Nikt nie jest bezpieczny. Wywiad z Hanną Dobrowolską

Autor: Magdalena Niemirowska-Kaczyńska
Okładka publicystyki dla Nikt nie jest bezpieczny. Wywiad z Hanną Dobrowolską z kategorii Brak kategorii

– Tylko przez pierwsze sześć miesięcy 2019 roku polscy emeryci stracili przez mafię wnuczkową blisko 30 milionów złotych – mówi Hanna Dobrowolska, autorka książki Wnuczkowa mafia. Powiedz im, co masz, a wszystko Ci zabiorą. Ten najbardziej wstrząsający reportaż 2019 roku, opublikowany nakładem Wydawnictwa Hardego, opisuje mechanizmy okradania starszych ludzi z oszczędności ich życia przez zorganizowaną, międzynarodową szajkę o silnych rodzinnych powiązaniach. Autorka jako pierwsza dziennikarka zauważyła problem mafii wnuczkowej i przedstawiła tę sprawę w „Super Expressie". Przez wiele lat dokumentowała poczynania jej szefa – Arkadiusza Ł., zwanego „Hossem”, który 3. września tego roku został skazany przez Sąd Okręgowy w Poznaniu na 7 lat więzienia. Nie oznacza to jednak, że nasi rodzice, dziadkowie czy sędziwi sąsiedzi są bezpieczni. 

Rozmawiamy z okazji premiery Pani książki Wnuczkowa mafia. Powiedz im, co masz, a wszystko Ci zabiorą. Ponieważ pisze Pani we wstępie, że równie istotne jak sensacyjna historia Hossa są ofiary, zacznijmy wywiad nie od wątku kryminalnego, ale samego procederu. Czy może Pani powiedzieć, co jest istotą metody „na wnuczka”?

Ciężko mi będzie w skrócie opisać problem na tyle złożony, że powstała o nim książka. Oszustwo „na wnuczka” czy „na policjanta” ma dziś tyle odnóg, że nie sposób wszystkie wymienić. To, co się nie zmienia, to sposób wyszukiwania ofiar. Oszuści korzystają w tym celu ze starych książek telefonicznych, wybierają z nich imiona, które mogą wskazywać na podeszły wiek właściciela danego numeru. Dzwonią i wciskają zmyśloną historię. W podstawowej wersji oszust podawał się za wnuczka, który potrzebował pilnie pieniędzy na przykład na okazjonalny zakup mieszkania czy samochodu. Późniejszą modyfikacją tej legendy był krewny, który spowodował wypadek samochodowy, a pożyczone od babci pieniądze miały być przekazane rodzinom ofiar, albo „na łapówki”, żeby nie trafił do więzienia. Gdy policja zaczęła przestrzegać przed tego typu oszustwami, przestępcy zmienili śpiewkę. Najpierw dzwonił „wnuczek”, połączenie urywało się, a następnie dzwonił policjant, informował że ten „wnuczek” to oszust i prosił, żeby przekazać mu pieniądze, bo policja go wtedy złapie na gorącym uczynku. Dziś rzadko dzwoni „wnuczek”. Pokrzywdzony najczęściej słyszy od razu rzekomego funkcjonariusza, który prosi o pomoc w schwytaniu oszustów działających na przykład w banku. Seniorzy są nakłaniani do wypłaty oszczędności życia, likwidacji lokat, nierzadko brania kredytów... Pieniądze zostawiają w koszach na śmieci, pod kołami samochodów albo wyrzucają je przez okno. Robią tak, jak zostaną poinstruowani przez telefon, bo wierzą, że działają w słusznej sprawie..

Dlaczego metoda ta jest tak skuteczna?

