Magia świąt działa, nawet gdy jesteśmy zbyt dorośli, by w nią wierzyć. „Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu"

Data: 2025-10-17 13:13:30 | aktualizacja: 2025-10-30 14:50:50 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 15 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Dwadzieścia lat temu w domu dziecka przy ulicy Zimowej mieszkało dwanaścioro wyjątkowych podopiecznych. Dziś są dorośli, rozrzuceni po świecie, z własnymi historiami i bagażem doświadczeń.

Gdy ich dawna opiekunka, Grażyna, trafia do domu opieki i okazuje się, że jej pamięć z każdym dniem się pogarsza, Maria i Jagoda podejmują decyzję - odnajdą wszystkich wychowanków i zorganizują niezapomniane bożonarodzeniowe spotkanie, by sprawić Grażynie radość i odwdzięczyć się za otrzymane kiedyś dobro.

Każda z osób, z którymi nawiązują kontakt, ma swoje powody, by wrócić do przeszłości - albo chcieć się od niej odciąć. Czy magia świąt i wspomnienia z dzieciństwa wystarczą, by ponownie spleść ich losy?

„Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu" Marta Jednachowska, Jolanta Kosowska grafika promująca książkę

Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu Jolanty Kosowskiej i Marty Jednachowskiej to ciepła, pełna emocji opowieść o rodzinie, która nie opiera się na więzach krwi, lecz na wspólnych przeżyciach i cichym pragnieniu bycia kochanym. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu

W centrum handlowym znajdowała się czekoladziarnia o wdzięcznej nazwie „Słodki kwadrans”. Nie wyglądała jak typowy punkt gastronomiczny w galerii handlowej – miała przytulny wystrój, a wygodne fotele ustawione były w taki sposób, żeby zapewnić klientom tyle prywatności, ile tylko było możliwe w zatłoczonym centrum handlowym. Justyna znalazła w rogu czekoladziarni ostatni wolny stolik. Zamówiła gorącą czekoladę z bitą śmietaną i podeszła do witrynki z wypiekami, żeby zobaczyć, co jest w ofercie. Zakupy na tyle ją zmęczyły, że uznała, iż zasługuje na nagrodę. A co może być lepszą nagrodą niż duży kawałek czekoladowego tortu?

Justyna nie mogła się zdecydować. Wszystkie wypieki wyglądały niesamowicie. Kusiły ją tort czekoladowy, beza z owocami i sernik z rodzynkami. Jakim cudem mogła wybrać tylko jeden kawałek, jeśli wszystkie wyglądały tak apetycznie?

– Dzisiaj mamy specjalną ofertę – zwróciła się do niej sprzedawczyni, widząc, że Justyna od dłuższej chwili nie może się zdecydować. – Drugi kawałek ciasta tylko za pół ceny. Ta wyjątkowa promocja to pomysł mojej szefowej. W ten sposób chce umilić naszym klientom początek Adwentu.

Justyna spojrzała badawczo na kobietę. Sprzedawczyni uśmiechała się do niej serdecznie. Wydawała się bardzo młoda. Justyna nie była nawet pewna, czy dziewczyna jest już pełnoletnia.

– Dla mojej szefowej ten okres jest czymś wyjątkowym. Świętuje każdą niedzielę Adwentu. Zawsze mówi, że przedłuża sobie w ten sposób czas Bożego Narodzenia. W tym roku pierwsza niedziela przypadła wczoraj. Nasza czekoladziarnia jest w centrum handlowym, więc w niedzielę mamy zamknięte. Postanowiłyśmy w takim razie świętować adwentowe poniedziałki. Wszystkie dzisiejsze ciasta są własnoręcznie upieczone przez właścicielkę tej cukierni. Ona ma naprawdę niesamowity talent, tworzy cukiernicze arcydzieła. Jedynie ta beza z owocami wyszła spod mojej ręki. Przyznam nieskromnie, że udała się wspaniale. – Dziewczyna z dumą wskazała na imponujące ciasto. – Przepraszam, nie chciałam zanudzać – zreflektowała się nagle. – Chciałam jedynie poinformować o promocji – dodała.

