Trzeba było grać to jedna z tych książek, po których trudno wrócić do codzienności w niezmienionym stanie. Anne Sebba sięga po temat niemal niewyobrażalny: dziewczęcą orkiestrę działającą w Auschwitz – miejscu zaprzeczającym wszelkim wartościom, a tym bardziej sztuce. I robi to z ogromną wrażliwością, reporterską rzetelnością oraz szacunkiem wobec bohaterek, które nie miały luksusu wyboru. Mogły tylko grać. Albo umrzeć.
Autorka prowadzi czytelnika w sam środek obozowego piekła, gdzie muzyka nie była formą ukojenia, lecz narzędziem systemu terroru. Orkiestra grała podczas apelów, wymarszów do pracy, powrotów – jej dźwięki towarzyszyły cierpieniu, selekcjom, śmierci. Ten paradoks – piękno muzyki zderzone z absolutnym okrucieństwem – jest jednym z najmocniejszych i najbardziej poruszających elementów książki. Sebba nie próbuje go łagodzić ani tłumaczyć. Pozwala, by wybrzmiał w całej swojej grozie.
Siłą reportażu jest jego wielogłosowość. Autorka oddaje głos kobietom z różnych krajów, o różnym pochodzeniu, poziomie wykształcenia i doświadczeniu muzycznym. Obok wybitnych artystek, takich jak Alma Rosé – skrzypaczka o europejskiej renomie – pojawiają się amatorki, które uczyły się grać w nieludzkich warunkach, pod presją strachu i świadomości, że najmniejszy błąd może kosztować życie. Każda z nich miała swoją historię, swoje lęki, swoje poczucie winy – bo przecież grały wtedy, gdy inne szły na śmierć.
Autorka nie unika trudnych pytań. Czy muzyka w Auschwitz była formą ratunku czy moralnym ciężarem? Czy przetrwanie dzięki grze oznaczało uprzywilejowanie czy kolejną formę przemocy? Pokazuje, jak bardzo ambiwalentne były losy członkiń orkiestry – ocalenie nigdy nie było czyste, wolne od bólu i wyrzutów sumienia. To właśnie ta uczciwość narracji sprawia, że książka tak głęboko porusza.
Ważną postacią reportażu jest Maria Mandl – nadzorczyni obozu, inicjatorka powstania orkiestry. Sebba nie demonizuje jej w sposób prosty i jednowymiarowy, a jednocześnie nie pozostawia złudzeń co do jej okrucieństwa. Pokazuje, jak perwersyjna ambicja i potrzeba „kultury” w obozie śmierci mogły stać się dla kilkunastu kobiet cienką linią między życiem, a śmiercią. Ta groteskowa sprzeczność – oprawcy słuchający muzyki w miejscu masowej zagłady – wybrzmiewa w książce szczególnie mocno.
Styl Sebby jest oszczędny, ale niezwykle sugestywny. Autorka nie epatuje emocjami, nie potrzebuje drastycznych opisów, by wstrząsnąć czytelnikiem. Wystarczą fakty, wspomnienia, urwane zdania świadectw. To reportaż, który czyta się powoli – nie dlatego, że jest trudny w odbiorze, ale dlatego, że wymaga zatrzymania, refleksji i ciszy po każdym rozdziale.
Trzeba było grać to książka o przetrwaniu, ale nie w sensie heroicznym czy patetycznym. To opowieść o przetrwaniu za wszelką cenę, o kompromisach, których nikt nie powinien być zmuszony zawierać. O kobietach, które przeżyły, ale nigdy nie wyszły z obozu w pełni wolne – bo pamięć o dźwiękach granych na tle śmierci pozostała z nimi na zawsze.
To również lektura niezwykle potrzebna. Przywraca pamięć o zapomnianych bohaterkach, pokazuje mniej znany aspekt historii zagłady i zmusza do zadania sobie niewygodnego pytania: czym jest godność w świecie, w którym każdy wybór został odebrany?
Ten reportaż nie jest łatwą lekturą, ale jest lekturą konieczną. Zostaje pod skórą długo po odłożeniu książki na półkę. I przypomina, że nawet w najciemniejszym miejscu historii człowiek próbował ocalić resztki człowieczeństwa – czasem za pomocą skrzypiec, czasem za cenę niewyobrażalnego bólu.
Trzeba było grać to książka, którą trzeba przeczytać nie dla przyjemności, lecz z potrzeby pamięci, zrozumienia i szacunku wobec kobiet, które muzyką walczyły o życie w miejscu, gdzie człowieczeństwo miało zamilknąć.
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2026-01-14
Kategoria: Biografie, wspomnienia, listy
ISBN:
Liczba stron: 416
Dodał/a opinię:
Małgosia Brzeska
Nazywana przez królową Elżbietę ,,tą kobietą", nie była ani ładna, ani szczególnie błyskotliwa. Oskarżana o bycie czarownicą, kobietą lekkich obyczajów...