Z tym samym pytaniem zwróciłam się do dwójki świetnych psychologów z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy problemem bezpieczeństwa seniorów zajmują się od dawna. Dr Marcin Szulc tłumaczył mi, że sprawcy tego typu przestępstw są świetnie przygotowani i stosują na swoich ofiarach różne socjotechniczne triki, mają do perfekcji opanowane owijanie sobie ofiary wokół palca. I, co ciekawe, psycholog podkreślał, że nie należy upatrywać w podeszłym wieku ofiar głównej przyczyny podatności na „wnuczkowe” oszustwa.  Warto przeczytać tę rozmowę, żeby zrozumieć problem.

Przytoczone historie mogą służyć za ostrzeżenie?

Chciałabym, żeby ta książka była jednym wielkim ostrzeżeniem. Liczę, że jeden z czytelników przejrzy na oczy, gdy zobaczy bogactwo, którego oszuści dorobili się na ludzkiej krzywdzie. Drugi pomyśli o swojej babci, czytając historie pokrzywdzonych i zastanowi się co może dla niej zrobić, żeby była bezpieczna. Trzeci, wczytując się w policyjne opisy sposobu działania sprawców, będzie bardziej czujny, gdy w jego domu rozbrzmi telefon, a rozmówca tajemniczym głosem zapyta „Zgadnij, kto mówi?”.

Co możemy zrobić z tą wiedzą, by ochronić naszych seniorów?

Przede wszystkim seniorów należy informować ich o potencjalnym zagrożeniu. Policja robi to chyba na wszystkie możliwe sposoby. Przestrzega emerytów przez komunikaty w mediach, na specjalnych spotkaniach, ale także za pośrednictwem placówek bankowych, poczty, kościoła. Sposób działania oszustów przedstawiany był także w wielu polskich serialach, ale statystyki pokazują, że prewencja nie jest do końca skuteczna. A może właśnie jest skuteczna, bo gdyby nie wspomniane działania, przestępstw byłoby znacznie więcej? Na pewno świadomość polskich seniorów rośnie, to widać po statystykach. Z roku na rok przybywa przypadków, w których starsza osoba uniknęła utraty pieniędzy, bo zorientowała się, że jest oszukiwana, albo bo ktoś ją w porę ostrzegł. Warto też samemu zadbać o bezpieczeństwo swoich dziadków czy rodziców.

Wspomina Pani w książce, że oszukani zmagają się nie tylko ze stratą oszczędności czy rodzinnych kosztowności, ale też z poczuciem winy i wstydem, co podsycają często najbliżsi...

Spotykając się z seniorami oszukanymi metodą „na wnuczka” czy „na policjanta” odnoszę wrażenie, że utrata pieniędzy jest najmniejszym problemem. Te osoby tracą poczucie bezpieczeństwa, bo zostały w okrutny sposób wykorzystane w momencie, gdy chciały nieść pomoc. Zdarza się, że ofiary zamykają się w sobie, odcinają od rodziny. Nie są w stanie uwierzyć, że oszukał ich zupełnie obcy człowiek. Niektórzy są przekonani, że informację o posiadanych przez nich oszczędnościach musiał przekazać krewny albo pracownik banku. Na końcu swojej życiowej drogi borykają się z ogromnym lękiem, wstydem. Inni przeżywają tak ogromy stres, że umierają niedługo po przestępstwie. Policjanci mówią, że dla seniora taka historia jest jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. A bliscy często zamiast wspierać, ranią.

Rodzina jednej z ofiar, która zwierzyła mi się ze swojego dramatu, wypominała jej, że jest naiwna i oddała 30 tysięcy oszustom. Mówili „ale nam zrobiłaś Mikołajki!” Krewnym czy nawet sąsiadom łatwo przychodzi krytykowanie ofiary i mądrowanie w stylu „ja bym nigdy się na to nie nabrał!”... Nikt z nas nie wie, jak by się zachował, gdyby zręczny oszust wziął nas w obroty.

