Spitsbergen, czasy zimnej wojny. Na wyspę przybywa sześciu pasażerów, wśród nich John Smith - młody mężczyzna z brytyjskim paszportem, który podaje się za naukowca i trafia do polskiej stacji polarnej. Wkrótce jeden z członków ekspedycji ginie zaatakowany przez niedźwiedzia polarnego. Czy to możliwe, że się nie bronił?
W zamkniętej społeczności, odciętej od świata przez nadchodzącą noc polarną, napięcie i nieufność rosną. Smith, zgłębiając sprawę śmierci polarnika, wikła się w sieć intryg i podejrzeń, staje się też elementem niebezpiecznej rozgrywki, która może zmienić losy świata. Ale czy on sam jest tym, za kogo się podaje? I jaką rolę odgrywają w tej odległej, podbiegunowej osadzie Ojcowie Grzesznicy, starsi wioski spod Biełomorska?
Twardoch - po mistrzowsku łącząc elementy thrillera szpiegowskiego, kryminału i dramatu psychologicznego - opowiada o samotności, zdradzie, pokłosiu wojny i cienkiej granicy między misją a obsesją oraz o tym, jak historia i polityka potrafią zdeterminować los zwykłych ludzi.
Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 2025-11-12
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 320
„Zimne wybrzeża” Szczepana Twardocha — wznowienie jednej z jego najbardziej niedocenianych, a jednocześnie wyjątkowo klimatycznych powieści — to mroczna, gęsta i pełna napięcia opowieść, która przenosi czytelnika na Spitsbergen w czasach zimnej wojny. Fabuła rozpoczyna się przybyciem sześciu pasażerów na wyspę, wśród których jest tajemniczy John Smith. Podający się za naukowca Brytyjczyk trafia do polskiej stacji polarnej, gdzie szybko staje się świadkiem niepokojących wydarzeń. Śmierć jednego z polarników, rzekomo zaatakowanego przez niedźwiedzia polarnego, wydaje się bardziej zagadką niż nieszczęśliwym wypadkiem — zwłaszcza że nic nie wskazuje, by ofiara próbowała się bronić.
W klaustrofobicznej atmosferze nadciągającej nocy polarnej, odcięta od świata społeczność zaczyna dusić się od podejrzeń, lęków i narastającej wrogości. Twardoch świetnie prowadzi wątek dochodzenia Smitha, który wikła się w gęstą sieć intryg, szpiegowskich gier i psychologicznych napięć. Bohaterowie są niejednoznaczni, pełni tajemnic i motywacji, których nie sposób odczytać wprost — a pytanie „kim naprawdę jest John Smith?” napędza całą fabułę równie silnie, co dochodzenie w sprawie śmierci polarnika.
Emocje w powieści są intensywne: od chłodu samotności, przez paranoję, aż po narastający lęk przed nieuchronną katastrofą. Choć jest to książka mroczna i podszyta grozą, Twardoch nie rezygnuje z subtelnego, charakterystycznego dla siebie humoru — ironicznego, czasem gorzkiego, idealnie wpisującego się w surowy klimat polarnej stacji.
Styl autora to jego wielki atut: precyzyjny, sugestywny, z dbałością o szczegół i psychologiczne niuanse. Twardoch umiejętnie łączy thriller szpiegowski, kryminał i dramat psychologiczny, tworząc historię o samotności, zdradzie, obsesji i politycznych mechanizmach, które mogą zdeterminować życie zwykłych ludzi.
To książka dla czytelników lubiących gęsty klimat, powolne narastanie napięcia i literaturę, która nie tylko trzyma w emocjonalnym uścisku, ale też skłania do refleksji. Spodoba się fanom thrillerów, miłośnikom zimnych, północnych scenerii oraz każdemu, kto ceni sobie prozę Twardocha za jej wielowymiarowość i psychologiczną głębię.
„Zimne wybrzeża” to doskonałe, mroczne i inteligentne wznowienie, które warto odkryć na nowo. Polecam — szczególnie tym, którzy cenią literaturę z tajemnicą, przestrzenią i emocjonalnym ciężarem.
"Zimne wybrzeża" to proza surowa, w której północny krajobraz nie jest jedynie tłem, lecz siłą wpływającą na losy bohaterów. Twardoch z dużą precyzją pokazuje, jak historia, ideologie i strach wpływają na życie jednostki, wypaczając jej wybory i tożsamość. Język jest oszczędny, chwilami niemal lodowaty, ale pełen napięcia. To książka wymagająca uważnego czytania i totalnego skupienia - najlepiej telefon odłożyć do innego pokoju.
