Jak to bywa z dobrymi seriami, wystarczy, że zobaczę zapowiedź kolejnego tomu i już wiem, że będzie moja. Tak właśnie było z „Wiatrem pod Wiklińcem”, trzecią częścią cyklu „Widunka” Joanny Tekieli. Po wydarzeniach z pierwszego tomu, kiedy poznawałam Mirę i świat słowiańskiej osady, a potem po emocjonującej kontynuacji, w której relacje między bohaterami nabrały głębi i pojawiły się pierwsze poważne próby charakterów, czekałam na tę część z prawdziwą niecierpliwością. Ta seria ma w sobie coś, co mnie przyciąga jak magnes. Surowość dawnych czasów, bliskość natury i ludzi, którzy mimo lęków potrafią walczyć o siebie i swoich bliskich.
Joanna Tekieli to autorka, po której książki sięgam często i z ogromnym zaufaniem. Ma w swoim dorobku wiele tytułów, ale to właśnie seria „Widunka” szczególnie skradła moje serce. Jej styl jest plastyczny, pełen detali, a jednocześnie bardzo przystępny, temu czyta się lekko, choć tematy, które porusza, wcale lekkie nie są.
Już sama okładka „Wiatru pod Wiklińcem” zachwyca. Idealnie komponuje się z poprzednimi tomami, tworzą spójną, klimatyczną całość.
W trzeciej części wracamy do Wiklińca w czasie wyjątkowo srogiej zimy. Śnieg nie przestaje padać, lęk zagląda w oczy mieszkańcom, a widmo głodu i gniewu bogów zaczyna być coraz bardziej realne. Autorka wspaniale oddaje atmosferę niepewności i ten wszechobecny chłód niemal czułam na własnej skórze, tymbardziej, że u nas za oknem panowały pidobne temperatury.
Czy wiosna w ogóle nadejdzie? Czy osada przetrwa? Te pytania wiszą nad bohaterami przez sporą część książki i budują napięcie od pierwszych stron.
Gdy w końcu przychodzi odwilż, nie oznacza to wcale spokoju. Posłańcy z grodu proszą wiedźmę Czębirę o pomoc i rozpoczyna się kolejna wyprawa. I to właśnie ten moment był dla mnie jednym z najciekawszych. W drogę ruszają nie tylko Czębira i jej mąż, ale też Mira, Bogdasz, Roch oraz bliźniacy, którzy jak zwykle wnoszą do historii odrobinę chaosu i humoru. Wyprawa pełna jest trudów, niebezpieczeństw i decyzji, które mogą zaważyć na przyszłości nie tylko ich samych, ale i całej osady.
Najbardziej poruszyły mnie sceny pokazujące siłę wspólnoty, momenty, w których bohaterowie muszą zaufać sobie nawzajem, mimo różnic i wcześniejszych nieporozumień. Bardzo podobało mi się też to, jak autorka rozwija postać Miry. Widać jej dojrzewanie, wewnętrzną walkę, momenty zwątpienia, ale i rosnącą odwagę.
Czy zawsze słucha głosu serca? Czy potrafi podjąć decyzje, które będą słuszne, choć bolesne? I czy każda wyprawa musi coś w nas bezpowrotnie zmienić?
Emocji w tej części nie brakuje. Jest niepokój, napięcie, wzruszenie, ale też ciepło i nadzieja. Autorka serwuje nam mieszankę przygody, refleksji i słowiańskiego klimatu, który tak bardzo kocham. Są chwile, gdy serce bije szybciej, bo nie wiadomo, czy bohaterowie zdążą z pomocą. Są też momenty ciszy- takie, w których można zatrzymać się na chwilę i poczuć zapach lasu, usłyszeć wiatr wśród drzew.
To, co najbardziej spodobało mi się w tej części, to poczucie domknięcia pewnych wątków, ale bez utraty tej magii, która towarzyszyła mi od pierwszego tomu. Czułam, że jestem częścią tej społeczności, że przeżywam z nimi każdą stratę i każdy triumf. I właśnie za to kocham tę serię, za autentyczność emocji i za świat, do którego chce się wracać.
Jeśli lubicie słowiańskie klimaty, opowieści o dawnych czasach, silnych bohaterach i historii, w której natura jest niemal równorzędnym bohaterem, to koniecznie sięgnijcie po „Wiatr pod Wiklińcem”. A najlepiej po całą serię „Widunka”. To podróż, która zostaje w sercu na długo.
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2026-02-11
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 344
Dodał/a opinię:
Poczytajzemna
ZAPOWIADA SIĘ PIĘKNA WIOSNA W OLSZOWYM JARZE. PEŁNA WYZWAŃ I NADZIEI. Weronika postanawia porzucić życie w mieście i na stałe przenieść się do Olszowego...
LATO W OLSZOWYM JARZE DZIAŁA NA WSZYSTKIE ZMYSŁY! Lato rozbrzmiewa śpiewem ptaków i szumem rzeki, pachnie maciejką, skoszoną trawą i dymem z ogniska...