Quantcast

Obsesja kontroli. Recenzja filmu „Nić widmo"

Data: 2018-03-02 14:42:45 Autor: Sławomir Krempa
udostępnij Tweet

„Nić widmo” to film erotyczny, w którym nie ma ani odrobiny nagości. To portret niezwykłego twórcy, genialnego, lecz do granic neurotycznego, opanowanego obsesją kontrolowania wszystkich i wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach. To - podobno - sposób, w jaki żegna się z karierą Daniel Day Lewis. Jeśli tak, ma wyjątkowe szczęście - bo jedną ze swych najlepszych ról zagrał w prawdziwym arcydziele.

Londyn, lata pięćdziesiąte XX wieku. Reynolds Woodcock (Daniel Day-Lewis) żyje w świecie niezwykłych sukien. Zapewne należałoby nazwać go projektantem mody, lecz byłoby to określenie uwłaczające jego godności. Zawód krawca również nie oddaje tego, czym zajmuje się Woodcock. Ten bowiem tworzeniu sukien oddaje się bez reszty. Nic - ani nikt - nie może przeszkadzać mu w procesie twórczym. W efekcie stroje, jakie oddaje w ręce klientek, to dzieła sztuki. O jego spokój, ale zapewne i bardziej praktyczną, biznesową stronę przedsięwzięcia dba siostra Woodcocka, Cyril (Lesley Manville), nie pozwalająca nikomu zakłócać codzienności i rutyny mistrza, które w całości podporządkowane są kreacji.

Rzecz w tym, że pewnego dnia Reynolds poznaje w restauracji Almę (Vicky Krieps, co najmniej równie dobra jak Daniel Day-Lewis). Dotychczas unikał tłustych dań, które sprawiały, że czuł się ociężały. Teraz z pasją wygłasza kilkuminutowe zamówienie, wieńcząc swój monolog słowami „oraz kiełbaski”. A kiedy wypowiada te słowa Daniel Day-Lewis, nie mamy wątpliwości, że nie o zwykły apetyt mu chodzi. Gdy po pewnym czasie razem wracają do domu Reynodsa, w którym Alma pozostanie na dłużej (jako modelka? muza?), wiemy, że mimo najszczerszych starań Woodcocka nic już nie będzie takie, jak wcześniej.

Jeśli w „Lewym sercowym” Paul Thomas Anderson jako reżyser rozsadzał schemat komedii romantycznej, można powiedzieć, że „Nić widmo” będzie autorską odpowiedzią na „porno dla mamusiek”, które obecnie króluje w literaturze i kinie. Ale nie dajmy się zwieść - praktycznie nie ma w jego filmie scen seksu czy nagości. Jest za to gorąca, duszna, pęczniejąca od erotycznego napięcia atmosfera. Gdy Alma zamieszkuje u Woodcocka, ten stara się wrócić do dawnej rutyny i przyzwyczajeń. Tyle, że dziewczyna nie chce być kapłanką bożyszcza sztuki krawieckiej. Irytuje ją nabożeństwo, z jaką Woodcock zaszywa w tworzonych przez siebie sukniach włosy matki, która nauczyła go rzemiosła. Możemy się domyślać, że Woodcock nie pozwala sobie na zbyt częste zbliżenia z Almą - być może wychodząc z założenia, że spełnienie erotyczne w jakimś sensie splugawi lub uniemożliwi to artystyczne? Alma stara się przełamać opory Woodcocka i jego siostry, z czasem coraz bardziej świadomie przełamując rutynę, panujące w ich domu obyczaje i rytuały. Napięcie rośnie z każdą chwilą, a wybuch wydaje się nieunikniony. Doskonale tę atmosferę podbudowuje niepokojąca muzyka Johnny’ego Greenwooda.

Ale opowieść o coraz bardziej dziwnej, nienaturalnej relacji Reynoldsa i Almy to tylko jedna warstwa opowieści Andersona. „Nić widmo” to bowiem także - a może: przede wszystkim - opowieść o artyście. Artyście oddanym swej sztuce bez reszty, pragnącym podporządkować jej wszystko i wszystkich. Artyście w tym oddaniu coraz bardziej neurotycznym i w gruncie rzeczy nawet zabawnym (choć nieświadomym własnej śmieszności). Czy film Andersona jest swoistą satyrą na ludzi bezgranicznie zapamiętałych w tego rodzaju kulcie? Po części na pewno tak - komizm jest tu subtelny, a jednocześnie wyraźnie zaplanowany, w najmniejszym stopniu nie psujący atmosfery całości. Z drugiej jednak strony „Nić widmo” to film Andersona-reżysera, który również napisał scenariusz swego nowego dzieła i odpowiadał za zdjęcia do niego. Czy ten dobór „ekipy" nie wydaje się Państwu znaczący w kontekście wszystkiego, o czym opowiada ten obraz? Podobnie jak fakt, że film, w którym Anderson sobie samemu powierzył najważniejsze role jest jednym z najbardziej udanych dzieł w jego karierze?

„Nić widmo” mówi także o tym, że dążenie do doskonałości nie zawsze oznacza zarazem dążenie do szczęścia (a nawet o tym, że często po prostu je uniemożliwia). To niewątpliwie wybitne kino autorskie, ale jednocześnie trzeba zaznaczyć, że nie jest to film dla każdego. Raczej burzy spokój widza niż daje przyjemność z seansu (no, dobrze, prawdziwą przyjemność daje tu oglądanie tworzonych przez Woodcocka sukien, zaprojektowanych przez nominowanego do Oskara Marka Bridgesa), można też spodziewać się, że część widzów pozostanie na warsztat Andersona obojętnych i po prostu oceni film jako nużący. Wszystkim jednak, którzy cenią w kinie historie nietuzinkowe i unikają raczej propozycji o wielkich, polecam ten seans - bo rzadko do kina trafiają opowieści tak niezwykłe.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - azetka79
azetka79
Dodany: 2018-03-05 15:57:35
0 +-

bardzo chciałabym ten film obejrzeć:)

Avatar użytkownika - monikap
monikap
Dodany: 2018-03-05 08:27:26
0 +-

Ciekawie się zapowiada.

Avatar użytkownika - Luxfan
Luxfan
Dodany: 2018-03-04 14:50:51
0 +-

Widziałam i faktycznie się zgodzę, że coś w tym filmie jest urokliwego. Czuć to napięcie, ale wszystko jest delikatne, subtelne i przyjemne w odbiorze. 

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-03-02 15:17:19
0 +-

Brzmi interesująco.