Mroźne, arktyczne krajobrazy to coś, co doskonale oddać potrafi Szczepan Twardoch. I jak się okazuje, robi to już od początków swojej twórczości, bo "Zimne wybrzeża", które w 2025 roku doczekały się nowego wydania, po raz pierwszy na rynku pojawiły się szesnaście lat wcześniej i powstały zainspirowane pierwszą wyprawą autora na Spitsbergen. Historia tej powieści toczy się w 1957 roku latem, gdy na wyspę przypływa polska ekspedycja naukowców, pierwsza, która trwać ma nieprzerwanie ponad rok i John Smith, mężczyzna, który tak łatwo wtapia się w tło. To on prowadzi nas przez tę opowieść, to on spośród wszystkich spotkanych postaci długo zachowuje anonimowość - pozostali dzielą się z nami swoją historią w chwili poznania, zarzucają nas wspomnieniami o swojej przeszłości uwikłanej w polityczne wątki II wojny światowej i starć narodowościowych i ustrojowych tuż po. Spitsbergen w swojej surowości staje się więc areną dla wielu ukrytych celów, szpiegostwa, zdrad. Wątki polityczno-historyczne podane są szczegółowo, w długich, wymagających skupieniach zdaniach, jednak jest coś, co je równoważy - to opisy przyrody, tego mroźnego, skutego lodem krajobrazu, który w dziwny sposób działa na czytelnika kojąco. To w tych opisach czuć zachwyt autora tym miejscem, ale i żal wywołany tym, że tak piękna wyspa nie może po prostu być, że każdy chce ją sobie zawłaszczyć i wykorzystać do własnych celów. I tu pojawia się intryga szpiegowska, która spina wszystkie opowiedziane historie w jedną spójną całość, stanowi szkielet dodający tej niełatwej literaturze pięknej subtelne kryminalne nuty.
Lodowate mam ciało, lodowate myśli.
Spitsbergen - surowy, odcięty od świata ląd archipelagu Svalbard - to miejsce, w którym nikt nie pyta cię o przeszłość. Tutaj gęsta cisza, dzika natura i obojętność Arktyki stają się codziennością, a mrok i zimno potrafią odstraszyć każdego, kto liczy na łatwą ucieczkę od życia. A jednak ta zmarznięta, pozornie obojętna wyspa od dekad znajduje się w orbicie zainteresowań najpotężniejszych mocarstw, stając się idealną sceną dla szpiegowskich rozgrywek.
Jest rok 1957. W świecie narasta napięcie zimnej wojny. Na Spitsbergen przybywa młody mężczyzna, przedstawiający się jako John Smith - socjolog, urodzony w 1929 roku, z brytyjskim paszportem i nazwiskiem tak pospolitym, że aż podejrzanym. Nikt nie zwraca na niego uwagi. Kolejny anonimowy przybysz rzucony na pożarcie północy, który nie wchodzi nikomu w drogę i trwa gdzieś na obrzeżach surowej, polarnej codzienności.
Tyle że Twardoch nie byłby sobą, gdyby nie zagrał z czytelnikiem w powolne, precyzyjne odsłanianie kart. Poznajemy Smitha stopniowo, niespiesznie, jakby każdy jego gest i każde przemilczenie miały większe znaczenie, niż początkowo się wydaje. Jego przeszłość nie jest tym, co widać na pierwszy rzut oka, a prawdziwa tożsamość staje się częścią większej układanki - tak delikatnej, jak cienka tafla lodu nad lodowatą wodą.
Kiedy jeden z członków polskiej ekspedycji ginie rozszarpany przez niedźwiedzia polarnego, rodzą się pytania. W zamkniętej społeczności, tuż przed nadejściem nocy polarnej, narasta napięcie. Smith zaczyna grzebać w sprawie śmierci polarnika - i bardzo szybko wchodzi w sieć intryg, które prowadzą znacznie dalej, niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.
Ta mieszanka thrillera szpiegowskiego, kryminału i dramatu psychologicznego pozostawia w człowieku chłód - ten prawdziwy, arktyczny, i ten metaforyczny, wynikający z ludzkich wyborów. Twardoch tworzy historię gęstą, niepokojącą, w której nie ma łatwych prawd ani prostych postaci, a każdy krok na lodzie może być ostatnim. To opowieść o tym, że nawet na krańcu świata nie uciekniemy ani przed polityką, ani przed własnym sumieniem.