Uważa nawet Pani, że młodsze pokolenie jest pośrednio odpowiedzialne za te dramaty…

Nie chciałabym, żeby to brzmiało jak oskarżenie, ale... tak właśnie uważam. Wielu seniorów, szczególnie w dużych miastach, cierpi z powodu samotności. Ich dzieci dawno opuściły dom, wnuki studiują albo pracują, krewni wyjechali za granicę, być może małżonek już nie żyje. Dla takich osób kontakty z rodziną często sprowadzają się do wizyt „od święta”. A starsze osoby, tak samo jak wszyscy inni ludzie, pragną kontaktu, chcą czuć się potrzebni i ważni. Dlatego gdy dzwoni oszust i radośnie woła „babciu!/ciociu! to ja!”, senior sam projektuje w głowie, kogo chciałby usłyszeć. Gdybyśmy wszyscy dbali o swoich seniorów, okazywali im zainteresowanie i troskę na co dzień, połowy tych dramatów by nie było.

Czy może Pani podać kilka statystyk, by pokazać jak istotny jest to problem?

Oczywiście. Tylko przez pierwsze sześć miesięcy 2019 roku polscy emeryci stracili przez mafię wnuczkową blisko 30 milionów złotych. Największe straty poniósł emeryt z warszawskiego Ursynowa, którego oszuści manipulowali przez kilka dni, nakłaniając do kolejnych wypłat. Mężczyzna stracił 700 tysięcy złotych. Słyszałam też od policji, że latem na Śląsku ktoś stracił ponad milion złotych. W obu tych przypadkach sprawcy nie zostali jeszcze zatrzymani.

Warto podkreślić, że problem jest także z samą statystyką. Policja zbiera informacje dotyczące oszustw „na wnuczka” i „na policjanta” od kilku lat, chociaż pojawiły się one w Polsce prawie dwie dekady temu. W tabelkach znajdziemy tylko te przestępstwa, w których ktoś zgłosił się na policję lub została ona na wezwana na miejsce zdarzenia, a następnie policja odpowiednio opisała to w systemie. Nie wiemy, ile jest spraw źle opisanych ani ile jest przestępstw, których nikt nie zgłosił. Bo się bał, wstydził, albo ciągle wierzy, że pieniądze do niego wrócą.

Wracając do Hossa. Dzięki Pani historia mafii wnuczkowej wykroczyła poza pojedyncze wzmianki w lokalnej prasie. Jak to się stało, że zajęła się Pani tym tematem?

Przyznaję, że stało się tak zupełnie przypadkiem. Pracując nad materiałem podsumowującym roczne straty w wyniku oszustw „na wnuczka” w Warszawie, trafiłam na postać Arkadiusza Ł., znanego jako „Hoss”. Funkcjonariusze z Komendy Stołecznej Policji pokazali mi zdjęcia z jego zatrzymania. Mieszkanie w bloku na warszawskiej Woli wyglądało jak komnaty króla. Wszędzie złoto, marmur, dzieła sztuki, porcelana miśnieńska, rolexy, mnóstwo gotówki, a pob blokiem luksusowe samochody. Potem znalazłam profil jego syna na Facebooku. Marcin K. chwalił się bogactwem, jakie wielu się nawet nie śniło. Wtedy do mnie dotarło, że oszustwa „na wnuczka” to nie są przypadkowe przekręty, których komuś udało się dokonać wykręcając spontanicznie wybrany numer z książki telefonicznej. Zrozumiałam, że mamy do czynienia z mafią, która żyje na absurdalnie wysokim poziomie za pieniądze ukradzione starszym osobom. Im dłużej zgłębiałam temat, tym bardziej wydawał mi się on ważny. To był 2015 rok, pracowałam wtedy w „Super Expressie”. Regularnie publikowaliśmy materiały demaskujące tzw.mafię wnuczkową, jednocześnie przestrzegając starsze osoby przed tego typu przestępstwami. Nikt wcześniej w polskich mediach nie poruszył tematu od tej strony.

 Czy policjanci z wydziału kryminalnego zajmujący się sprawą Hossa chętnie z Panią współpracowali?

