Grudzień 1976 roku. Porucznik Ugne Galant trafia na terapię antyalkoholową do zakładu psychiatrycznego kierowanego przez cenionego profesora Szafira. Dość szybko okazuje się, że leczenie osób uzależnionych od alkoholu i z zaburzeniami psychicznymi nie jest jedynym obszarem działalności ordynatora i jego zespołu. Ugne odkrywa, że jedno ze skrzydeł szpitala, nazywane przez jego małych pacjentów ,,Kurortem", kryje tajemnicę, szczególnie chronioną przez Służby Bezpieczeństwa i władze PRL.
Za drzwiami szpitala Galant staje do walki nie tylko z własnym nałogiem i upiorami przeszłości, ale i z ludźmi, którzy dla władzy i sławy są gotowi na wszystko. W świecie obłędu i przemocy spotka tych, którzy - tak jak on - nie mają już nic do stracenia.
Czy zdoła ocalić niewinnych? Jaką cenę zapłaci, by uratować to, co najcenniejsze?
Powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z lat siedemdziesiątych, które miały miejsce w Krychnowicach pod Radomiem.
Czy krocząc mroczną doliną, śledczy zdoła uwolnić się od upiorów przeszłości i zmierzyć z demonami żywiącymi się żądzą władzy, pieniędzy i sławy?
Czy uda mu się uratować niewinnych?
Jaką cenę przyjdzie zapłacić jemu i jego najbliższym by uratować to co najcenniejsze?
Powieść została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w latach 70 w Krychnowicach pod Radomiem.
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2025-09-24
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 368
„Kurort” Przemka Kowalewskiego od początku czytałam z wrażeniem, że to książka, która nie pozwala odetchnąć ani na chwilę. To już kolejna część cyklu o Ugne Galancie i od razu czuć, że autor zabiera bohatera w przestrzeń jeszcze mroczniejszą, bardziej zamkniętą i klaustrofobiczną niż wcześniej. W poprzednich tomach Galant poruszał się w świecie PRL-owskich ulic, pełnym podsłuchów, podejrzeń i drobnych intryg, które zawsze mogły okazać się śmiertelnie groźne. Tutaj trafia do zakładu psychiatrycznego – miejsca, które z założenia ma być bezpieczne, a w rzeczywistości staje się pułapką, w której zacierają się granice między leczeniem a okrucieństwem.
Fabuła zaczyna się niewinnie: Ugne podejmuje terapię antyalkoholową, ale szybko okazuje się, że to tylko fasada. W szpitalu pod kierownictwem profesora Szafira kryje się coś więcej – jedno skrzydło, nazwane przez pacjentów „Kurortem”, owiane jest milczeniem i strachem. W miarę jak bohater poznaje zakład, odkrywa, że to, co miało być miejscem leczenia, staje się przestrzenią manipulacji, przemocy i eksperymentów, o których lepiej byłoby nie wiedzieć. Napięcie narasta powoli, ale konsekwentnie, a każdy drobiazg – od skrzypienia podłogi po nerwowe spojrzenie – buduje poczucie, że „Kurort” nie jest zwyczajnym szpitalem, ale czymś w rodzaju laboratorium zła.
W tym wszystkim największe wrażenie zrobiła na mnie postać profesora Szafira. To nie jest groteskowy złoczyńca, którego można łatwo potępić. To człowiek spokojny, opanowany, przekonany o słuszności własnych działań. W imię nauki i postępu prowadzi badania, które de facto są eksperymentami na pacjentach – ludziach bezbronnych, uzależnionych od systemu i pozbawionych prawa głosu. Szafir tłumaczy wszystko językiem nauki i troski, ale im dalej w fabułę, tym bardziej czuć, że to tylko parawan dla czegoś o wiele groźniejszego. To właśnie wątek badań sprawia, że „Kurort” przestaje być tylko thrillerem historycznym, a staje się opowieścią o etyce i jej braku – o tym, jak łatwo można przekroczyć granicę, gdy człowiek uzna, że cel usprawiedliwia środki.
Czytając o Szafirze, miałam wrażenie, że patrzę na literacki obraz historii, którą znamy z XX wieku – momentów, gdy nauka stawała się narzędziem ideologii i opresji. Najbardziej przerażające było dla mnie to, że Szafir nie był szaleńcem – był do bólu racjonalny, zimny, wierzył w swoje racje. To czyniło go bardziej prawdziwym i bardziej niepokojącym, bo przypominało, że największe zło często rodzi się nie w krzyku, ale w ciszy laboratorium, w sterylnych salach i wśród ludzi, którzy wierzą, że robią coś ważnego.