Twardoch jest dla mnie autorem tworzącym niezwykle intensywną literaturę, w której nie brakuje emocji i rozrywki na najwyższym intelektualnym poziomie. Autor zabrał mnie na lodową wyspę Spitsbergen, gdzie granice się zacierają i to zarówno te między człowiekiem a naturą, czy prawdą a kłamstwem.
Historia już od początku intryguje i buduje atmosferę klasycznego dreszczowca. John Smith przybywa na stację badawczą, jest on naukowcem, o dość enigmatycznej przeszłości. Od śmierci jednego polarnika akcja się zagęszczę, ponieważ okoliczności śmierci budzą coraz większe wątpliwości. Tutaj autor ma pole do popisu i wykorzystuje je znakomicie do uknucia intrygi, tak by każda z postaci była podejrzana.
Autor nie byłby soba gdyby nie poruszył w swojej książce tych emocjonalnych strun duszy, bo ta historia ma w sobie coś z traktatu o samotności i to takiej niezwykle dojmującej, ale i rozpadzie zaufania. Społeczność badaczy, która funkcjonuje w zamknięciu, powoli zatraca się w świecie i rzeczywistości, a że skrajne emocje budzą ludzkie demony, to już chyba nikogo nie dziwi. Twardoch znakomicie oddaje ten paranoidalny stan, gdzie nawet cisza drażni, a gesty mogą znaczyć więcej, niż się wydaje.
Motyw ,,Ojców Grzeszników", to coś co mnie uderzyło i zaciekawiło, ponieważ wprowadziło w tę historię pierwiastek metafizyczny i wzbudziło jeszcze więcej niepokoju. To wszystko tworzyło taki złożony obraz starych mitów, ideologi i dawnych obsesji, Twardoch potrafi pobudzić do myślenia i tu nie jest inaczej za sprawą pytań o granice wiary, lojalności i winy, a odpowiedzi nie są łatwe.
,,Zimne wybrzeża" to powieść duszna i niepokojąca, gdzie chłód przenika przez tekst do czytelnika, a wszechobecny chłód współgra z duchowym chłodem bohaterów. Boje z tej historii prawda, że tajemnice skrywane w ludzkich sercach przebijają po stokroć te gromadzone w sejfach i archiwach. To literackie doświadczenie, które może zmrozić krew w żyłach.
Dzisiaj słów kilka o powieści, która właśnie miała wznowienie - pierwszy raz wydana w 2009 roku przez Wydawnictwo Dolnośląskie. W sumie chyba dobrze się stało, bo jakoś tak specjalnym echem Zimne wybrzeża się nie odbiły. Przypuszczam, że zdania będą podzielone, ale mnie się ta książka podobała.
Zimne wybrzeża to powieść, która łączy elementy kryminału, szpiegowskiego thrillera, sensacji i dramatu psychologicznego. Twardoch rzuca nas na Spitsbergen do roku 1957 i nie trzeba być bardzo biegłym w historii, by wiedzieć, że mamy okres zimnowojenny.
Protagonistą jest John Smith, ale to tylko jedna z jego tożsamości. W tej chwili podaje się się za brytyjskiego naukowca, a faktycznie jest agentem badającym nastroje załóg stacji polarnych (także polskiej). A okazja nadarza się od razu, bo jeden z członków ekipy polskiej ginie podczas ataku niedźwiedzia polarnego. Sytuacja wydaje się jednak podejrzana, więc Smith z tym większą chęcią zagłębia się w tajemniczą śmierć polarnika.
Szczepan Twardoch to niebywały talent. Każda jego powieść jest zupełnie inna i otwierając ją, zaczynając czytać, wiesz że czeka cię coś wyjątkowego. Nie jest inaczej w przypadku Zimnych wybrzeży. Kunszt pisarski Twardocha daje znać o sobie co i rusz. Autor Króla stworzył historię, która ciekawi, że chce się książkę przeczytać do końca. Wykreował wiele postaci, z których każda jest wielowymiarowa, złożona, z własną historią. A historie tych postaci łącząc się tworząc niespokojną historię XX wieku.
