Czy można mieć wszystko... rodzinę, pracę, poukładane życie i jednocześnie czuć, że czegoś dramatycznie brakuje? Że gdzieś po drodze zgubiło się siebie?
Nie będę ukrywać sięgnęłam po "Sok z kobiety. Balijskie oczyszczenie" autorstwa Maria Stokłosa-Cucciniello przede wszystkim przez… okładkę i tytuł. Bo nie da się przejść obojętnie obok czegoś, co brzmi tak odważnie, wręcz prowokacyjnie. „Sok z kobiety” – to nie jest zwykłe zestawienie słów. Ono przyciąga, trochę szokuje, budzi ciekawość i nasuwa pytanie, co tak naprawdę kryje się za tą historią? Czy to będzie coś intymnego? Kontrowersyjnego? A może bardzo prawdziwego?
Ta książka opowiada o czterech kobietach, które choć tak różne, łączy jedno, cicha tęsknota za czymś więcej. Antonina, charyzmatyczna restauratorka i matka, która zaczyna czuć, że jej idealne życie przestaje jej wystarczać. Hanka – silna, kontrolująca wszystko bizneswoman, która gdzieś w środku zastanawia się, co by było, gdyby w końcu odpuściła. Paulina – żołnierka, która mimo swojej siły, wciąż wpada w relacje, które ją ranią. I Klara – świeżo upieczona mama, która nagle przestaje czuć się zauważana.
Czy naprawdę trzeba aż tak dużo stracić, żeby zacząć widzieć siebie? A może wystarczy jedno spotkanie, jedno miejsce, jeden impuls?
Tym impulsem staje się Bali – ale nie takie, jakie znamy z folderów turystycznych. To nie jest tylko tło. To przestrzeń, w której bohaterki mogą zdjąć maski i w końcu być sobą. I właśnie tam dzieją się jedne z najbardziej poruszających momentów tej książki. Szczere rozmowy, momenty przełamania, odwaga, by powiedzieć coś na głos pierwszy raz. Taniec, który przestaje być tylko ruchem, a staje się formą uwolnienia. Picie wina z butelki... niby drobiazg, a jednak symbol odpuszczenia wszystkiego, co wypada.
Czy my same potrafimy sobie na to pozwolić?
Najciekawsze w tej historii jest to, że tu nie chodzi o wielkie zwroty akcji. Tu wszystko dzieje się wewnątrz. W emocjach, w decyzjach, w przełamywaniu własnych schematów. I to właśnie daje do myślenia najmocniej. Bo czy nie jest tak, że najtrudniejsze bitwy toczymy same ze sobą?
Bardzo poruszyła mnie postać Antoniny – kobiety, która ma wszystko, a jednak czuje pustkę. To jest tak bardzo prawdziwe, aż momentami niewygodne. Ale równie mocno wybrzmiewają historie pozostałych kobiet, bo każda z nich jest inna, każda potrzebna. Dzięki temu łatwo znaleźć w tej książce cząstkę siebie.
Ogromną siłą tej powieści jest siostrzeństwo. Nieidealne, czasem trudne, ale prawdziwe. Takie, które daje wsparcie, ale też zmusza do spojrzenia w głąb siebie. To relacje, które budują, ale też potrafią zaboleć i właśnie dlatego są tak autentyczne.
Emocje? Cała paleta. Od zagubienia i tęsknoty, przez wstyd i złość, aż po odwagę i coś w rodzaju wewnętrznego przebudzenia. To książka, która nie tylko się czyta, ją się czuje. I czasami trzeba się zatrzymać, bo pewne fragmenty naprawdę dają do myślenia.
Najbardziej podobało mi się to, że ta historia nie narzuca gotowych odpowiedzi. Ona raczej zostawia przestrzeń na refleksję. Pokazuje, że kobiecość to nie wiek, nie rola, nie oczekiwania innych, tylko coś znacznie głębszego. Coś, co każda z nas musi odkryć sama.
To też ważne, że jest to książka dla kobiet w każdym wieku, niezależnie od tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Choć myślę, że w szczególności dla dojrzałych kobiet, które życie znają od podszewki. Każda z bohaterek jest dojrzałą kobietą, reprezentuje inną rzeczywistość, dzięki czemu łatwo się z nimi utożsamić. To nie jest przewodnik ani poradnik, to opowieść, która prowadzi przez emocje i doświadczenia.
Jeśli ktoś szuka szybkiej akcji, to nie ten kierunek. Ale jeśli ktoś chce poczuć, zastanowić się, zajrzeć trochę głębiej w siebie, wtedy ta książka ma ogromną wartość.
Dla mnie to była historia o odwadze. O tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć żyć inaczej. Bardziej świadomie. Bardziej po swojemu.
I właśnie dlatego warto po nią sięgnąć.
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 2026-03-23
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 282
Język oryginału: polski
Dodał/a opinię:
Poczytajzemna