Na tle tego wszystkiego Ugne Galant staje się bohaterem niezwykle ludzkim. W poprzednich częściach widziałam go w ruchu – szukał, tropił, próbował rozwiązywać zagadki. Tutaj zostaje zamknięty w murach szpitala, gdzie nie ma dokąd uciec, gdzie musi zmierzyć się zarówno z systemem, jak i samym sobą. Jego walka z nałogiem i przeszłością w tej pozycji nabiera nowego znaczenia, bo zostaje skonfrontowana z miejscem, które obnaża ludzkie słabości zamiast je leczyć. Galant dojrzewa – mniej w nim brawury, więcej świadomości, że każdy krok może kosztować za dużo.
„Kurort” zrobił na mnie wrażenie nie tylko jako powieść o tajemnicy, ale przede wszystkim jako historia o człowieku uwikłanym w mechanizmy większe od niego. Atmosfera jest tu mistrzowsko zbudowana – duszna, pełna napięcia, podszyta lękiem. Ale to, co zostaje po lekturze najdłużej, to pytania o odpowiedzialność. O to, czy nauka oderwana od etyki w ogóle ma sens. O to, ile jest wart człowiek wobec systemu, który dla własnych celów gotów jest z niego uczynić materiał badawczy. I wreszcie o to, jak każdy z nas zachowałby się na miejscu Galanta – czy miałby odwagę spojrzeć w oczy prawdzie, czy raczej odwróciłby wzrok.
Po skończeniu książki miałam poczucie, że „Kurort” nie jest tylko kolejną częścią cyklu, ale jego kulminacją. Łączy to, co w poprzednich tomach było najważniejsze – historyczny kontekst, thrillerową intrygę, psychologiczne napięcie – i dodaje do tego głębię etyczną, która sprawia, że lektura zostaje w człowieku na długo. To nie jest pozycja, którą można po prostu odłożyć na półkę. Ona wraca – w pytaniach, w obrazach, w poczuciu, że świat w niej przedstawiony wcale nie jest aż tak odległy od naszego.
grudniowe były te dni
i miejsce tak poszarzałe
smutne tam były sny
straszne i takie szare
płynęły cierpienia łzy
na ludzkiego życia miarę
aż serce z bólu drży
bo w ludzi zabrano wiarę
w murach czarnych
łzy wypłakane
toczą się po twarzy
bez uczuć żadnych
rany zadawane
toczą swoje ślady
w murach czarnych
te łzy wypłakane
i dusze niechciane
historie te zapomniane
kurzem niepamięci
okryte
istnienia odebrane
w lichej pamięci
ich twarze rozmyte
złym dotykiem objęci
w piekle za życia zamknięci
jak pękniętego szkła odłamki
tak pokruszył się świat
w tym szkle ludzkie upadki
i człowiek - największy kat
Szpitalne mury. Zakład psychiatryczny. Kurort. Lata 70. Tam mętne spojrzenia. Nafaszerowane cierpieniem. Smutne twarze, których ktoś się pozbył. Młode życia, które ktoś postanowił zniszczyć. Wykrzywione w spazmie ciała. Ból. Krzyk, którego nikt nie słyszy. Pulsuje głowa. Potem cisza nadchodzi. Ostatnie wspomnienie juz nie boli. Oby tylko sen nadszedł. Niewieczny.
Przeraża wymiar tej historii. To, że jej fundamentem jest rzeczywistość. Znów zakopana. O której nie mówi się nic. Bo po co. Po tragedii zostaje cisza. Po tych, co odeszli, żal, którego nie można wypowiedzieć. Na szczęście jest Przemysław Kowalewski, który tę pamięć przywraca. I czyni to tak poruszająco, że wszystko w środku drży. Wszystko ociera się o duszę szorstkimi krawędziami. By na końcu czymś dobrym je wyszlifować.
Ugne wraca i odchodzi. Walczy, by nie pić. Łamie się i kruszy. Ale jego iskra wznieca największy płomień. To w nim, to ona. Ta, co piszczy, woła go i lepi się do niego. To zła. To przez nią. To dla niej. Przeżywał straty. Gubił światy. Trochę był też na raty. Ale trwał. Choć siebie odbierał sobie po trochu. Ugne to dusza, co zawsze walczy, choć sił już jej brak. Uwielbiam.