– Nie zanudza mnie pani. – Justyna uśmiechnęła się. To bardzo ciekawe. W miejscu, w którym się wychowałam, też w szczególny sposób obchodziliśmy każdą niedzielę Adwentu. Ta tradycja nie jest mi obca.

– Naprawdę? To wspaniale! Czy wychowała się pani w Niemczech? Moja szefowa właśnie stamtąd pochodzi. Ona twierdzi, że dla niej Adwent jest nawet ważniejszy niż święta, że radość oczekiwania rozłożona na wiele dni jest czymś niesamowitym.

– Nie, nie wychowałam się w Niemczech – przerwała Justyna. – Od zawsze mieszkam w Polsce.

Młoda kobieta nie miała problemu z tym, że wychowała się w domu dziecka. Wręcz przeciwnie, wiedziała, że gdyby nie trafiła do placówki, to zapewne jej życie ułożyłoby się dużo gorzej. Jednak nie chwaliła się tym na prawo i lewo. Często jej znajomi dowiadywali się o tym dopiero po jakimś czasie i zawsze byli tym faktem zaskoczeni. Tak jakby osoby z domów dziecka miały cichy, niewidoczny stygmat, który je definiował, a ona wydawała się go pozbawiona.

Tym razem Justyna też nie chciała mówić o sobie za dużo tej obcej dziewczynie. Nawet jeśli wydawała się miła i otwarta.

– Tak jak już wspominałam, aż do świąt Bożego Narodzenia nasza czekoladziarnia będzie obchodziła adwentowe poniedziałki. W każdy poniedziałek będziemy mieli inną niespodziankę dla naszych klientów. Serdecznie zapraszam! Ma pani dzieci? – zapytała nagle.

– Tak – odpowiedziała Justyna, lekko zmieszana.

– Dla najmłodszych, ale również dla ich rodziców, przygotowałyśmy kalendarze adwentowe. Są wyjątkowe! Moja szefowa zrobiła je własnoręcznie! – mówiła z entuzjazmem.

Dziewczyna wyjęła spod lady płaskie czerwone pudełko z przeźroczystą pokrywą. W środku była tacka, na której leżały dwadzieścia cztery małe woreczki. Przez złocisto-purpurową tackę biegł zamaszysty, wykonany z lukru napis „Kalendarz adwentowy”. Pomiędzy woreczkami ustawione były czekoladowe figurki małej choinki i paru prezentów. Całość robiła lekko kiczowate i przesłodzone wrażenie.

– W każdym woreczku jest inna czekoladka – wyjaśniła dziewczyna. – Ten kalendarz jest niesamowity. Sama żałuję, że nie jestem już dzieckiem.

Justyna spojrzała na kalendarz adwentowy i już nie mogła od niego oderwać wzroku. On wzbudził wspomnienia. Przypomniały jej się święta dwadzieścia lat wcześniej, kiedy pani Klaudia kupiła kalendarze adwentowe wszystkim dzieciom w domu dziecka, a pani Grażyna podmieniała czekoladki na liściki, które prowadziły do prezentów będących spełnieniem dziecięcych marzeń.

– Czy mam zapakować taki kalendarz? – Głos sprzedawczyni wdarł się w myśli Justyny. Nagle młoda dziewczyna wydała jej się natrętna.

– Nie, dziękuję. Poproszę jedynie kawałek tortu czekoladowego – odpowiedziała kobieta.

– To może dwa kawałki? Tak jak już mówiłam, mamy dzisiaj promocję – trajkotała w najlepsze.

– Jeden wystarczy – ucięła Justyna.