Kryminalni z komendy stołecznej, którzy zatrzymywali „Hossa” po raz pierwszy w 2014 roku, podzielili się ze mną swoimi wrażeniami z tamtego okresu, a także wiedzą na temat oszustw „na wnuczka” w ogóle. Bardzo dużo informacji zdobyłam, czytając akta sprawy, które miały ponad 11 tysięcy stron. Ale warto podkreślić, że „Hoss” to nie jest jedyny anty-bohater mojej książki. Wyszłam od jego postaci, bo jest ona najbardziej rozpoznawalna, ale takich jak on jest więcej. Pracując nad książką, dotarłam do kryminalnych nie tylko z Warszawy, ale także z Podlasia, Łodzi, Lubelszczyzny, Śląska. To naprawdę niesamowici, pełni pasji ludzie i jestem im ogromnie wdzięczna za to, że mi zaufali i podzielili się swoim doświadczeniem. Zdradzę Pani, że jest w kraju naprawdę niewielu policjantów, którzy zajmują się „wnuczkami”. I oni się wszyscy znają, współpracują ze sobą, bo często prowadzone przez nich śledztwa łączy postać sprawcy.

Nawiązała Pani kontakt z osobą blisko związaną z wnuczkową mafią. Dlaczego zdecydowała się „sypać”?

Szczerze przyznam, że to ten człowiek nawiązał kontakt ze mną. Odezwał się do mnie kilka lat temu, po którymś większym materiale dotyczącym mafii wnuczkowej, opublikowanym na łamach „Super Expressu”. Zadzwonił do sekretariatu, poprosił o namiar na autorkę tekstu. Powiedział, że on mi może zdradzić znacznie więcej, żeby pokazać jak wygląda ten biznes od „zaplecza”. Nie wiem dlaczego to zrobił i dlaczego robi do tej pory. Widocznie załatwia w ten sposób jakieś swoje interesy. Ale jest osobą bardzo wiarygodną. Zweryfikowałam go zanim weszłam z nim we współpracę, którą uważam z resztą za jedno z ciekawszych doświadczeń zawodowych.

W działalność Hossa były zaangażowane przede wszystkim osoby narodowości romskiej, często całe rodziny. Jak udało się Pani przeniknąć do tej hermetycznej społeczności?

Nie tylko u „Hossa” pracowała cała jego rodzina. Wszystkie duże grupy przestępcze, które opisuję w książce, to grupy złożone z osób ze sobą spokrewnionych. Niestety, nie udało mi się przeniknąć do ich świata. To jest społeczność zamknięta na takie osoby jak ja, nazywane po romsku „gadzio”, czyli obcy. Ich życie, zarówno od strony przestępczej, jak i kulturowej przybliżył mi człowiek blisko związany z wnuczkową mafią. Ale nie należy tej książki czytać jako próby przypięcia tej grupie etnicznej jakiejś łatki. To jest książka o mafii, nie o Cyganach.

Z rozmów z policjantami, akt i relacji niejakiego „Cygana” wynika, że oszustwa dokonywane metodą „na wnuczka” mają około dwudziestoletnią historię...

Tak, wszystko wskazuje na to, że „wnuczki” zaczęły się na początku lat dwutysięcznych. I wszyscy twierdzą, że pomysł na oszukiwanie w ten sposób starszych osób pochodzi właśnie od „Hossa”. Historia jest bardzo ciekawa, szczególnie w wersji opowiadanej przez „Cygana”, dlatego zachęcam do lektury książki.

Śledztwo w sprawie grupy przestępczej Hossa rozpoczęła niemiecka policja w 2012 roku. Rok później zwróciła się o wsparcie do śledczych z Polski, uznając, że tylko ścisła współpraca policji obu krajów może przyczynić się do rozbicia mafii wnuczkowej. Jak przebiegała ta współpraca?