Jednak na największą uwagę moim zdaniem nie zasługują ani wątki szpiegowskie, ani kryminalne, nawet nie rewelacyjnie przedstawione portrety psychologiczne. To, co ujmuje, zatrzymuje czytelnika do tego stopnia, że przymyka oczy i zaczyna myśleć o tym zimnym, mało wydawałoby się gościnnym miejscu, jak o potencjalnym domu - to przyroda. Przyroda, której Twardoch poświęca czas i miejsce, która staje się pełnoprawnym bohaterem opowieści. Arktyczna, surowa, ale niezmiernie piękna i urzekająca. Dla mnie to po prostu mistrzostwo.
Zimne wybrzeża to nie jest historia, która gna przed siebie bez opamiętania. Narracja momentami jest dość powolna, ale nie na tyle by usypiała. I jak to u Twardocha bywa ważnymi tematami stają się: tożsamość, polskość, przeszłość, lojalność, historia i oczywiście śląskość.
Zapewne pojawią się głosy, że ta powieść jest ,,be", że jest gorsza... Nie jest. Jak porównywać? Do czego? Do Morfiny, która zrobiła z Twardocha pisarza przez wielkie P? Przypominam, że obie powieści dzieli okres trzech lat - Zimne wybrzeża 2009, Morfina 2012. W takim czasie wszystko się zmienia, a pisarz ciągle dojrzewa.
Jeżeli macie ochotę na książkę z wciągającą fabuła, mistrzowskimi opisami przyrody, złożonymi postaciami oraz ciekawym połączeniem gatunków literackich, to znajdujecie się we właściwym miejscu. Myślę, że Zimne wybrzeża to powieść dla Was. Sami się o tym przekonajcie.
Powiedzmy, że Piontek to nowa, zaskakująca powieść Szczepana Twardocha! Nowa powieść Szczepana Twardocha to proza nietuzinkowa, odkrywcza, zaskakująca...
Życie to teatr. Życie to labirynt. Czasem i z jednego, i z drugiego nie ma ucieczki. Najnowszy utwór Szczepana Twardocha o mężczyźnie z przeszłością, ale...
Ocena: 5, Przeczytałam, Posiadam,
Kiedy za oknem chłód, dużo chętniej sięgam po opowieści utrzymane w mroźnych okolicach. Do takich historii należy rozgrywająca się na Spitsbergenie, wznowiona niedawno powieść autorstwa Szczepana Twardocha @szczepan_twardoch pt. „Zimne wybrzeża” z oferty Wydawnictwa Marginesy.
Skuty lodem Spitsbergen staje się ostatnim punktem na podróżnej mapie jednego z Polaków, członków badawczej ekspedycji. Jego tragiczna śmierć rozpoczyna ciąg zdarzeń z udziałem tajemniczego Johna Smitha, który z pewnością nie jest tym, za kogo się podaje. Czy jego obecność pomoże bohaterom, czy może im poważnie zaszkodzi?
Jestem wierna prozie Twardocha od pierwszej lektury „Morfiny”. Przepadam za „Królem” i „Królestwem”, ale „Zimne wybrzeża” swą atmosferą przypominają raczej „Chołod” i to nie tylko przez dojmujące zimno Spitsbergenu. Bohaterowie powieści skrywają przed światem sekrety, o których istnieniu nie chcielibyśmy wiedzieć. Na krańcu świata i w sytuacji zagrożenia życia, wielokrotnie decydują się zajrzeć wgłąb siebie, a to co odkrywają zmusza ich do konfrontacji z własnymi demonami.
Twardoch prowadzi bohaterów przez krajobraz, który działa jak lustro: zimny, obojętny, a przez to boleśnie szczery. Ta surowa, arktyczna sceneria nie jest tłem, ale jednym z najważniejszych elementów konstrukcyjnych powieści. Środowisko wymusza szczerość, odbiera bohaterom komfort i odsłania to, co głęboko ukryte.
Choć wiele w tej historii dygresji, które sprawiają, że akcja powieści toczy się niespiesznie, trudno mówić tu o braku napięcia. Twardoch buduje je nie poprzez dynamiczne wydarzenia, lecz przez narastające wśród bohaterów przekonanie, że w tej polarnej ciszy nie sposób zagłuszyć własnego „ja”.
„Zimne wybrzeża” to książka bardziej kontemplacyjna niż poprzednie tytuły Twardocha. To powieść o granicach wyznaczonych przez naturę i tych, które człowiek stawia sam sobie. I o zimnie, które potrafi oczyścić, ale bywa także bezlitosne.
Polecam, bo proza Szczepana Twardocha to klasa sama w sobie!