Kobieta wróciła do stolika z talerzykiem w ręku. Pitną czekoladę z bitą śmietaną miała dostać za chwilę. Włożyła do ust pierwszy kęs. Tort naprawdę był wyśmienity. Mocno czekoladowy i wilgotny.

Jej myśli powędrowały do dzieciństwa. Wtedy kalendarz adwentowy i odkryte dzięki niemu prezenty zmieniły jej życie. Jako pierwszy podarunek dostała wymarzone narty, a jako drugi – możliwość wyjazdu z przyjaciółmi w czasie ferii zimowych w góry, gdzie miała okazję wypróbować pierwszy z prezentów. Marzyła o tym wyjeździe i kiedy okazało się, że może pojechać, poczuła się najszczęśliwsza na świecie. To właśnie tam uznali z Dominikiem, że są parą. Wtedy nikt nie spodziewał się, że to młodzieńcze zauroczenie przetrwa. Przetrwało. Od kilkunastu lat byli kochającym się małżeństwem z dwójką dzieci.

Tamten Adwent i towarzyszące mu kalendarze adwentowe były czymś niesamowitym. Tamta Wigilia zapadła jej w pamięć. Justyna szybko zrozumiała, że to nie prezenty były dla niej wtedy najważniejsze. Miała siedemnaście lat i była w okresie nastoletniego buntu. Teraz, z perspektywy lat, rozumiała, że musiała być dla ludzi w swoim otoczeniu naprawdę okropna. Myślała, że wie o życiu już wszystko. Teraz, kiedy to wspominała, uśmiechała się pod nosem. Okres buntu to taki głupi czas, z którego na szczęście się wyrasta. W pełni zrozumiała to dopiero teraz, kiedy sama była matką trzynastolatki. Pomyślała, że powinna być bardziej wyrozumiała dla swojej córki, która dopiero wchodzi w ten okres, pełen nie zawsze łatwych i często bardzo sprzecznych emocji.

Jednak wtedy, dwadzieścia lat temu, to dzięki kalendarzowi adwentowemu pojęła, że jej opiekunki chcą dla niej jak najlepiej. A to, że ktoś nie okazuje swoich uczuć, nie oznacza wcale, że tych uczuć nie ma. Teraz było to dla niej oczywiste, ale wtedy dopiero się tego uczyła, a przeszłość w domu z toksyczną matką i agresywnym ojcem nie ułatwiała jej zrozumienia tak oczywistych rzeczy.

Jej myśli powędrowały do czasu, który spędziła w domu dziecka, i do niesamowitych opiekunek, które się wtedy nimi zajmowały. Przypomniała sobie Grażynę, swoją bezpośrednią opiekunkę, której jako nastolatka nie darzyła sympatią. Można by rzec, że wręcz jej nie lubiła. Dopiero po historii z kalendarzem adwentowym Justyna zmieniła swój stosunek do surowej i przestrzegającej reguł kobiety. Grażyna musi mieć teraz około osiemdziesięciu lat – pomyślała. Ciekawe, co się z nią dzieje.

Justyna skończyła szkołę, zdała maturę i wyprowadziła się z domu dziecka, kiedy tylko skończyła dziewiętnaście lat. Zamieszkała w małej kawalerce, którą dostała na start w nowe życie. Grażyna była jej opiekunką, lecz dziewczyna od początku była bardzo samodzielna i nie potrzebowała pomocy kobiety. Zaczęła pracować na pełen etat w kawiarni. Szybko mogła utrzymać się sama i wtedy też rozpoczęła studia zaoczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Studiowała filologię polską. Poznała tam nowych przyjaciół, przez co szybko odcięła się od przeszłości. Przestały mieć dla niej znaczenie stare znajomości z domu dziecka. Wcale nie chciała, żeby tak było, to samo tak wyszło. Życie popędziło w szalonym tempie i porwało Justynę ze sobą. Przeszłość oddaliła się. Zaczęło się liczyć tylko to, co było tu i teraz. Na co dzień bardzo rzadko wracała myślami do swojego dzieciństwa w domu dziecka. Jednak razem z kiczowatym, i na pewno przesadnie drogim kalendarzem adwentowym wróciły do niej wspomnienia.