Rozmawiając z policjantami czy prokuratorem, który prowadził śledztwo, wywnioskowałam, że współpraca przebiegała bardzo dobrze. Myślę, że zarówno polska, jak i niemiecka strona mogły tylko zyskać. Niemcy chcieli dorwać oszustów, którzy dzwoniąc z Polski, wyłudzali od ich emerytów pieniądze. Polacy przecierali w ten sposób nowy szlak międzynarodowej współpracy, bo do naszych seniorów oszukańcze połączenia były wykonywane właśnie z zagranicy, w tym m.in. z Niemiec.

Jako ciekawostkę dodam, że ujęcie „Hossa” nie było pierwszym międzynarodowym sukcesem polskich funkcjonariuszy w walce z „wnuczkową mafią”. W 2006 roku policjanci z Katowic, wspólnie z policjantami z Ostravy i Pragi zatrzymali w sumie 39 osób należących do gangu, którym kierował 25-letni Rom. Jego mafia wyłudziła od czeskich emerytów około 10 milionów koron, a dzwonili z Polski.

Hoss został zatrzymany w maju 2014 roku, ale wyrok zapadł po wielu zwrotach akcji 3. września 2019 rok. Na czym polegała trudność przekucia materiału zdobytego drogą pracy operacyjnej śledczych w materiał procesowy?

Nie wiem, czy w tym przypadku tego rodzaju trudności  spowodowały aż pięcioletni odstęp od chwili zatrzymania do dnia, w którym „Hoss” został uznany za winnego. I warto podkreślić, że wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu jest nieprawomocny, że jeszcze wszystko się może zdarzyć. Niemieccy policjanci dostarczyli stronie polskiej materiał dowodowy, na który składały się nagrania i stenogramy z podsłuchanych rozmów, przesłuchania pokrzywdzonych, policjantów. Prokurator, który prowadził to śledztwo w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, nie miał wątpliwości, że „Hoss”, jego syn i brat to przestępcy, dlatego kazał ich zatrzymać i przedstawił im zarzuty. Akt oskarżenia skierowano pół roku po ich ujęciu, czyli jeszcze w 2014 roku. Dopiero na etapie sądowym tempo spadło.

Metoda na wnuczka, którą Hoss opracował, a także zasięg działalności jego grupy przestępczej wymagają znajomości psychologii i kompetencji, powiedzmy, logistycznych. Zaskakujące, biorąc choćby pod uwagę fakt, że ukończył tylko dwie klasy podstawówki. Co to za człowiek?

Z podsłuchów, które stanowiły dowody w sprawie przeciwko niemu, wiemy, że „Hoss” to człowiek rodzinny i rozrywkowy. Z przedstawionych mu zarzutów wynika, że jest sprytny i chciwy, natomiast z zachowania na sali rozpraw że jest to człowiek bardzo chorowity... „Hoss” urodził się w 1968 roku w Jaworznie na Śląsku, później z rodziną wyemigrował do Niemiec, wrócił do kraju dopiero na początku lat dwutysięcznych. Faktycznie, nie skończył nawet szkoły podstawowej, ale umiejętności, o które Pani pyta, nie uczy się, niestety, dzieci w szkołach. Więc podejrzewam, że kiedy jego śląscy rówieśnicy uczyli się ułamków i czytali Karolcię, Arkadiusz Ł. chłonął zupełnie inną wiedzę...

Podejrzewam, że musiał mieć w rodzinie jakiś wzór do naśladowania, bo zarzuty za „wnuczki” mają także jego brat Adam P. i siostra Soraya P. Zresztą dzieci „Hossa” także nie skończyły żadnej szkoły, a sukcesy w wyłudzaniu ogromnych kwot od seniorów z Europy Zachodniej mają wszyscy trzej jego synowie.. Ciężko uwierzyć w przypadek.

Hoss był też dobrze przygotowany na wypadek zatrzymania...

