W drobiazgach dzieje się życie. Wywiad z Olgą Passią
Data: 2026-01-16 11:50:58
– O tym, co stanie się z naszym życiem, decydują chwile, zdania i drobne momenty. Po prostu nie zawsze chcemy je dostrzec, nie zawsze potrafimy zaakceptować to, że w drobiazgach dzieje się życie. Drobne sprawy mogą nasze życie zmienić albo w znaczący sposób na nie wpłynąć. Boimy się zmian, choć – jak wiemy – to jedyna stała i niezmienna w naszym życiu – mówi Olga Passia, autorka książki Niedopowiedzenia.
W kilku opowiadaniach pokazuje Pani momenty graniczne, w których bohaterowie tracą grunt pod nogami. Czy w Podróży do dzieci Piotr naprawdę jedzie do dzieci, czy przede wszystkim do siebie sprzed zdrady Iwony?
To bardzo ciekawe spostrzeżenie, mało kto w ten sposób spojrzy na jego podróż. Rzeczywiście, Piotr, jadąc do swoich rodziców (bo to oni opiekują się jego dziećmi) metaforycznie wraca do siebie, do miejsca, które go ukształtowało. Dom rodzinny to zawsze symbol miejsca, w którym jesteśmy bezpieczni, w którym możemy być sobą. Ale bycie sobą nie sprawiło, że Piotr został zrozumiany. Jego widzenie życia i szczęścia całkowicie rozminęło się z widzeniem świata przez jego żonę. Zapewne gdyby udało mu się cofnąć czas, raz jeszcze znaleźć się w punkcie, w którym poznał Iwonę, w chwili, gdy oboje przeżywali uniesienia zakochania, z pewnością wiele rzeczy by zmienił. Być może wiele by zrobił, by ten stan utrzymać albo pokierować swoim życiem tak, potoczyło się inaczej, ale nie da się zawrócić biegnącej rzeki. Piotr popełnił wiele błędów, z części nie zdawał sobie sprawy, ale robił wszystko, by być dobrym mężem – na tyle, na ile pozwalały mu jego wartości i przekonania.
Praca, którą Piotr tak wysoko cenił, nie dała mu ciepła ani wsparcia w chwili, gdy tracił żonę. Udał się do dzieci, bo sądził, że ich bliskość przybliży go do Iwony, da mu szasnę na odkręcenie czegoś, co przegapił.
Piotr w dzieciach szukał okruchów tego co zostało z jego rodziny. A choć poświęcił swoje życie rodzinie, to – paradoksalnie – jego rodzina się rozpada.
Piotr był jak Homo Faber z powieści Maxa Frischa – człowiekiem pracy i logiki. Zabrakło mu jednak zwykłej uważności na potrzeby osoby, z którą żył, lecz od której się oddalił. Nie reagował, gdy żona próbowała do niego dotrzeć, a później było już za późno. Nie zrozumiał na czas, że ona potrzebowała czegoś więcej niż dóbr materialnych, których jej dostarczał. Bo tak to jest, że kobietom nie wystarcza piękny dom, samochód czy czas na realizację swojego hobby. Nie dlatego, że są zołzami, ale dlatego, że chcą przede wszystkim czuć się kochane i doceniane. To bardzo głębokie i atawistyczne. Potrzeba uznania i szacunku jest kluczowa dla poczucia własnej wartości. Każdy też wie, że kobiety pragną głębokiego emocjonalnego połączenia z bliskimi, ale kiedy istnieje ono tylko w teorii, to nawet najsilniejsza więź emocjonalna z partnerem osłabnie, a w końcu umrze. Symbolicznie umiera Piotr, gdyż umiera więź, o którą nie zadbał na czas. Pociąg jest symbolem przemijania. Historia Piotra tam właśnie się kończy.
Opowiadania zawarte w zbiorze są bardzo zróżnicowane. Z jednej strony – ukazują moment zawieszenia, swego rodzaju zamrożenia w działaniu. Z drugiej – chwilę, gdy Pani bohaterowie odnajdują się i odzyskują sprawczość. Które opowiadanie najpełniej odsłania ten stan zawieszenia, a które pokazuje moment, gdy bohaterowie odzyskują siebie?
Każde opowiadanie kładzie nacisk na coś innego. Najbardziej zamrożona w działaniu jest Klara, a jej stan jest metaforą i sumą złych decyzji, które do tego doprowadziły. Zbyt długo nie działała mimo swojej intuicji, nie ufała sobie, aż wreszcie możliwość reakcji na życie i jego wydarzenia zostaje jej odebrana.