Wyjęła z torby telefon i zaczęła przeglądać kontakty. W pamięci urządzenia miała zapisany numer do swojej byłej współlokatorki z domu dziecka, Marysi. Nie rozmawiały ze sobą już kilka lat. Ostatni raz widziały się na chrzcinach Miłosza, czyli ponad pięć lat temu. Justyna nie była nawet pewna, czy Maria ma jeszcze ten sam numer.

– Halo? – Po trzech sygnałach kobieta usłyszała w słuchawce znajomy głos.

– Cześć, Marysiu! – powiedziała ciepło.

– Część, Justynko! – usłyszała w odpowiedzi.

– Poznałaś mnie po głosie? – zapytała zaskoczona Justyna.

– Mam zapisany twój numer telefonu, ale po głosie też bym cię poznała – powiedziała ciepło Maria. – Takich rzeczy się nie zapomina. Mieszkałyśmy w jednym pokoju szmat czasu. Dawno nie rozmawiałyśmy. Stało się coś, że dzwonisz? – zapytała zaniepokojona. Ten telefon po latach milczenia był czymś zaskakującym.

– Nic się nie stało – zaprzeczyła pospiesznie Justyna. Chciałam pogadać. Rozpoczął się Adwent. Zobaczyłam kalendarz adwentowy i naszły mnie wspomnienia.

– Co u ciebie? – weszła jej w słowo Maria.

– U mnie wszystko po staremu. Życie pędzi jak szalone. Musimy się kiedyś spotkać i na spokojnie porozmawiać odpowiedziała Justyna oględnie.

Nie wiedziała, co ma powiedzieć na swój temat. Dziwnie rozmawia się z osobą, z którą nie miało się kontaktu od lat, a kiedyś było się z nią bardzo blisko. To trochę tak jak poznawanie się od początku. Niby wie się o sobie bardzo dużo, ale z każdym słowem może okazać się, że ta wiedza się już przeterminowała i nie ma nic wspólnego z teraźniejszością.

– Dzwonię do ciebie, ponieważ byłam dzisiaj na zakupach świątecznych i zobaczyłam kalendarze adwentowe. Jak już mówiłam, wróciły wspomnienia.

– I co? Kupiłaś kalendarze dla Jowity i… – Maria zawiesiła głos. – Przepraszam, zapomniałam, jak twój synek ma na imię.

– Miłosz. Nie dziwię się, że nie pamiętasz. W końcu widziałaś go tylko na chrzcinach. To było ponad pięć lat temu! Teraz nie ma już nic z tego słodkiego aniołka, którym był wtedy. Raczej przeszedł w fazę diabełka – mówiła ciepło.

– Ależ ten czas pędzi! – W głosie Marysi słychać było nutę nostalgii. Ona też nie do końca wiedziała, jak ma rozmawiać z Justyną. – Kupiłaś dzieciom kalendarze adwentowe? – powtórzyła pytanie.

– Jeszcze nie.

– Kup im. Na pewno się ucieszą.

– Nie znają ich. Może Jowita kiedyś się z nimi zetknęła gdybała Justyna. – Kiedy dzisiaj zobaczyłam je w sklepie, to przypomniały mi się nasze niesamowite prezenty, które dostaliśmy od Grażyny. Pamiętasz?

– Jasne, że pamiętam.

– Nie wiesz, co u niej słychać? Miałyście zawsze świetny kontakt. Pomyślałam, że jeśli ktokolwiek coś wie o Grażynie, to ty.

Marysia nie odpowiedziała od razu. Justyna przestraszyła się, że usłyszy za chwilę złą wiadomość, na którą nie była gotowa.