Jak ja czuję tę historię. Tak intensywnie. Mocno. Po mojemu ją czuję. A ona za mną drepcze. Choć bardziej już we mnie utkwić nie może. „Kurort” to najbardziej emocjonalna część serii. Piękna. Polecam bardzo.
Mroczny PRL, szokujące eksperymenty i prawda, która mrozi krew w żyłach!
Właśnie skończyłam czytać "Kurort" Przemysława Kowalewskiego i nie mogę się otrząsnąć. To nie jest lekka lektura. To thriller psychologiczny inspirowany... prawdziwymi, szokującymi wydarzeniami z lat 70-tych, mającymi miejsce w szpitalu psychiatrycznym w Krychnowicach. Tak, dobrze czytacie.
Już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że to będzie mocna powieść.
Milicjant Ugne Galant trafia na leczenie w celu przywrócenia ,,obywatela" społeczeństwu. Inteligentny, z docenionym dorobkiem, ale aktualnie - na samym dnie. W Oddziale Terapii Uzależnień wraz z rezydentką Bogną zaczyna dostrzegać niepokojące sygnały. Ordynator Szafir prowadzi badania, znikają dzieci, a plotki o ukrytym skrzydle, zwanym ,,Kurortem", mrożą krew w żyłach. Okazuje się, że sytuacja ma związek z bezpieką i kapitanem Duklą. Kim jest ten bezwzględny, okrutny człowiek i dlaczego tak bardzo nienawidzi Galanta? Szybko uświadamiamy sobie, że w czasach, gdy partia nadzorowała każdy aspekt życia, niektórzy byli gotowi na wszystko dla władzy i prestiżu... Dla innych natomiast liczył się inny cel -zemsta!
Autor mistrzowsko oddaje klimat PRL-u i mechanizmy działania systemu.
Powieść jest trudna, niepokojąca i trzyma w napięciu do ostatniej strony. Opowiada o krzywdzie i przemocy - to ważny głos w walce z milczeniem i idealne narzędzie do uwrażliwienia na problem. To dobrze, że ktoś opowiedział o zapomnianych ofiarach komunistycznej psychiatrii.
Jeśli szukasz emocjonującej i mrocznej historii, która eksploruje ciemne strony ludzkiej psychiki i zbrodni, a do tego zmusza do myślenia - to jest to. Nikt po tej lekturze nie pozostanie obojętny!
"Kurort" to jest bardzo dobra książka, tylko trochę nie dla mnie. Temat podoba mi się bardzo, bo jeśli chodzi o szpitale psychiatryczne, to zawsze chętnie o nich czytam. To, co nie do końca ze mną zarezonowało, to nieco reporterski styl. Nie jestem entuzjastką reportaży, dlatego tutaj ten reportażowy sznyt trochę mi przeszkadzał. Podoba mi się to, że autor wybiera do swoich książek same tematy zainspirowane wydarzeniami, które jakiś czas temu miały miejsce, no ale jednak ja wolę inną formę. Nie zmienia to faktu, że autor ma lekkie pióro i czytało się to bardzo dobrze. Czy sięgnę jeszcze po inne książki Przemysława Kowalewskiego? Może kiedyś.
Są serie i bohaterowie, za którymi tęsknisz bardziej, niż sam byś przypuszczał - aż do chwili, gdy spotykasz ich ponownie. Tak to u mnie jest z Galantem i Lwowiakiem.
Dlaczego? - Sama nie wiem. Pierwszy - alkoholik, z życiorysem tak poplątanym, że jego akta służbowe mogłyby stanowić materiał na oddzielną powieść. Drugi - niski, krępy, z długą brodą, lwowskim zaśpiewem i uśmiechem przypominającym krasnala z baśni. Dwaj zupełnie różni, a jednak razem tworzący duet, którego nie sposób nie darzyć sympatią. Może to ta ich niezłomna prawość? To, że mimo własnych demonów zawsze dążą do sprawiedliwości - nawet jeśli płacą za to własnym cierpieniem.
,,Kurort" nie jest lekturą łatwą. Szafir - ordynator szpitala psychiatrycznego, zapatrzony w siebie i gotowy iść po trupach - staje się uosobieniem okrucieństwa. Eksperymenty medyczne, elektrowstrząsy, dzieci doprowadzane do granic wytrzymałości... To nie fikcja, od której można odwrócić wzrok. To echo prawdziwych wydarzeń z lat siedemdziesiątych, z Krychnowic pod Radomiem. A świadomość, że takie praktyki miały miejsce naprawdę, boli jeszcze bardziej niż sama fabuła.