Zawieszona jest też Renata z Reni E, ale ona na szczęście odzyskuje sprawczość i decyduje o tym, czego jej potrzeba, przestaje się bać własnego życia. Podobnie Maria z Ars Moriendi, która odzyskuje siebie dzięki skonfrontowaniu się z własnymi lękami.
Karina z Żeby Pani nie płakała odzyskuje siły dzięki ludziom, którzy ją zauważają. Nie ma nic bardziej wartościowego niż bycie potrzebnym i zauważonym. To nadaje sens w kryzysowych momentach i pozwala się podnieść po upadku.
Rose w ostatnich godzinach życia widzi przeszłość i prowadzi rozmowy z bliskimi, choć nie zawsze są oni obecni. Jak czytać to przenikanie się światów w kontekście jej relacji z rodziną?
Opis przenikania się światów w tej historii jest czymś w rodzaju fatamorgany, czymś wyraźnym, ale jeśli spojrzymy z boku, widzimy, że to coś, co nie istnieje. Tylko osoba, która ją widzi, wierzy, że to rzeczywistość.
Nikt nie wie, jak naprawdę wygląda śmierć. Wiemy, jak wyglądają odległe planety, jakie są duże i jaką mają masę, ale nie mamy pojęcia na temat tego, jak wygląda umieranie, choć to planety i kosmos powinien być abstrakcyjny, a nie śmierć, bo ta nas wszystkich dotknie.
W chwili, gdy Rose odchodzi, nie liczy się już dla niej kontekst rodziny, troski życia doczesnego stają się nieważne, największe obawy tracą znaczenie. Gdy Rose już wie, że to koniec życia, traci zainteresowanie tym, co zajmowało ją w czasie jego trwania: próba ochronienia dobrego imienia rodziny, stanie na straży zasad czy kontrolowanie życia bliskich.

Rose widzi zmarłego męża Daniela i obrazy z ich dawnego życia. Które z tych scen uważa Pani za najwięcej mówiącą o niej samej?
To bardzo trudne pytanie. I ciekawe, bo przecież to, co myślimy o innych, mówi dużo o nas. Idąc tym tropem, przychodzi mi do głowy, że Rose nigdy do końca nie wybaczyła mężowi, a po jego śmierci chciała mu to nieświadomie wynagrodzić. Doceniła jego syna, jakby chcąc złożyć hołd swojemu mężowi.
Z pewnością dużo o niej mówi też to, że zerwała kontakty z Polską, ze swoimi korzeniami, łatwo wniknęła we francuską rodzinę, do której się dostała. Zapewne to tłumaczy późniejszą potrzebę skrywania faktów na potrzeby własnego komfortu. Myślę, że Rose była egoistką, ale starała się nad tym pracować, chciała być lepsza, niż była w rzeczywistości. To cenna cecha charakteru i, zwłaszcza w przypadku poprzednich generacji, dość rzadka.
W książce regularnie powracają dwa tematy: bliskość i jej brak. Czy w swoich bohaterach dostrzega Pani jakąś wspólną potrzebę, która wynika z ich historii, reakcji, wyborów?
Wspólna jest dla nich bardzo głęboka potrzeba miłości i bycia zauważonym. Myślę zresztą, że to wspólna cecha wszystkich ludzi. Ludzie wewnętrznie usychają, jeśli nie mogą zobaczyć siebie w oczach innych ludzi w sposób, na którym im zależy.
W Ars moriendi nauczycielka zadaje klasie temat o śmierci, choć sama zmaga się z lękiem, zmęczeniem i poczuciem przeciążenia. Te emocje są naturalne? Czy jednak czymś podsycone?
W przypadku Marii, o którą Pan pyta, to całkiem naturalne, że boi się śmierci. Jest krótko przed emeryturą, a to trudny moment dla kobiet. Czeka ją wielka zmiana, a już na początku tej historii wiemy, że jej życie opiera się na powtarzalności i pracy, która za chwilę przestanie być częścią jej dnia. Wydarza się jednak coś co powoduje, że bohaterka znajduje sens.
Paradoksalnie, do zmiany zmusza ją lęk, z którym się musi zmierzyć. Oswaja lęk przed śmiercią w chwili, gdy ta z impetem pojawia się w jej życiu. A to, że się jej boi, to w jej sytuacji jest naturalne – ma za sobą chorobę, w której była przecież sama.
W większości opowiadań pojawia się motyw straty: śmierci, rozstania, pęknięcia relacji, odchodzenia. Co sprawiło, że to właśnie te doświadczenia są osią wielu historii?
Osi jest więcej, jak właśnie Pan zasugerował: bliskość i jej brak, brak zrozumienia i niedopowiedzenia, przez które dochodzi do pęknięć w relacji lub przetarcia nici łączących dwie strony. Powodem, dla którego poruszam te tematy, są – oczywiście – moje obserwacje, wysłuchane opowieści i bolączki wielu osób, a także własne doświadczenia.
