Matka zyskała syna. Fragment książki „Rzeki płyną, jak chcą"

Data: 2021-06-07 15:46:40 Autor: Piotr Piekarski

Klara, Róża i Amelka. Panny Terechowiczówny. Przed wojną jeździły z rodzicami do wód, mieszkały w wytwornym pensjonacie, a matka pilnowała, by parasolkami chroniły delikatną cerę przed słońcem. Rok 1914 wywrócił życie sióstr, podobnie jak milionów ludzi w Europie, do góry nogami. Ojciec poszedł na front, a majątek bez jego opieki szybko zaczął podupadać.

Lata mijają. Matka na przemian rozpacza i modli się, Róża wciąż jest trzpiotką, a Klara, mimo protestów starej gosposi Ludwiżanki, urabia sobie ręce po łokcie. Amelka wbrew woli zszokowanej rodziny postanawia podjąć pracę w szpitalu wojskowym w Warszawie. Jednak to zaledwie grom przed prawdziwą burzą. Po kilku miesiącach zawiadamia bowiem rodzinę, że wraca do rodzinnego majątku z... mężem. Żołnierzem, którego poznała w szpitalu.

Kim jest mąż Amelki? Jak jego obecność w dworze wpłynie na życie Klary, Róży i ich matki? Czy Amelka może być pewna uczuć męża?

Obrazek w treści

Ałbena Grabowska, autorka bestsellerowego cyklu opowiadającego o rodzinie Winnych, powraca z nową powieścią, której bohaterki można pokochać całym sercem. Do lektury książki Rzeki płyną, jak chcą zaprasza Dom Wydawniczy REBIS. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać premierowy fragment książki Rzeki płyną, jak chcą. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Stały wszystkie szeregiem niczym żołnierze na prezentacji wojska. Jako pierwsza oczywiście matka, potem ona, Klara, i Róża, przytulona do jej boku, dalej Ludwiżanka, wyprostowana jak struna, i Józka oraz Jaśka. Żadna nie wybiegła na drogę, aby wypatrywać powozu Niemirskiego, żadna nie czyniła gestów zniecierpliwienia. Ludwiżanka i Józka z Jaśką nie mogły jawnie okazywać rozgorączkowania, w końcu nie należały do rodziny. Jak tylko młodzi przyjadą, miały podać obiad i iść do swoich obowiązków. Co innego matka i Klara z Różą, ale one akurat stały spokojnie i czekały na to, kogo przywiezie im los wraz z Amelią oraz Niemirskim, który udrękę oczekiwania przekuł na propozycję, że na stację pojedzie i młodych stamtąd odbierze.

– Może nie przyjechali? – odezwała się Róża.

Było gorąco, jak zwykle pod koniec czerwca. Klara czuła oblewający ją pot, więc ukradkiem ocierała czoło i szyję chusteczką.

– Na pewno przyjechali – odpowiedziała Róży Ludwiżanka. – Słyszałam gwizd pociągu.

– Może pociąg przyjechał, a oni nie – nie ustawała w wątpliwościach Róża.

Róża wyglądała najładniej z nich, jasne włoski miała ufryzowane, cerę różaną, zgodnie ze swym imieniem, ani śladu potu na twarzy. Dłonie, odrobinę tylko spracowane, ukryła w rękawiczkach. Wdzięcznie zasłaniała się parasolką. Matka na okoliczność przyjazdu zięcia wyjęła z szafy najładniejszą suknię, fioletową w czarne kwiaty, ozdobioną wstążkami i bufkami. Trzeba przyznać, że wyglądała w niej jak prawdziwa dama. Klara prezentowała się najskromniej, chociaż miała kapelusz, rękawiczki i podobnie jak siostra i matka trzymała w ręku parasolkę. Podejrzewała, że tylko te atrybuty – parasolka i kapelusz – pozwolą szwagrowi odróżnić ją od służby, która nie miała ani jednego, ani drugiego. Jutro ta różnica się zatrze, kiedy pójdę w pole albo do Rzeczuchy, zdążyła pomyśleć, kiedy Józka ogłosiła:

– Słyszę rżenie konia.

Nie ruszyły się z miejsca, kiedy Niemirski podjechał powozem, wyciągały jedynie szyje, aby dojrzeć Amelię i jej męża. Pierwszy pokazał się zarządca, który zeskoczył z kozła i podszedł do Amelii, by pomóc jej zejść. Przez bluszcz oplatający płot dostrzegły, że ich siostra w ciągu kilku miesięcy nieobecności wysmuklała i nabrała gibkości. Potem pojawił się on, mąż Amelii. Klara wyobrażała sobie, że przyjedzie w mundurze wojskowym, może z szablą u boku albo, co gorsza, pistoletem lub karabinem. Nie znała się na tym, ale nie chciała broni pod ich dachem. Broń jak to broń, zawsze w końcu wypali, raniąc, kogo nie trzeba. Sylwetka mężczyzny w ciemnym garniturze i białej koszuli wciąż tańczyła za bluszczem. Ani on, ani Amelia nie wchodzili za bramę. Klara spojrzała na matkę. Jej dłonie w rękawiczkach poruszały się niespokojnie. Biedna mama, pomyślała Klara i spojrzała na Różę.

– Czemu oni nie wchodzą? – wyszeptała jej siostra.

– Nie wiem – powiedziała Klara. – Może trzeba do nich wyjść i zaprosić?

– Masz rację – zgodziła się matka. – Trzeba wyjść i zaprosić.

Zrobiła krok do przodu, ale właśnie w tej chwili przez furtkę wszedł Niemirski dzierżący w ręku kuferek Amelii.

– Przywiozłem cenny ładunek. – Odwrócił się, zapewne, żeby pokazać te dwa skarby, Amelię i jej męża, ale jego ręce napotkały pustkę. Zarówno dziewczyna, jak i mężczyzna wciąż chowali się za bluszczem.

– Panienko Amelko! Panie Janie! – krzyknął. Ma na imię Jan, zamigotało w głowie Klary.

– Jan – wyszeptała Róża. – To bardzo ładne imię.

Wreszcie wyczekiwanie zostało nagrodzone, bo oto dostojnym krokiem na ścieżkę wiodącą do głównego wejścia wkroczyli Amelia oraz jej mąż, rzeczony Jan.

– Mamo! – Amelia rzuciła się na szyję matce, a ta zaczęła płakać i tulić córkę do piersi.

Klara, czekając cierpliwie na swoją kolej tulenia i witania, przyglądała się szwagrowi, który stał grzecznie, uśmiechał się lekko i patrzył życzliwie na swoją nową rodzinę. Nie miał wąsów, to pierwsze, co się jej rzuciło w oczy. Drugie – miał obie ręce, dwie nogi i dwoje oczu. Niebieskich, tyle zdążyła dostrzec, zanim siostra objęła ją z całej siły.

– Klarunia!

Twarz Amelii znalazła się tuż przy jej twarzy i Klara poczuła mieszaninę zapachów siostry: kwiatów, słońca, świeżo skoszonej trawy i pościeli suszącej się na słońcu. Poczuła wzruszenie i łzy napłynęły jej do oczu.

– Moja siostrzyczka – powiedziała. – Jesteś wreszcie.

Róża nie wytrzymała tego czekania i rzuciła się na siostrę, kiedy ta obejmowała jeszcze Klarę. Strąciła jej przy tym kapelusz, co starło łzy z oczu matki i Klary, wywołując ich śmiech. Jan wciąż stał grzecznie, cierpliwy i spokojny. Tymczasem Amelia podeszła do Ludwiżanki i Józki z Jaśką, przywitała się uprzejmie, ale krótko i zajęła się wreszcie tym, na co wszyscy czekali, to znaczy prezentacją ukochanego.

– Mamo – zaczęła uroczyście – Klaro, Różo…

Mężczyzna postąpił krok naprzód.

– To jest mój mąż – Jan Pilewicz.

Nazwisko nie pasuje do niego, pomyślała Klara.

– To zaszczyt. – Świeżo przywieziony małżonek ukłonił się i podchodząc kolejno do matki, Klary i Róży, złożył na ręce każdej z nich pełen szacunku pocałunek.

– Zapraszamy dalej. – Matka odzyskała wigor. – Proszę, proszę państwa. Panie Niemirski, proszę zjeść z nami.

– Nie, nie, szanowna pani Terechowiczowa – bronił się zarządca. – Wracam do siebie. Za nic nie chciałbym miru domowego zakłócać. Jak mówiłem, jedynie przywiozłem państwa skarby.

– Dziękujemy, panie Niemirski. – Amelia się ukłoniła. Dziękujemy za pana dobroć.

– Da Bóg, że szanownego pana Tadeusza kiedyś paniom przywiozę, nie tylko ze stacji, ale chociażby z samej Warszawy. – Teraz Niemirski się ukłonił i wycofał rakiem.

Ludwiżanka skinęła właśnie na Józkę i Jaśkę i wszystkie trzy poszły do kuchni, żeby na powrót z komitetu powitalnego zamienić się w służące i czekać, kiedy mogą podać obiad.

– Wszystko nam musisz opowiedzieć, Amelciu kochana zaczęła paplać Róża.

– Wszystko opowie, ale po kolei – ostudziła jej zapały matka. – Tymczasem prosimy na obiad. Chyba że pan chciałby odpocząć chwilę, zajść na górę…

Tu matka przerwała, bo wyniknęła sprawa, która powinna być pozostawiona na później, to znaczy ustalenie, czy państwo Pilewiczowie zatrzymają się w Niebielowie, czy też wybierają się do własnego majątku, a jeśli tak, to kiedy i czy na zawsze. Na szczęście Jan nie był tak dalekowzroczny albo nie zrozumiał aluzji matki, ponieważ odparł z prostotą:

– Ja widzę, że wszystko do obiadu przygotowane, więc może usiądziemy. Po podróży jesteśmy strudzeni, ale Amelia stęskniona za paniami, a ja chciałbym poznać moją nową rodzinę.

Ma miły głos, pomyślała Klara, i wie, czego chce. Umie podjąć decyzję, choćby i najbardziej błahą. Będzie tu rządził. Owinie sobie wokół palca Amelię, matkę i pewnie Różę. Ze mną też chyba zrobi wszystko, co zechce. Myśli przelatywały jej przez głowę niczym ptaki nad Rzeczuchą.

– Rosół. – Ludwiżanka postawiła parującą wazę na stole i zaczęła rozlewać do talerzy.

– Mam nadzieję, że lubi pan rosół – zwróciła się do Jana matka.

– Proszę, aby pani… – zawahał się – …aby mama nie mówiła do mnie pan.

Matka zastygła, ale natychmiast się zreflektowała.

– Janku – powiedziała.

– Moje siostrzyczki – dodał Janek i spojrzał na Różę oraz Klarę.

W ten sposób jeszcze przed pierwszym kęsem matka zyskała syna, a siostry brata. Klara podejrzewała, że w takim tempie przed deserem dowie się, czy w Niebielowie przybyła jeszcze jedna gęba do wykarmienia. I nie myliła się.

– To piękny majątek – rzekł Jan.

– Czy Amelka opowiadała panu… opowiadała ci, Janku, czego doświadcza Niebielów po wyjeździe mojego męża Tadeusza?

– Opowiadała. – Jan kiwnął głową, krojąc pieczystego jelonka. – Bardzo państwu współczuję.

– Tata żyje – rzuciła Klara.

– I wróci – dodała Róża.

Jan uśmiechnął się do nich krzepiąco, ale nic nie powiedział na temat ojca.

– Gdzie mieści się twój majątek rodzinny? – spytała matka.

– Nie mam majątku – odparł wprost.

– Będziemy mieszkać w Niebielowie – dodała szybko Amelia i wydęła swoje piękne wargi.

– Oczywiście – przytaknęła matka. – Tak myślałyśmy.

– Zastanawiałyśmy się, czy zostaniecie – wtrąciła Klara. Nie wiedziałyśmy, że nie masz własnego… – Urwała, nie wiedząc, co powiedzieć, czy użyć słowa „majątek”, czy „dom”, a może „miejsce”.