Kowalewski po raz kolejny udowadnia, że research to jego znak firmowy - pieczołowicie odtworzona atmosfera epoki, tło historyczne, realia PRL-u. A tuż za szczegółami kryje się coś więcej: smutek, bezradność i gniew. Bo ,,Kurort" to nie tylko kryminał, to także opowieść o systemie, który zbyt często stawiał eksperyment i ideologię ponad człowieka.
To książka, która zostawia po sobie ciężar. Ale i refleksję - że są tacy, którzy nigdy nie godzą się na kompromis ze złem, nawet jeśli walczą na przegranej pozycji. A Galant? On wciąż pozostaje jednym z tych bohaterów, do których chce się wracać - bo choć uwikłany w mrok, to jednak wciąż trzymający się światła.
1976 rok, Szczecin, Ugne trafia na odwyk do zakładu zamkniętego na terapię antyalkoholową. Jak się okazuje w Zakładzie Zdrowia Psychicznego pod kierownictwem profesora Szafira nie przebywają jedynie dorośli. Gdzieś, w innym skrzydle szpitala znajdują się dzieci, a ich krzyki budzą niepokój w poruczniku. Nikt nie powinien i nie może zostać obojętny na krzywdę bezbronnych...tylko czy może o nich walczyć za wszelką cenę, nawet występując przeciwko władzy?
Czytałam pierwszą z serii, a zarazem debiut autora Kozioł i tak jak tam, tak i tutaj zostajemy przeniesieni w czasie, o którym jeszcze mało kto pisze. Autor korzystając z prawdziwych wydarzeń stworzył fikcję literacką, osadzając oczywiście naszego głównego bohatera jako tego walczącego ze złem systemu. A jak widać i po przeszłości i tym co dzisiaj, zło ma się bardzo dobrze. Na widoku, pod przykryciem, tajne łamane przez poufne, tylko to i tak kiedyś wyjdzie...
Wracając do książki. Mrok aż wylewa się z jej kartek. Postać Ugne, bohatera uzależnionego i ułomnego ponownie stawiającego dobro innych nad swoje. Zwłaszcza,że jest to dobro dzieci, o których nikt inny wtyk przypadku nie zawalczy. Autor w sposób bardzo obrazowy, ale i nie przesadzony przedstawił realia ówczesnego życia i władzy Polski Ludowej. Stworzył historię oblepiającą złem jakie jest udziałem człowieka. Nie zdążycie się zorientować, a już będziecie na finiszu powieści. Pozostanie tylko bezradność wobec okrucieństwa i nadzieja na chodźby jeden dotyk dobroci. Książka nie jest dla wszystkich, bo nie dla każdego krzywda dzieci jest do przejścia. Ja polecam. Muszę też wrócić do poprzednich części z Ugne, o których autor nieco pisze i tutaj.
Dużo lepiej jest napisać powieść osadzoną w rejonie jaki się zna niż kombinować z nieznanym. Ja wybieram postać Ugne Galanta...jakoś lepiej się mi "go" czyta.
Grudzień 1976 roku. Porucznik Ugne Galant trafia na terapię antyalkoholową do zakładu psychiatrycznego kierowanego przez cenionego profesora Szafira. Dość...
PRAWDA CIĘ PRZERAZI. ROK 1957. Do szczecińskich szpitali zgłaszają się chorzy cierpiący na nieznaną chorobę. Infekcja błyskawicznie niszczy ich organizmy...
Przeczytane:2025-10-20, Ocena: 5, Przeczytałam, Mam, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2025 roku - 100, Kryminał, thriller, sensacja,
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗪 ś𝘄𝗶𝗲𝗰𝗶𝗲 𝗼𝗯łę𝗱𝘂
Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekałam na kolejne spotkanie z Ugne Galantem. To milicjant, który potrafi analizować fakty z precyzją szachisty, a jednocześnie nosi w sobie ciężar dawnych błędów i słabości. Zawsze mnie intryguje. Przez ostatnie dziesięć lat jego życie przypominało błądzenie we mgle, w której alkohol był i ucieczką, i przekleństwem. Właśnie ten nałóg zaprowadził go na odwyk, do zakładu psychiatrycznego prowadzonego przez profesora Szafira. Wkrótce okazuje się, że jedno ze skrzydeł szpitala, nazywane przez dzieci „Kurortem”, skrywa tajemnicę pilnie strzeżoną przez władze PRL i Służbę Bezpieczeństwa. Za murami tej instytucji Galant musi zmierzyć się nie tylko z własnymi słabościami, ale też z ludźmi gotowymi zrobić wszystko dla władzy i wpływów. Od pierwszego tomu serii czułam, że znam Ugne niemal jak kogoś bliskiego. Choć jego życie pełne było upadków i walki z nałogiem, trudno go nie lubić i nie rozumieć. To człowiek zniszczony przez własne błędy, który w alkoholu szukał nie tyle zapomnienia, ile sposobu na przetrwanie. Bez niego wciąż trudno mu odnaleźć równowagę, ale gdy sytuacja tego wymaga, odzyskuje dawną siłę i jasność umysłu. Wtedy staje się bezkompromisowy wobec wrogów, wierny przyjaciołom i gotów ryzykować wszystko, by chronić tych, którzy nie potrafią się obronić. Tym razem to właśnie dzieci stają się ofiarami zła, a Ugne, mimo własnych ograniczeń, nie cofa się przed walką, nawet jeśli miałoby go to kosztować życie.
Ugne Galant, tuż po tym jak trafił do ośrodka odwykowego, na własne życzenie zresztą, szybko przekonał się, że w tym miejscu alfą i omegą, panem i władcą, jest ordynator, ceniony profesor psychiatrii Szafir. To, że ośrodek podlega Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, wcale nie oznacza, że jest przyjazny dla pacjentów. Szafir bezkarnie przeprowadza tu swoje zbrodnicze eksperymenty przy aplauzie UB. Czuje się pewnie, przekonany o własnej nieomylności, i posuwa się coraz dalej, nie dostrzegając, że granica między nauką a okrucieństwem dawno została przekroczona.
Ugne szybko odkrywa, czym zajmują się w jednym ze skrzydeł szpitala, nazywanym przez małych pacjentów „Kurortem”. Nie byłby sobą, gdyby nie sprawdził, co tak naprawdę dzieje się w tym miejscu, i nie spróbował czegoś z tym zrobić. Niestety jest tu zdany wyłącznie na siebie i na innych pacjentów, którym nie może ufać. Jego przyjaciele znajdują się na zewnątrz i nie od razu wierzą w to, co im opowiada. W końcu Ugne jest człowiekiem z zaburzeniami i problemem alkoholowym, więc syndrom odstawienia mógł wywołać u niego omamy. Ugne wie, że rezygnacja z alkoholu mogła spowodować u niego zespół abstynencyjny: halucynacje, lęki, dezorientację i paranoję. Zdaje sobie sprawę, że alkohol wpływa na ośrodkowy układ nerwowy, a jego nagłe odstawienie po dłuższym czasie picia może prowadzić do zaburzeń równowagi chemicznej w mózgu i wywołać objawy manii prześladowczej. Mimo to czuje, że to nie są urojenia i że w tym miejscu naprawdę dzieje się coś złego. Wie też, że musi to sprawdzić, nawet jeśli będzie go to wiele kosztować. Tymczasem Szafir szybko orientuje się, że jego pacjent próbuje wejść mu w drogę, a na to nie może pozwolić, dlatego postanawia wykorzystać przeciwko niemu jego nałóg.
Nie wie jednak, że Ugne jest człowiekiem o niezwykłym darze. W sytuacjach kryzysowych jego umysł działa jak precyzyjny szwajcarski zegarek. Gdy pojawia się zagrożenie, przypływ adrenaliny sprawia, że jego mózg zaczyna pracować na przyspieszonych obrotach. To jego największa siła, w takich momentach potrafi myśleć kilkukrotnie szybciej niż przeciętny człowiek. Błyskawicznie analizuje otoczenie, tworzy hipotezy, przewiduje scenariusze i wybiera najlepsze rozwiązania. Nawet duża ilość alkoholu we krwi nie jest w stanie mu w tym przeszkodzić. Poza tym wspierają go dwie kobiety, jedna z zaangażowania, druga z wyrachowania. Pojawia się też Dukla, esbek, który dyszy chęcią zemsty na Ugne.
Przyjaciele sprawdzili Szafira i już wiedzą, że Ugne wpadł w poważne tarapaty, bo ów pseudonaukowiec nie pozwoli sobie odebrać swoich zasług ani szpitala. Muszą Litwina stamtąd szybko wyciągnąć, zanim będzie za późno.
Przemysław Kowalewski zręcznie wraca do spraw opisywanych w poprzednich częściach serii, co bardzo mi się podobało. Porusza tu wątek Wajdy i jego synka Nikity, który po przejściach w 𝐿𝑎𝑡𝑎𝑤𝑐𝑢 już nie jest tym samym chłopcem. Pokazuje też, że największą ofiarę, by pomóc przyjacielowi, ponosi Wajda, i będzie się to z nim ciągnęło do końca życia, a potem dotknie jego syna, który nie miał pojęcia, dlaczego ojciec tak postąpił. Ten wątek z kolei można znaleźć w 𝐾𝑟𝑢𝑘𝑢.
Autor z niezwykłą precyzją pokazał, jak w tamtych czasach wyglądała terapia antyalkoholowa. Nie była tak kolorowa jak dziś, jakkolwiek to zabrzmi. Teraz pacjentom zapewnia się fachową pomoc, otacza opieką i okazuje zainteresowanie ich problemem uzależnienia. Wtedy natomiast, pod płaszczykiem pomocy, traktowano ich brutalnie. Elektrowstrząsy, izolatki i zimna woda były normą w takich terapiach. Leczenie często przypominało bardziej karę niż próbę ratowania człowieka. Zamiast zrozumienia i wsparcia stosowano przemoc, zastraszanie i metody, które miały złamać wolę pacjenta. Wiele osób wychodziło z takich ośrodków z jeszcze większym lękiem i wstydem, niż mieli wcześniej. Właśnie ten kontrast między tym, co miało być pomocą, a tym, co stało się torturą, autor ukazał z wyjątkową dokładnością i bez upiększania.
Tak bardzo czekałam na kontynuację losów Ugne Galanta, że nie zwróciłam nawet uwagi, czy ta część była słabsza, czy lepsza od poprzednich. Dla mnie była po prostu dobra. Autor kolejny raz umieścił w swojej książce prawdziwe zdarzenia, które miały miejsce w przeszłości. Natknął się na nie przypadkiem, szukając informacji o metodach leczenia alkoholików w Polsce Ludowej, bo przecież w poprzedniej części Ugne trafił na odwyk. Opisana historia wydarzyła się w innym miejscu w Polsce, jednak ze względów fabularnych Przemysław Kowalewski przeniósł akcję do Szczecina. Jak sam stwierdził, to nie reportaż, więc ta historia mogłaby się rozegrać w każdym mieście naszego kraju.
Filar tej powieści stanowi historia zapomnianych ofiar komunistycznej psychiatrii, tym bardziej tragiczna, że dotyczy cierpienia dzieci, których losem nikt się nie przejął. Sprawa, którą zajął się Ugne, nie była łatwa, choć nie wymagała drobiazgowego śledztwa. Milicjant znalazł się w samym centrum wydarzeń i swoim dociekaniem stał się realnym zagrożeniem dla ludzi, którzy mieli na rękach krew niewinnych ofiar. Dla ludzi owładniętych manią dokonania czegoś niezwykłego, bezwzględnych, o wypaczonej psychice, którzy sami powinni trafić pod opiekę psychiatrów, nie liczyło się nic poza realizacją własnych ambicji i idei, a cierpienie niewinnych było dla nich jedynie środkiem do celu.
Ugne w tej powieści stał się symbolem zwykłego człowieka, który próbował w pojedynkę sprzeciwić się potężnemu systemowi i jego sługom, gotowym w imię idei, sławy i żądzy władzy odebrać innym wszystko.
Na koniec naszła mnie refleksja. Obwiniamy faszystów za eksperymenty na ludziach, ale czy ktoś rozliczył fanatyków z czasów głębokiego PRL-u? Ile cierpienia wyrządziły ich działania, które były ukryte pod pozornie naukowymi lub opiekuńczymi metodami? Historia tamtych czasów była brutalna, a wiele faktów jest wciąż mało znanych.
𝑁𝑖𝑒 𝑧𝑛𝑎𝑠𝑧 𝑎𝑛𝑖 𝑑𝑛𝑖𝑎 𝑎𝑛𝑖 𝑔𝑜𝑑𝑧𝑖𝑛𝑦, 𝑘𝑖𝑒𝑑𝑦 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑠𝑧ł𝑜ść 𝑤𝑦𝑐𝑖ą𝑔𝑛𝑖𝑒 𝑝𝑜 𝑐𝑖𝑒𝑏𝑖𝑒 𝑠𝑤𝑜𝑗𝑒 𝑏𝑟𝑢𝑑𝑛𝑒 ł𝑎𝑝𝑠𝑘𝑎.