Pisanie książek nie jest trudne. „Po drugiej stronie książki" Andrzeja Pilipiuka

Data: 2021-11-15 10:38:50 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Mózg jest jak piec – żeby zaczął dobrze buzować, trzeba sypać opał. Podtrzymywać płomień. W moim piecu przez całą młodość tlił się zawilgły torf. Ale dmuchałem na niego z całej siły.  

Tym razem Andrzej Pilipiuk nie proponuje czytelnikom kolejnych przygód Jakuba Wędrowycza, ale dowiecie się wiele o śladach przeszłości pozostawionych w wojsławickiej szopie. Zamiast kolejnej zagadki dla Roberta Storma będzie wspomnienie Michaela Jacksona na warszawskim Kole. Doktor Skórzewski będzie musiał ustąpić miejsca opowieści o Muminku, który poszedł do pracy w fabryce luster.

Obrazek w treści

Po drugiej stronie książki znajdziecie wspomnienia o szarości komuny, snach, które przyniosły nowe pomysły, mapach, które nie wyglądają jak mapy. Krótko mówiąc: znajdziecie tu wszystko, co kiedykolwiek chcieliście wiedzieć o Andrzeju Pilipiuku, ale nie wiedzieliście jak zapytać. Do lektury wywiadu-rzeki z autorem zaprasza Wydawnictwo Fabryka Słów. Dziś na naszych łamach znajdziecie premierowy fragment książki:

Niektórzy twierdzą, że nie jest możliwe pisanie tylu książek. Wyjaśnij ten fenomen, że niektórzy piszą zaledwie jedną książkę, inni jedną przez kilka lat, a Ty, pracując nad kontynuacją cyklu o Panu Samochodziku, napisałeś książkę w dwa tygodnie i dalej nie zwalniasz.

Przede wszystkim podchodzę do pisania jak do normalnej pracy. Ktoś jest szewcem, ktoś stawia ludziom domy, a ja piszę książki. To kwestia zaangażowania. Wszystko, czego się podejmujemy, powinniśmy robić na poważnie albo wcale. Mechanizm jest prosty: jeśli mamy warunki w postaci uczciwego pracodawcy, umiejętności własnych i wydolnego ekonomicznie społeczeństwa, ile damy od siebie, tyle otrzymamy.

Pisanie książek nie jest trudne. Trzeba wymyślić jakąś niebanalną opowieść, ubrać w słowa i pokazać ludziom. Początkujących autorów przede wszystkim stopuje lęk, brak wyobraźni, słabe umiejętności wyrażania własnych myśli literacką polszczyzną oraz często warunki zewnętrzne. Przede wszystkim potrzebny jest czas. To trochę zaklęty krąg – z czegoś trzeba żyć – więc chodzi się do pracy. Po ośmiu godzinach w robocie ciężko siąść i przez kolejne dwie lub trzy godziny pisać powieść. Z kolei dochody z pisania książek w pierwszych latach są z reguły zbyt małe, by pozwalały na rzucenie etatowej pracy i skupienie się tylko na pisaniu...

Masa ludzi, którzy chcieliby pisać, rozbija się o podobne pierwsze ściany. Wydaje im się, że już umieją, ale w rzeczywistości to, co piszą, to wypociny budzące zachwyt jedynie ich samych i wąskiego grona najbliższych przyjaciół. Zdarza się i tak, że naskrobią coś niebanalnego, ale – tak jak ja kiedyś – nie mogą trafić na wydawcę, który dostrzeże potencjał. Jest jeszcze jeden mechanizm, swego rodzaju pułapka psychologiczna. Pokutuje przekonanie, że należy stworzyć arcydzieło, a gdy już powstanie, człowiek od razu zostanie katapultowany na Parnas, kupi sobie z honorariów jacht i willę... Powtarzam początkującym pisarzom: kto myśli w kategoriach „jedna książka” – już przegrał. To taki zawód, gdzie pozycję buduje się latami, jeśli nie dekadami. To taki zawód, gdzie wszystko osiąga się przez regularność i systematyczność. Przepustką do środowiskowych elit oraz szansą na dobre zarobki jest dziesięć, piętnaście, dwadzieścia książek wydanych w ciągu, powiedzmy, dziesięciu lat.

Znam, niestety, przypadki, gdy ktoś wydał dobre opowiadanie lub dobrą książkę, ale nie potrafił iść za ciosem i przyklepać pierwszego sukcesu kolejnym dobrze napisanym dziełem literackim. Znam przypadki, gdy ludzie odpuścili po wydaniu kilku książek – w chwili, gdy wystarczyło jeszcze trochę wysiłku...

I od jeszcze innej strony – jest to praca wymagająca ogromnej samodyscypliny. Na przykładzie fantastyki: mamy konwenty, ale ogromna część życia naszego środowiska rozgrywa się w przestrzeni wirtualnej, funkcjonują listy dyskusyjne etc. Znam autorów, którzy zmarnowali szansę, gdyż zamiast siedzieć i pracować, tracili multum czasu na brylowanie w necie. Podziw rzeszy fanów i wymiana poglądów ze znajomymi są cool, ale nie można zapominać o obowiązkach. Fani cyklu nie będą w nieskończoność czekać na kolejny obiecany tom. Na liście dyskusyjnej podziwia nas kilkudziesięciu emo-fanów. Profil na Fejsiku śledzić będzie może kilkuset. Książkę z przyjemnością przeczyta kilka, a może i kilkadziesiąt tysięcy. Trzeba pamiętać o tych proporcjach. Czas to nasz kapitał, trzeba go rozsądnie inwestować. Znajdować równowagę między pracą a rozrywką. Nie rozdrabniać się. Skupić na zadaniach podstawowych. Nie łapać wielu srok za ogon.

Planujesz, co znajdzie się w kolejnym zbiorze opowiadań, a może po prostu skreślasz kolejne pomysły z notesu i patrzysz, co na końcu wyjdzie?

Gdy siadam do pisania kolejnego zbioru, najpierw przeglądam odpady produkcyjne – rzeczy zaczęte, ale nie ukończone. Zazwyczaj po napisaniu zbioru zostaje mi od czterdziestu do pięćdziesięciu tysięcy znaków w postaci różnych rozgrzebanych opowiadań, czyli około dziesięciu procent kolejnej książki. Siadam, zastanawiam się nad tym, kończę zaczęte teksty, czasem piszę wszystko od nowa.

Niekiedy wracam do pomysłów zarzuconych kilka lat wcześniej, przyglądam im się ponownie. Bywało i tak, że już w trakcie pracy nad książką wpadał mi do głowy świetny pomysł na kolejne opowiadanie.

Kto Cię lepiej poznał, ten wie, że daleko Ci do depresyjnego usposobienia. Wręcz bym powiedział, że jesteś z natury człowiekiem wesołym, który podchodzi z dystansem do siebie i świata.

Jestem raczej pesymistą, ale staram się nie poddawać ponurym nastrojom. Świat jest skomplikowany. Pokonaliśmy wiele problemów dręczących poprzednie pokolenia, ale pojawiły się nowe – utrudniające życie nam. Gdy jedne dziedziny życia zmieniają się na lepsze, w innych następuje irytujący regres. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć. I co więcej, wokoło jest masa ludzi, którzy się nie odnajdują, którzy stłukli się jak szklanki... Staram się być wesoły, bo uważam, że trzeba trzymać fason. Dla siebie, dla innych. To, co piszę, jest często wesołe, więc ludzie chętnie po to sięgają. Po ciężkim dniu trzeba znaleźć odskocznię, zresetować myśli.

Piszę dla ludzi podobnych do mnie. Moja oferta brzmi tak: jesteś zmęczony, jest ci smutno – nie włączaj bezmyślnie telewizora, sięgnij po moją książkę. Mam w ofercie rzeczy i zabawne, i takie bardziej na poważnie...

Czy sądzisz, że Twój zawód ma jakieś perspektywy? Niektórzy głoszą, że zdolność czytania już zamiera. Rodzi się pół- lub też wtórny analfabetyzm.

