Dwunaste piętro Natalii Szyszkowskiej to przejmująca, w dużej mierze autobiograficzna powieść obyczajowa, w której autorka konfrontuje czytelnika z nagłym, dramatycznym zwrotem w życiu – diagnozą ciężkiej choroby.

Opowieść rozpięta jest między dwoma światami: dawnym – pełnym podróży, rodzinnego spokoju i radości z debiutu literackiego – oraz nowym, zamkniętym w ciasnej szpitalnej izolatce, przesyconym bólem, lękiem i niepewnością jutra. Plastyczne opisy przywołują miejsca, które bohaterka odwiedziła przed chorobą: rozgrzane uliczki Mostaru, nocne życie Florencji, norweskie fiordy, paryskie bulwary czy wietrzne wybrzeże Cabo da Roca. Wspomnienia te przeplatają się z duszną rzeczywistością tytułowego dwunastego piętra szpitala. To szczera, momentami brutalna relacja, w której nie ma upiększeń ani fałszywej nadziei – a jednak w przewrotnie zatytułowanym, ostatnim rozdziale Kolumbia tli się światełko i niedopowiedziane jutro.
Dwunaste piętro to historia o stracie, walce i przeobrażeniu, ale też o sile wspomnień, które mogą ocalić człowieka w najtrudniejszych chwilach. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Axis Mundi. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dwunaste piętro. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Kiedy pierwszy raz przed laty lądowaliśmy na lotnisku w Molde, byłam niemal pewna, że samolot stoczy się do morza. Pas startowy, zbudowany wzdłuż fiordu, wydawał się za krótki. Podobno jeśli pierwszy raz stykasz się z tym oszałamiającym krajem, powinieneś zacząć właśnie od spektakularnych widoków otaczających to niewielkie portowe miasto. Można na milion sposobów projektować w głowie, dochodząc niemal do perfekcji, obrazy miejsc, do których się zmierza i o których tylko się słyszało lub oglądało je na cudzych zdjęciach. Ostateczny, namacalny efekt zależy od wielu czynników. Z moich podróżniczych doświadczeń mogę śmiało wysnuć wniosek, że nawet jeśli przygniata cię kamień, lecz masz przed sobą widok na morze, z którego wynurzają się majestatyczne góry, to chwytasz ten obraz aż po horyzont, bo dotarłeś do celu. Wtedy, nawet ciężar staje się lżejszy.
I znów tu byłam. Samotnie. Udało się. Nie padłam na pokładzie jak rozerwany na strzępy trup. Wręcz przeciwnie, stan lekkości i beztroskiego odurzenia widokami wibrował we mnie przyjemnie i unosił moje ciało. Znalazłam nowego zbawcę, nowego boga. Miał swoje imię – xanax.
Zażyłam magiczną tabletkę dwie godziny przed lotem. Mała pigułka, oczyszczająca, a mówiąc bardziej precyzyjnie tłumiąca czasowo wszelkie strachy, zaniosła mnie do krainy szczęśliwości. Jak to możliwe, że nie odkryłam wcześniej tego cudownego specyfiku i pozwalałam się nieść śmierci przez wszystkie te kilometry przeszywające niebo? Jak to możliwe, że na aptecznych półkach jest coś, co daje nieograniczoną swobodę i spokój, ten wyjątkowy spokój, nazywany cichym bratem snu? Jak mogłam zatruwać własną krew lękiem i grozą do tego stopnia, że aż gotowała się i bulgotała jak dymiąca w garze zupa? Widziałam, jak wielu współpasażerów sprytnie ukrywa strach przed lataniem – najczęściej kilkoma drinkami wypijanymi jednym haustem albo przyciskaniem głowy do fotela i modlitwą proszącą o krótki sen po zażyciu nie jednej, a kilku pigułek uspokajających. Ale to nie byłam ja. Nigdy w życiu ja. Moja nieograniczona umiejętność dławienia się przerażeniem w dobrze dopasowanej masce była moją chlubą. Do czasu.
Nadszedł wreszcie moment, w którym musiałam wybrać zło konieczne. W tamtym pierwszym zetknięciu z Norwegią nie wyobrażałam sobie nawet, że kilka lat później wyląduję tutaj sama. Xanax nie odebrał mi paniki spowodowanej oderwaniem się od ziemi, wyciszył ją tylko, uczynił znośną. Kiedy przemierzałam samotnie zalaną deszczem płytę lotniska, zmęczone serce próbowało odnaleźć spokojny rytm w upartym ciele. Być może wcale nie bałam się mniej, bałam się inaczej.
Lek powoli zaczynał słabnąć, a wraz z uczuciem wypłukania nadeszło dziwne odrętwienie i ból głowy. Ogarnęła mnie apatia i niechęć do prostych czynności. Widziałam niewyraźną sylwetkę brata, który machał mi na powitanie. Chciałam się obudzić i znów czuć wszystko, nawet oddech starego wroga na plecach. Przebijałam się przez to sztucznie wywołane znużenie, śmiałam się głośniej niż powinnam, mówiłam szybko i z podnieceniem, chyba sama siebie chciałam dobrze zrozumieć.
Brat zostawił samochód na głównym parkingu. Rozciągnęłam się wygodnie na tylnym siedzeniu. Tuż za znikającym w tylnej szybie miastem zaczęły wyłaniać się pojedyncze drewniane domy. Wody Morza Norweskiego, rozlewające się po prawej stronie drogi, towarzyszyły nam przez długi czas jak dobry przyjaciel. Nie musiałam nic mówić.
Dotarliśmy na miejsce. Wysiadłam z auta i od razu poczułam intensywny, jak nigdy wcześniej, zapach lasu. Nie myliłam się. Soczyście zielony i gęsty bór otaczał z dwóch stron niewielki, świeżo zakupiony przez brata domek, biały jak śnieg. Szerokie schody prowadziły na werandę, z której roztaczał się widok na majaczący w oddali fiord. Gdy brat otwierał drzwi, zobaczyłam na podłodze kilka par kaloszy, ustawionych w równym rządku. Były potrzebne na wszystkie nasze przyszłe wędrówki. Mogłam iść i śmiało zanurzać nogi w mokrej rosie. Cokolwiek we mnie było, doszczętnie wyparowało. Byłam czysta.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Dwunaste piętro. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