Widzę bardzo wyraźnie, jak wiele związków się rozpada – również przyjacielskich – i dochodzę dziś do wniosku, że cierpimy za bardzo, bo nie nauczyliśmy się żegnać, a pożegnania są częścią życia. Przemijanie jest jego integralną częścią i wszystko się kończy – tak samo, jak kończy się nasze życie. Ta niezbyt wyrafinowana prawda uwidoczniła się, kiedy miałam trzynaście lat i byłam świadkiem procesu odchodzenia mojej babci. Jej choroba zaskoczyła mnie i choć umierała rok, do końca wierzyłam, że stanie się cud i wyzdrowieje. Kiedy dziś myślę o mojej obecności przy niej, to zdaje mi się, jakbym w jakieś mierze sama umierała razem z nią, a na pewno już z nią chorowałam. Oczywiście, metaforycznie, ale to pokazuje kilka prawd. Po pierwsze: kiedy ktoś choruje w rodzinie, to razem z nim chorują wszyscy. Po drugie: śmierć jest obecna w życiu każdego z nas, tylko wolimy o niej nie myśleć.
Zdałam sobie sprawę z tej obecności bardzo szybko i to wpłynęło na moją wrażliwość, świadomość nieuchronności śmierci i bólu procesu odchodzenia kogoś bardzo bliskiego.

Bohaterowie często przeżywają silne emocje, ale pokazuje je Pani przez zwyczajne sytuacje: podróż pociągiem, wizytę w barze, scenę w domu, lekcję w szkole. Ta codzienność sprawia, że można stracić czujność, nie dojrzeć własnych uczuć?
Przeciwnie. Codzienność zmusza nas do świadomego odbierania naszego życia i naszych odczuć. Do zauważenia, jak reagujemy na otoczenie, na to, co mówią do nas ludzie i co robić w sytuacji, gdy to nas niszczy. Jeśli zamykamy oczy na siebie, znieczulamy się na to, czego pragnęliśmy, a tym samym doprowadzamy się do przedwczesnej śmierci, nie zawsze dosłownej.
W wielu opowiadaniach widać, że postaci nie potrafią ze sobą rozmawiać lub rozmowa przychodzi im z trudem. Tymczasem komunikacja to klucz?
To oczywiste, ale równie jasne jest to, że ludzie świadomie wybierają jej brak – z wygody albo strachu, czasem – ze strachu przed tym, kim są i leku, że to, jacy jesteśmy, nie zostanie zrozumiane czy zaakceptowane.
We wszystkich opowiadaniach widać, że czasem szczegół potrafi zmienić kierunek opowieści: jedno zdanie ankietera, wizyta w studiu, telefon od syna, zakupy rozsypane na chodniku. Co, Pani zdaniem, o bohaterach mówi to, że ich życie skręca pod wpływem takich drobnych momentów?
Nic o nich nie mówi. Raczej pokazuje, że o tym, co się stanie z naszym życiem, decydują chwile, zdania i drobne momenty. Po prostu nie zawsze chcemy je dostrzec, nie zawsze potrafimy zaakceptować to, że w drobiazgach dzieje się życie. Drobne sprawy mogą nasze życie zmienić albo w znaczący sposób na nie wpłynąć. Boimy się zmian, choć – jak wiemy – to jedyna stała i niezmienna w naszym życiu.
Gdy patrzy Pani na te opowiadania, co widzi Pani jako ich wspólny emocjonalny rytm? Czy jest jakiś punkt, który spaja te różne historie – ból, szukanie ulgi, próba powrotu do siebie?
We wszystkich opowiadaniach obecny jest motyw kończenia się czegoś. I bólu, bo zanim coś się skończy, zawsze pojawia się cierpienie. Ulga przychodzi, gdy pojawia się moment pogodzenia się i akceptacji. Wtedy też zjawia się siła. Nie w każdym opowiadaniu bohaterowie odnajdują siłę, ale w każdym walczą o to, by wrócić do tego, kim chcą być.
Warto też zwróci uwagę na to, że to, kim, jacy chcielibyśmy być, dochodzi do nas w chwili, gdy zbyt długo gramy nieswoją rolę i nie mamy dłużej siły, by udawać kogoś innego. Wówczas przypominamy sobie ten obraz samych siebie, który podpowiadał nam mózg pod koniec dzieciństwa, i odgrzebujemy go, szukając drogi powrotnej.
Kiedy patrzę na ten zbiór całościowo, widzę przede wszystkim nadzieję, że w większości przypadków można tę drogę odnaleźć.
Książkę Niedopowiedzenia kupicie w popularnych księgarniach internetowych: