21
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 376
Dodał/a opinię:
Poczytajzemna
Jak przetrwać w warunkach współczesnego konfliktu zbrojnego? Za naszą wschodnią granicą od ponad roku trwa wojna. Zagrożenie dla naszego kraju jest...
Kiedy robi się niebezpiecznie, nie licz na szczęście. Licz na siebie. Ten poradnik to Twoje praktyczne wsparcie w sytuacjach, w których nie ma miejsca...