Jak otworzyć nieznane środowisko lub świat niż przez poczucie nowości u głównego bohatera? Marcin Podlewski wymienia w posłowiu „Yankesa na dworze króla Artura” Marka Twaina, czy Narnię C.S. Lewisa jako inspirację. Jednak sama książka to dark fantasy i tak się reklamuje. Z pewnością znajdziemy przez ten punkt odniesienia inne, a przede wszystkim współcześniejsze, porównania.
Takim właśnie jest isekai, czyli podróż do innego świata. Może główny bohater nie spotyka bogini w chwili przejścia, może nie uderza go ciężarówka (truck-kun), ani nie jest Japończykiem, jednak z pewnością jego powieść to tzw. portal fantasy. Jednak nieuniknione są wspólne elementy z japońskim przedstawicielem gatunku o przenoszeniu się do innego świata.
W sekwencji początkowej poznajemy jego świat. Bez względu na to, czy bohater w isekaiu opuszcza współczesną, czy przyszłą dystopijną Japonię, nie jest w dobrym miejscu. Tym razem mamy coś bliższego drugiej opcji, a po przeniesieniu okazuje się mieć niezwykłą moc (zupełnie jak w isekaiu z długim tytułem).
Jednak nie wybiegajmy w przód. Sekwencja otwierająca opowiada o dniach więziennych Malkolma Rudeckiego (ps. Rud). Jest ona na tyle długa, że może wydawać się niepotrzebna. Jej zadaniem jest wprowadzenie nam bohatera, jego motywacji i aktualnego stanu Ziemi.
Niestety to wprowadzenie, razem z późniejszymi retrospektywami, tworzy wrażenie, jakby bohater nie miał życia poza więzieniem. Niby miał wcześniej pracę, ale jest ona mglista i niesprecyzowana. Jego jedynym charakterystycznym znajomym był ten z paki i to on przyjmuje w jego głowie postać głosu rozsądku. A o jego motywacja nie zostaje nam nigdy bezpośrednio zaprezentowana, jedynie przez opis bohatera lub narratora.
I tu też mamy problem. Mamy do czynienia z narracją trzecioosobową narratora wszechwiedzącego (czynności Malkolma wykonywane są w trzeciej osobie). Jednak trzyma się on bardzo blisko, tak że trudno czasem oddzielić go od głównego bohatera. Przez co nie wiadomo, czy dobór języka i stylizacje oddawać na karb wszechwiedzącego, czy też Malkolma. W połączeniu z wyżej wspomnianą niepewną przeszłością i pracą język taki jak upodobany przez autora „wykusz” (czy „mięsiwo”) nieco konfunduje.
Po tym trafiamy na Theę, świat dark fantasy, gdzie rządzi Proste Prawo, a przed erami walkę dobra ze złem wygrało to drugie. I tu my i bohater zadamy sobie pytanie. Ale jak to? Świat gdzie rządzi zło? Jak to niby ma działać? Najlepiej tu sięgnąć do popkultury.
Aktualnie (lipiec 2026) wychodzi linia komiksowa z Multiwersum DC – Absolute Universe. W tej alternatywnej rzeczywistości podstawą świata nie jest nadzieja Supermana, a rozpacz Darkseida. Poza tę paralelę dobro-zło mamy dwie podstawowe zmiany w świecie przedstawionym. Po pierwsze – bohaterowie mają, eufemistycznie mówiąc, trudno. A po drugie – sam świat przypomina dużo bardziej ten nasz i antagoniści stają się obrońcami statusu quo: milionerami (bilionerami?) i rządzącymi.
Podobny obraz przedstawia samo państwo Cheliax w świecie Golarionu. Ich religię państwową najłatwiej porównać do satanizmu. Jednak z racji na przynależność tego świata do TTRPG (TableTop RolePlay Game) opartego na D&D możnaby określić tę religię jako praworządną złą, czyli prawo i kontrakty są świętością (albo wręcz odwrotnie).
I tak właśnie prezentuje się nam Proste Prawo Thei. Życie pod nim nie jest najprzyjemniejsze dla wszystkich, ale dla bohatera z racji na jego wyjątkowość może być lepsze niż w jego ziemskiej dystopii. Jednak Malkolm tak tego nie nie postrzega. W końcu ma do kogo wrócić i tylko tego pragnie.
W pierwszym tomie nasz bohater rozpoczyna swoją podróż i poznaje świat. Rozpoznaje jego możliwości. I ostatecznie stara się odnaleźć drogę do domu. Jednak jak proste jest Prawo Thei, alternatywa ciągle jest nam przypominana.
Podążanie za Malkolmem nie jest jakieś skomplikowane. Rzeczy się dzieją, mamy reakcje, krótko mówiąc – nie ma on jakiejś wybitnej sprawozdawczości i idzie tam, gdzie mu powiedzą. Czasem, wraz ze wzrostem jego wiedzy, decyduje się na większą autonomię, ale te decyzje nie muszą być dla każdego przekonujące. Czai się w nich lekka nutka: „narrator tak chciał”.
Jednak, mimo tej prostoty i czasem wręcz przewidywalności fabuły, książkę przyjemnie się słuchało. Niemniej największą motywacją do dalszej lektury było zrozumienie świata.
To on sprawiał, że chcemy chłonąć następną stronę. Niestety jego prezentacja cierpi na pewną dwubiegunowość. Z jednej strony bardzo organicznie wchodzimy w świat i wielu słów nie rozumiemy nawet na ostatniej stronie. Z drugiej mamy postacie, które pojawiają się w odpowiednim momencie i są personifikacją ekspozycji.
Interakcje z nimi teoretycznie są w jakiś sposób umocowane fabularnie i sceny z nimi potrafią być przyjemnie poprowadzone. Niestety wydają się one bardzo mocno skoncentrowane na wyżej wspomnianym jawnym poprowadzeniu bohatera. W dodatku przyjmowane informacje nie są ani weryfikowane z innym źródłem, ani tym bardziej nie podlegają refleksji bohatera. Co ma konsekwencje, że właśnie dlatego Malkolm trafia tam, gdzie narrator chce.
Jednak sam świat jest ciekawie zbudowany. Choć mamy zauważalne inspiracje światem „Gry o Tron”, to nadal dużo pozostaje w inwencji autora. Szczególną uwagę zwraca język mieszkańców Thei oraz ich system magiczne nazywany skrzywieniem. Choć może nie są bardzo rozbudowane, to ich prostota skutecznie buduje przekonujący i nieco chaotyczny świat.
Przed lekturą słyszałem, że Marcin Podlewski lepiej spełnia się w swoich fantastycznonaukowych książkach. Nie gustuje jednak w space operach i przyswoiłem to, co chciałem, czyli dark fantasy w audiobooku. Nie wiem, czy to w wyniku słuchania, ale wydaje mi się, że w pewnych momentach tempo lektury było nieodpowiednie.
W pewnych momentach opisy bywały zbyt długie i skupiały się na niepotrzebnych rzeczach, a czasem były zbyt szczątkowe. W przypadku drugiego dostajemy kluczowy element dla wewnętrznych przeżyć bohatera, a zamiast się na nich zatrzymać, dostajemy krótkie, wyniosłe i wyszukane słowa, a nie dłuższy opis uzmysławiający, co się dzieje i pozwalający nam przeżyć tę chwilę. Jednym z takich momentów było pojawienie się słońca na początku.
Choć zmiana odbioru tekstu w zależności od sposobu przyswajania, to truizm, to nie wszystkie jego konsekwencje są negatywne. Lektor – Artur Ziajkiewicz – wykonał porządną robotę, zmieniał głosy i naprawdę ułatwiał wczucie się w świat przedstawiony. Czasem niektórzy lektorzy zmieniają głosy, ale słyszy się, że to ta sama osoba udającą innych. W przypadku Artura Ziejkiewicza nie miałem takiego odczucia.
Ostatecznie „Księga zepsucia” to nieco chaotyczne dark fantasty, które ma swój urok. Jego wykonanie daje sporo do życzenia, ale nie musi to jeszcze odbierać przyjemności z lektury. Fani światotwórstwa też znajdą tu ciekawe pomysły, choć niestety większość nadal pozostaje owiane aurą tajemnicy. By poznać tajemnice Thei i kontynuacje losów Malkolma raczej trzeba będzie sięgnąć po kolejny tom. Pozostaje pytanie: czy warto ryzykować, sięgając choćby po ten?
Audiobook słuchany dzięki życzliwości Biblioteki na Koszykowej (Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego).
Głębia powraca! Wieści o zakazanym ładunku "Wstążki" docierają do najwyższych władz Zjednoczenia. Machina Triumwiratu idzie w ruch. Skokowiec kapitana...
W świecie wypaczonym poza wszelkie granice dobro i życie zdają się skażeniem. Rud chciał tylko wrócić do domu. Do świata, który znał. Wyrwać się z szaleństwa...