– Czy u niej wszystko w porządku? – zapytała z lękiem w głosie.

– Myślę, że wszystko dobrze – odpowiedziała Maria z ociąganiem. – Ale nie jestem na bieżąco. Rozmawiałam z nią kilka miesięcy temu. Ostatni raz chyba we wrześniu. Dokładnie nie pamiętam. Od wiosny Grażyna mieszka w domu opieki dla osób starszych o nazwie Willa w Różanym Ogrodzie. Kiedy ostatnio się z nią widziałam, to wszystko było u niej w porządku. Jak na swój wiek, trzymała się świetnie. To było latem. Głupio mi przyznać, ale od tamtej pory jej nie odwiedziłam – powiedziała cicho. Wiesz, mam teraz dużo rzeczy na głowie. Sieć kwiaciarni, której jestem współwłaścicielką, prężnie się rozwija. Dni pędzą jak szalone. Jestem w ciągłym biegu. Na wszystko brakuje mi czasu – zaczęła się tłumaczyć, bo nagle poczuła się winna.

– Jasne, rozumiem – przerwała jej Justyna. – Dla każdego czas pędzi jak szalony.

Sama miała wrażenie, że czas przecieka jej przez palce i że przez natłok obowiązków umyka jej wiele ważnych spraw. Tłumaczyła sobie, że to normalne, że tak właśnie wygląda dorosłe życie. Najwyraźniej Marysia miała dokładnie takie same przemyślenia.

– Postaram się odwiedzić ją w najbliższym czasie – zapewniła Maria. – Może nawet w tym tygodniu.

– Pozdrów ją ode mnie! Może i ja znajdę czas, żeby do niej wpaść – dodała Justyna bez większego przekonania.

– Na pewno bardzo by się ucieszyła. Często wspominała swoich podopiecznych z naszego domu dziecka i prezenty, które nam sprawiła. Myślę, że mieszkamy głęboko w jej sercu.

Grażyna musi naprawdę dużo znaczyć dla Marysi. Chyba nadal traktuje ją jak dobrą przyjaciółkę, a może nawet jak rodzinę – pomyślała Justyna. Ona nigdy nie była z żadną opiekunką aż tak blisko i skrycie zazdrościła Marii tej relacji.

W telefonie rozbrzmiał dziwny dźwięk.

– Przepraszam cię, Justynko, ale to dzwonek do drzwi. Ktoś wszedł do kwiaciarni i muszę obsłużyć klienta – powiedziała Marysia. – Musimy kiedyś zdzwonić się na spokojnie, a najlepiej to się spotkać!

– Musimy! Leć do klientów! Pa, pa – rzuciła do telefonu Justyna.

„Musimy się spotkać”. Zawsze się tak mówi, a potem nic z tego nie wychodzi – pomyślała gorzko.

Kobieta wypiła ostatni łyk gorącej czekolady i dojadła ciasto. Po chwili ruszyła na dalsze zakupy. Miała jeszcze dużo rzeczy do kupienia, a galeria z minuty na minutę stawała się coraz bardziej zatłoczona. Spojrzała w stronę lady, na której nadal leżał kiczowaty kalendarz adwentowy. Nie miała zamiaru go brać, ale Marysia miała rację, że powinna kupić jakieś kalendarze dla Jowity i Miłosza. Dodała kolejny punkt do swojej listy zakupów: dwa najprostsze kalendarze adwentowe z czekoladkami, podobne do tych, jakie ona i jedenaścioro innych dzieci z domu dziecka przy ulicy Zimowej dostały dwadzieścia lat temu.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu
Jolanta Kosowska7
Okładka książki - Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu

Magia świąt działa, nawet gdy jesteśmy zbyt dorośli, by w nią wierzyć...Dwadzieścia lat temu w domu dziecka przy ulicy Zimowej mieszkało dwanaścioro wyjątkowych...

Wydawnictwo