Legendą wśród stołecznych policjantów jest moment, w którym zatrzymali „Hossa” w 2014 roku. On siedzi na łóżku, mówi, że jest bardzo chory, słabo się czuje i trzeba wezwać pogotowie. Po chwili wręcza funkcjonariuszom teczkę z dokumentami poświadczającymi, że jego słabe serce nie wytrzyma większego stresu, a już na pewno nie przeżyje izolacji w areszcie śledczym... Widziałam te dokumenty, czytając akta jego sprawy. Naprawdę duuuuuża teczka, ale ostatecznie na nic się zdała. Wśród Romów mówi się także, że „Hoss” był świetnie przygotowany na przyjście policji także od strony majątkowej. W jego mieszkaniu było mnóstwo bogactwa, dzieł sztuki, biżuterii, gotówki. Ale podobno była to tylko wystawka, żeby funkcjonariuszom wydawało się, że zabezpieczyli wszystko, czego Arkadiusz Ł. dorobił się na przekrętach. Jednak to, co najcenniejsze, miał świetnie ukryte. Romowie plotkowali, że wśród tych zakopanych skarbów były m.in. kamienie szlachetne i sztabki złota.

Być może oczekiwanie empatii od przestępcy jest naiwnością, ale czy Hoss poczuwa się do winy?

Nie rozmawiałam z „Hossem”, ale w sądzie ostatecznie podtrzymywał wersję, że jest niewinny i stal się ofiarą pomówień. Z kolei mój „Cygan” mówi, że przy oszustwach takich jak te „nie ma miejsca na współczutkę”, bo popełniający je ludzie nie traktują tego jak przestępstwo, tylko jak... pracę.

Czy zamierza Pani kontynuować dziennikarskie śledztwo w sprawie mafii wnuczkowej?

„Cygan”, czytając moją książkę, powiedział, że ledwie „liznęłam temat”. Wcale nie chciał w ten sposób zarzucić mi braku zaangażowania, którego sama sobie też nie mogę odmówić. Problem oszustw „na wnuczka” i działających w ten sposób gangów jest jak hydra. Policja utnie jeden łeb, a w jego miejsce wyrastają dwa kolejne. Jest kilka grup przestępczych, których działalności będę się przyglądać. Są śledztwa, na których finał czekam, w tym na kolejny akt oskarżenia przeciwko „Hossowi”, jego żonie i synom. Są procesy, których finału będę wypatrywać... Na pewno nie odpuszczam tematu. I policjanci, których poznałam, zbierając materiały do książki, też nie odpuszczą.

Książkę Wnuczkowa mafia kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-10-17 17:38:14
0 +-

Mnie ciągle zadziwia fakt, że ludzie tak łatwo we wszystko wierzą.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-10-15 20:21:19
0 +-

Bardzo ciekawa rozmowa!

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-10-15 16:42:18
0 +-

Warto sprezentować rodzicom, czy dziadkom taką książkę. Dla mnie to niepojęte, że ktoś się na to nabiera, ale jednak pomimo tylu ostrzeżeń ciągle się słyszy, że jakaś starsza osoba znów została oszukana.

Avatar użytkownika - slena1098
slena1098
Dodany: 2019-10-15 12:06:31
0 +-

Temat na czasie. Dobrze, że ktoś się tym tematem zajmuje 

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-10-14 12:51:27
0 +-

Temat aktualny w książce ... może byc ciekawą pozycja.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-10-14 12:35:38
0 +-

Niezwykle ciekawa rozmowa.

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Hotel ostatniej szansy
Nicki Thornton
Hotel ostatniej szansy
Pluszowy Zajączek
Iwonna Buczkowska
Pluszowy Zajączek
Pod tym samym niebem
Katarzyna Kielecka;
Pod tym samym niebem
Spowiedź Śmigłego
Sławomir Koper;
Spowiedź Śmigłego
Nobliści skandaliści
Sławomir Koper
Nobliści skandaliści
365 stron życia 2020
oprac. Justyna Wrona, Hubert Wołącewicz
365 stron życia 2020
Niedzielna dziewczyna
Pip Drysdale
Niedzielna dziewczyna
Pokaż wszystkie recenzje