Na tej szachownicy każda figura może okazać się celem. Nawet Król.
Koniec sezonu we Władysławowie. Turyści wyjeżdżają, a nad Bałtykiem unosi się zapach jesieni i… tajemnic z przeszłości. Nikodem Sadurski przyjeżdża na pogrzeb wuja. Wierzy, że to tylko krótka, rodzinna wizyta. Jednak odnalezienie starej, czarno-białej fotografii ze spotkania lokalnych działaczy z radziecką delegacją uruchamia lawinę zdarzeń, której nie da się już zatrzymać. To, co wygląda na lokalną zagadkę z czasów PRL, okazuje się wierzchołkiem góry lodowej, sięgającej najwyższych szczebli władzy w Warszawie.

Szachownica Łukasza Chrzanowskiego to trzymający w napięciu thriller, w którym senne nadmorskie miasteczko staje się areną brutalnej walki wywiadów. To opowieść o lojalności, manipulacji i uczuciu, które rodzi się w cieniu snajperskich celowników.
W tej partii nie ma remisów. Jest tylko przetrwanie albo mat.
Świetna sensacja, która pokazuje wagę decyzji i ich konsekwencje. Łukasz Chrzanowski w powieści Szachownica zabiera nas do świata tajnych operacji, siły, eliminowania wrogów i działań, które przypominają najsłynniejszą grę świata – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Szachownica.
Zapraszamy do przeczytania powieści. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Szachownica. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Słowo "cień" przylgnęło do niego, zanim ktokolwiek pomyślał o nadaniu mu prawdziwego pseudonimu. Nie było w nim nic z pretensjonalności czy chęci zwrócenia uwagi. Była to prosta konstatacja faktu, obserwacja banalna w swojej trafności. Wystarczyło raz zobaczyć, jak porusza się przez zatłoczony korytarz, jak wtopił się w smugi światła i mroku rzucane przez jarzeniówki, by zrozumieć. Nie znikał. Po prostu tam był, a potem nagle go nie było. Jak wspomnienie, które jeszcze przed chwilą wydawało się tak żywe, a teraz rozmywa się w niepewności.
Nikt nie znał jego twarzy. Prosta maska, w której nie było w niej nic ceremonialnego, żadnych wymyślnych wzorów, tylko gładka, matowa czerń, która pochłaniała światło jak nicość. Oczy, jeśli w ogóle je było widać, były jedynie ciemnymi szczelinami, z których zdawało się wyzierać coś bardzo starego i bardzo zmęczonego. Miał w sobie ciszę cmentarzyska, spokój, który z pozoru mógł być mylony z obojętnością. Tam, pod tą maską, za tym milczeniem, tliło się coś niebezpiecznego. Jak lont, który czekał na iskry.
Nikt nie znał jego głosu. Był jak błąd w komunikacji, szum w eterze, który nagle milkł. Nigdy nie wydobył z siebie żadnego dźwięku, żadnego szeptu, a tym bardziej krzyku. Decyzje podejmował gestem, spojrzeniem. Czasami, choć to było najrzadsze, decydował pojedynczym skinieniem głowy i to wystarczało. W jego gestach była precyzja ostrza, w spojrzeniu miał bezdyskusyjną determinację. Znał języki. Wiele języków. Czasem, gdy inni w szatniach mówili o swoich rodzinach, dzieciach, o czymś, co zostawili za sobą w normalnym świecie, zdawał się łapać pojedyncze słowa, rzucał ukradkowe, choć nieczytelne spojrzenie, jakby na chwilę przebijał się przez pancerz swojej obojętności, ale to trwało moment. Potem znów był Cieniem.
Jego biogram był… pustką. Znikome dane. Informacje szczątkowe, potwierdzone przez agentów w czerni i białych rękawiczkach, tylko po to, by reszta wiedziała, że istniał „kiedyś” i „gdzieś”. Plotki krążyły. Wojny domowe w Azji Południowo-Wschodniej. Operacje na Bliskim Wschodzie, o których nikt nigdy nie usłyszał w wiadomościach. Zimne, deszczowe lasy Ameryki Południowej. Zawsze sam. Zawsze tam, gdzie nikt inny nie chciał się zapuszczać. Był jak legenda, która nagle stała się ciałem, chodzący mit o czymś zbyt brutalnym, by było prawdą. Mówiono, że jego przeszłość jest usiana grobami, że każde zaciśnięcie pięści kosztowało go więcej niż przeciętnego człowieka całe życie. Wiedzieli, że to nie był ich kolega z akcji. To był ktoś zrodzony z ognia i soli, wychowany na linii frontu, tam, gdzie nie było miejsca na sentymenty i nikt nie zadawał pytań. Nikt nie chciał znać odpowiedzi.
Nikt nie próbował z nim rozmawiać. Nie w ten sposób, w jaki rozmawia się z ludźmi. Nie istniał temat pogody, minionego meczu, kolejnej kawy. Był szanowany, może nawet bali się go. Nie przez to, że był agresywny czy nieprzewidywalny. Wręcz przeciwnie, jego spokój budził większy niepokój niż gwałtowna natura wielu innych agentów. To był spokój drapieżnika, który już dokonał wyboru.
Kiedy wchodził do pomieszczenia, rozmowy cichły. Nie gwałtownie, ale tak… naturalnie. Ludzie czuli jego obecność, zanim zdążyli go zobaczyć. W powietrzu pojawiało się napięcie, coś jak elektryczność przed burzą. Zawsze ustępowali mu miejsca w korytarzach, nawet gdy on nie zwalniał kroku. Nie było w tym oznak strachu w czystej postaci, raczej rodzaj instynktownego respektu, uznania dla siły, której nie rozumieli.
Powieść Szachownica kupicie w Virtualo!
Tagi: fragment,