– Nasz majątek, Janicowo, skonfiskowano mojej rodzinie po upadku powstania styczniowego – wyjaśnił Jan. – Wszyscy mężczyźni walczyli w powstaniu. Dziadek i jego dwaj bracia zginęli. Moja babka przeniosła się z maleńkim ojcem do Kordiałowa, do majątku swojej ciotki. Ojciec był tam później zarządcą, żeby chleba darmo nie jeść. W trzynastym roku, tuż przed wybuchem wojny, koń go kopnął w głowę i ojciec umarł kilka godzin później. Matka zmarła na suchoty, kiedy byłem mały. Nie mam dokąd pójść.

Wszystkie milczały wstrząśnięte opowieścią Janka.

– Zajmiemy domek dla gości, jeśli pozwolicie – odezwała się Amelia.

– Domek dla gości był zrujnowany, zanim tatko na wojnę poszedł – wyszeptała Róża.

– Mam dwie ręce, jestem pracowity. Domek wyremontuję albo zbuduję nowy – zadeklarował Jan Pilewicz.

– Zatem witamy w Niebielowie – powiedziała matka, a Ludwiżanka przyniosła na te słowa poziomki z bitą śmietaną.

– Dziękuję. – Jan Pilewicz wstał od stołu i położył rękę na piersi. – Nie znacie mnie – zaczął przemowę. – Ale udowodnię wam, że polski szlachcic, nawet zubożały, bez majątku i pieniędzy, jest więcej wart niż niejeden bogaty chłoptaś, wychowany w puchach i ulegający francuskim modom.

Czemu francuskim? – chciała spytać Klara, ale się nie odważyła.

– A jak się poznaliście? – matka przerwała ciszę po przemowie zięcia.

– Amelka opiekowała się mną po tym, jak zostałem ranny. Jest najmilszą, najczulszą i najpiękniejszą pielęgniarką, jaką nosi świat.

Amelia spłoniła się wdzięcznie i zatrzepotała rzęsami.

– Myślałyśmy o tobie, Amelciu, jak ty sobie dajesz radę zwróciła się do niej matka.

– Niewiele pisałaś o tym, jak wygląda twoja praca – dodała Róża.

– Musiało ci być bardzo ciężko. – Klara posłała siostrze krzepiący uśmiech.

– Było ciężko – przyznała Amelia. – Na początku, potem i dzień po dniu.

Rozdział ii

Jan ujął dłoń żony i złożył na niej pocałunek.

– Mój anioł – powiedział, a Klarę ukłuła dziwna zazdrość. Jak pięknie się do niej zwraca, pomyślała. Nic dziwnego, że Amelia zakochała się w nim i przywiozła go do domu. I chociaż wyjazd siostry, jej pracę w szpitalu polowym, poznanie męża wciąż spowijała tajemnica, to Klara po raz pierwszy uznała, że widocznie tak miało być.

– Odpocznijcie teraz – zaproponowała. – Pościeliłam wam na górze, w pokoju gościnnym. Twój pokój, Amelko, jest zbyt mały.

– Tak – zgodziła się Amelia. – Mój pokój jest maleńki, a gościnny ma dodatkowo salonik.

– A jutro z samego rana zabiorę się do remontu domku obwieścił Jan Pilewicz.

Książkę Rzeki płyną, jak chcą kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Rzeki płyną, jak chcą
Ałbena Grabowska5
Okładka książki - Rzeki płyną, jak chcą

Trzy siostry, których życie skomplikowały wojna i miłość. Klara, Róża i Amelka. Panny Terechowiczówny. Przed wojną jeździły z rodzicami...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Skręcona historia
Jakub Ostromęcki
Skręcona historia
Zaginiona apteka
Sarah Penner
Zaginiona apteka
Strażnik Klejnotu
Katarzyna Rygiel
Strażnik Klejnotu
Król Myszy
Zuzanna Orlińska
Król Myszy
Cienie Paryża
Paulina Kuzawińska
Cienie Paryża
Pokaż wszystkie recenzje