Gada się o tym, od kiedy ja chodziłem do podstawówki. To kompletne bzdury. Mamy raczej renesans posługiwania się alfabetem. Masa ludzi przypomniała sobie literki, by czytać teksty w Internecie i pisać jadowite komentarze. Zwykli ludzie, którzy trzydzieści lat temu długopis brali do ręki raz na miesiąc, by podpisać się na liście od wypłaty, dziś stukają SMS-y, piszą e-maile. Wzrosła też znajomość angielskiego – choć część tych umiejętności wykorzystywana jest do wyszukiwania obrazków gołych bab w sieci...

W latach dziewięćdziesiątych pojawiły się harlekiny, możemy się podśmiewać z ich jakości i stopnia złożoności fabuły, ale znów – zapełniają pewną lukę, zaspokajają potrzebę kontaktu ze słowem pisanym. Są ludzie, którzy właśnie dzięki nim nie zapomnieli alfabetu.

Gdy chodziłem do szkoły mówiło się, że dzieciaki przestają czytać. Dziś też mówi się, że dzieciaki przestają czytać. A rzeczywistość? Chyba jednak nie jest z tym tak źle! W dodatku upowszechnienie e-booków i audiobooków sprawiło, że wzrosło oczytanie u dorosłych. Ludzie, którzy dawniej przy robocie słuchali co najwyżej muzyki z radia, dziś słuchają nagranych książek. Gdyby jeszcze poluzować z podatkami i skuteczniej ścigać piratów...

Dlaczego podpisujesz książki rysunkiem konia?

Czytelnicy lubią oprócz autografu dostać jeszcze rysunek. Konika rysuję kilkoma ruchami długopisu w jakieś dziesięć sekund. W zasadzie tylko to umiem szybko narysować. Jak jest czas, niewielka kolejka etc. – rysuję koniki. Jak stoi więcej ludzi – tylko autograf...

Po lekturze źródeł widzisz, jaki dorobek utraciliśmy, a także co jest teraz warte zapomnienia z tego, co już było? Mamy chociażby motyw kryształowego rycerza czy nieskazitelnych bohaterów powstań walczących o godną pochwały sprawę, jakimi raczą nas karty podręczników.

Obecnie brakuje takich przykładów. W literaturze utarło się jakoś, że bohaterowie bez skazy i zmazy są nieprawdziwi, papierowi, więc o takich już się nie pisze. Biografie realnie żyjących ludzi pisze się raczej odbrązawiające, wyszukuje się grzechy i grzeszki, błędy życiowe... Czasem ma się wrażenie, że doszukiwanie się taniej sensacji przesłania podstawowy cel badania dziejów postaci.

A czasem widzimy próby dorabiania ideologicznej gęby... Wpadła mi w ręce biografia Jacka Londona, w której amerykański autor orzekł, że London był wprawdzie zapiekłym tak zwanym homofobem, ale była to tylko poza mająca zamaskować jego biseksualizm. Dowodów na potwierdzenie tej karkołomnej tezy nie przedstawił. Dla niego było jakby oczywiste, że gdy ktoś jest przeciw, to znaczy, że po cichu jest za.

Bohaterowie literaccy Sienkiewicza wychowali całe pokolenia. Ale mamy też bohaterów prawdziwych, których dzieje mogłyby stanowić dla nas przykład. Czasy są inne, już nie literaci dzierżą rząd dusz – by przybliżyć ich czyny i postawę, należałoby zacząć kręcić filmy.

Kilkadziesiąt wydanych książek, pozycja niekwestionowanego autorytetu literackiego. Przez ostatnie ćwierć wieku przeszedłeś długą drogę.

Jako motto „Raportu” zapisałem zdanie: „Mali ludzie nie upadają, bo mają wielkie marzenia”. Miałem swoje plany. Próbowałem poukładać sobie życie po swojemu. Co jakiś czas los albo kąsał mnie po kostkach, albo podstawiał nogę. Czasem ktoś podkładał mi świnię, a ktoś inny wyciągał pomocną dłoń. Czasami próbowałem być ambitny i skoczyć w górę, ale dostawałem boleśnie w łeb albo grawitacja ściągała mnie z powrotem. Na szczęście rzeczywistość nigdy tak naprawdę nie przywaliła mi maczugą, jak to zrobiła z kilkoma moimi znajomymi. Za każdym razem powalony na kolana potrząsałem głową, wstawałem, otrzepywałem się i uparcie ruszałem dalej. Nie upadłem, nie poddałem się, nie odpuściłem – bo miałem marzenia; bo miałem ambicje; bo zawsze myślałem w kategoriach planów głównych i planów rezerwowych. Nie uda się jedno? Trudno. Cofnę się, zbiorę siły i zrobię coś innego. Nie da się iść drogą – poszukam ścieżki obok drogi. Miałem nierealne, szalone plany, które mrówczą krzątaniną i z oślim uporem starałem się zrealizować. Myślałem po żydowsku. Nieprzebyty mur? Nierozwiązywalny problem? Dzieliłem na mniejsze kawałki, które po kolei rozpracowywałem. A potem nagle byłem po drugiej stronie tego muru. Udawało się – nie wszystko, ale bardzo dużo.

Kluczem jest więc upór i wyobraźnia?

Tak mi się wydaje. I wiara we własne gwiazdy. Ćwierć wieku temu tłumaczyłem redaktorowi Grzędowiczowi, że chcę być pisarzem i żyć z pisania fantastyki. On mi spokojnie perswadował, że na tym etapie to kompletnie niemożliwe. W tym samym czasie Jacek Komuda podjął smutną decyzję, że trzeba sobie odpuścić pisanie. Wydano mu w mikroskopijnym nakładzie książkę Warchoły i pijanice, miał gotowe Wilcze gniazdo, którego nikt nie chciał opublikować. Takich jak Jacek było wielu. Coś napisali, wydeptywali progi w wydawnictwach, wreszcie odpuszczali sobie. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych mało komu jeszcze chciało się próbować. Czytałem w postaci pliku opowiadanie „Buran wieje z tamtej strony” Jarosława Grzędowicza. Czytałem je chyba około 1997 roku. Przez co najmniej pięć lat ten tekst był napisany do połowy. Autor wiedział, co dalej – zabrakło mu pary, by to ukończyć. Dziś jest to perełka świetnego zbioru.

A potem była rewolucja na rynku wywołana przez Fabrykę Słów. Okazało się, że autorzy mieli masę rzeczy upchniętych w szufladach. Sądzę, że przez pierwsze dwa, trzy lata Fabryka Słów i Runa publikowały głównie to, czym wzgardzili wcześniejsi królowie rynku polskiej fantastyki. Gdy tylko zmieniły się warunki i pojawili się wydawcy z prawdziwego zdarzenia, byliśmy gotowi. Ja chyba najbardziej – napisane opowiadania spokojnie wystarczyły, żeby zapełnić cztery zbiorki, a do tego miałem jeszcze „Norweski dziennik”, „Operację Dzień Wskrzeszenia” i mnóstwo ponotowanych pomysłów.

Polskiej fantastyki miało już nie być. Miała pozostawać zjawiskiem marginalnym i niszowym... A tu figiel – wyleźliśmy z grobów, do których już nas kładziono, i ku zgrozie głównonurtowych krytyków literackich zrobiliśmy polskiej literaturze noc żywych trupów. Najlepszym dowodem żywotności nurtu były książki naszych autorów w finałowej piątce „Asów Empiku”. Dziś kilkunastu polskich autorów żyje tylko z pisania fantastyki – dokładnie tak, jak przepowiedziałem... Wrócili ludzie, którzy odeszli od zawodu. Na przykład Andrzej Ziemiański przez dobre dziesięć lat nie sięgnął po pióro. Dziś nie wyobrażamy sobie polskiej fantastyki bez „Achai”.

Po drugiej stronie książki kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Po drugiej stronie książki
Andrzej Pilipiuk0
Okładka książki - Po drugiej stronie książki

"Mózg jest jak piec - żeby zaczął dobrze buzować, trzeba sypać opał. Podtrzymywać płomień. W moim piecu przez całą młodość tlił się zawilgły torf. Ale...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo