Zdumiewająca historia Józefy Janiny Mehlberg, żydowskiej matematyczki, która udając polską hrabinę, ocaliła tysiące osób w Generalnym Gubernatorstwie.
Druga wojna światowa i Holokaust są źródłem wielu niezwykłych historii opowiadających o ratowaniu ludzkiego życia, lecz Fałszywa hrabina to opowieść wyjątkowa. Jej bohaterką jest nieznana szerzej hrabina Janina Suchodolska, odważna Żydówka, która ocaliła tysiące Polaków więzionych przez niemieckich okupantów.
Z fałszywymi dokumentami wystawionymi na polską arystokratkę Janina Mehlberg pracowała w Radzie Głównej Opiekuńczej i należała do Armii Krajowej. Dzięki przebiegłości, żelaznemu opanowaniu i uporowi hrabina przekonała Niemców, by zwolnili kilka tysięcy Polaków m.in. z obozu koncentracyjnego na Majdanku. Uzyskała pozwolenie, by dostarczać więźniom żywność, lekarstwa, paczki świąteczne, a nawet ozdobione choinki. Osobiście przemycała wiadomości dla członków ruchu oporu na Majdanku, gdzie nawiązała kontakt z lekarką Stefanią Perzanowską. Choć to niewiarygodne, zdołała uniknąć zdemaskowania, przeżyła wojnę, a potem wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych.

Opierając się na niepublikowanych, lecz dokładnie zweryfikowanych wspomnieniach Janiny Mehlberg, Elizabeth B. White i Joanna Śliwa, historyczki i ekspertki w dziedzinie Holokaustu, odkryły całą historię życia tej niezwykłej kobiety, a opowieść o jej losach umiejscowiły w szerszym kontekście historycznym. Fałszywa hrabina to inspirująca relacja o niezłomnej odwadze w obliczu niewyobrażalnego okrucieństwa.
Fałszywa hrabina to książka o pamięci, która wydobywa z cienia ważną, niezwykłą postać. Czyta się ją z napięciem, jak thriller historyczny, ale to przecież świadectwo prawdy. Janina Mehlberg nie była fałszywą hrabiną, ale kobietą, która nauczyła się grać rolę, by ocalić siebie i innych – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Fałszywa hrabina.
Do lektury zaprasza Dom Wydawniczy Rebis. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Fałszywa hrabina. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
2
POCZĄTEK KOŃCA
Pierwszego września 1939 roku, krótko po wschodzie słońca, mieszkańcy Lwowa usłyszeli warkot silników niemieckich samolotów, a później zobaczyli grad bomb spadających na ich piękne miasto. Wstrząśnięci i zaskoczeni Mehlbergowie, podobnie jak większość lwowian, nie posłuchali oficjalnych zaleceń i nie uciekli do piwnicy, ponieważ byli przekonani, że polska obrona przeciwlotnicza wkrótce powstrzyma atak.
Jednak dwa dni później, gdy niemieckie bombowce nadal zrzucały swe śmiercionośne ładunki, niszcząc miasto, rosnąca panika zapędziła ludzi do piwnic. Do Polski dotarła też pokrzepiająca wiadomość, że Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę. Polacy wierzyli, że wróg wkrótce zostanie zmuszony do wycofania swoich oddziałów i przyznania się do porażki.
Po tygodniu do miasta zaczęli przybywać uchodźcy z zachodu; najpierw małymi grupami, a potem niekończącą się rzeką, która zalewała główne drogi jak okiem sięgnąć. Pociągi przestały kursować, a tylko zamożni ludzie mieli samochody, więc uchodźcy poruszali się głównie na piechotę, rowerami lub wozami ciągniętymi przez konie bądź bydło. Przybywali wstrząśnięci i przerażeni niemieckim Blitzkriegiem: widzieli, jak ich domy i społeczności ulegają zagładzie, a towarzysze podróży giną pod bombami i pociskami artyleryjskimi. Wraz z uchodźcami w mieście pojawiły się niepokojące plotki: polskie wojsko zostało rozgromione, a rząd uciekł z kraju.
Janina i Henry wraz z innymi lokatorami gnieździli się w dusznej piwnicy. Przez długie dni i noce znosili straszliwą nudę przerywaną jedynie chwilami przerażenia: słuchali świstu bomb i huku pocisków artyleryjskich, wstrzymywali oddech, gdy budynek trząsł się w posadach od pobliskich wybuchów. Ale nawet wtedy ludzie z nadzieją trzymali się zapewnień władz, że polska armia jest znacznie lepsza od Wehrmachtu i że wycofanie się jej oddziałów to tylko część strategii.
Siedemnastego września, gdy Niemcy atakowali Lwów, rozniosła się wiadomość, że do Polski wkroczyły oddziały sowieckie. Na krótką, ulotną chwilę w niektórych lwowian wstąpiła nadzieja, że Związek Radziecki zerwał pakt o nieagresji z Niemcami i przybywa Polsce z odsieczą. W rzeczywistości Sowieci realizowali tylko swoją część umowy. W tajnym protokole do paktu o nieagresji przedstawiciele Trzeciej Rzeszy i Związku Radzieckiego ustalili bowiem, że podzielą Polskę między siebie.
Janina i Henry schronili się do piwnicy jako dumni obywatele Polski, a gdy 22 września bombardowania w końcu ustały, wyszli z niej jako mieszkańcy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Zgodnie z ustaleniami tajnego protokołu Sowieci zajęli terytoria Polski na wschód od Bugu, w tym Galicję Wschodnią. Reszta kraju przypadła Niemcom, którzy zaanektowali ziemie leżące na zachodzie i północy. Pozostała część równa mniej więcej jednej czwartej obszaru przedwojennej Polski została podporządkowana Trzeciej Rzeszy. W ten sposób powstało Generalne Gubernatorstwo, które było w zasadzie niemiecką kolonią bezwzględnie zarządzaną przez okupacyjne władze. Dwie dekady po zdobyciu niepodległości naród polski ponownie nie miał własnego państwa, a okupanci chcieli nie tylko pozbawić go niezależności, lecz również zniszczyć jego tożsamość.
Wraz z Armią Czerwoną przez Galicję Wschodnią przetoczyła się fala przemocy. Sowieccy żołnierze grabili i gwałcili. Podburzali miejscową ludność, by „sierpem i młotem” tępiła „polski faszyzm”, a niektórzy Ukraińcy sumiennie się do tego przykładali. Łupili majątki i firmy, atakowali, czasem nawet mordowali właścicieli. Wśród ofiar było najwięcej Polaków i Żydów. Ukraińscy chłopi, którzy wierzyli, że skonfiskowana ziemia będzie należała do nich, witali Armię Czerwoną chlebem i solą. Sowieci szerzyli hasła o robotniczym raju bez podziałów etnicznych, religijnych i społecznych, lecz doskonale rozumieli, jaką siłę daje manipulowanie wrogością na tle etnicznym.
We Lwowie (który zmienił się w rosyjski Lwow) Janina i Henry stanęli w obliczu bezdomności. Armia Czerwona konfiskowała domy i mieszkania, w większości należące do Polaków i Żydów, i zmuszała całe rodziny do gnieżdżenia się w jednym pokoju i służenia żołnierzom zakwaterowanym w pozostałych pomieszczeniach. Wkrótce po zajęciu miasta w mieszkaniu Janiny i Henry’ego zjawili się dwaj oficerowie Armii Czerwonej, by rozporządzić ich czterema pokojami. Henry’ego nie było wtedy w domu.
Janina powitała ich po rosyjsku i uprzejmie oprowadziła po mieszkaniu, mając nadzieję, że przekona Rosjan, by pozwolili im zachować jeden pokój. Oficerowie gapili się z rozdziawionymi ustami na półki pełne książek.
– Po co wam te wszystkie książki? – zapytał jeden.
– Mąż i ja jesteśmy profesorami i są nam potrzebne do pracy – odpowiedziała Janina.
Drugi oficer wskazał książkę leżącą na biurku i zauważył, że nazwisko autora jest takie samo jak na drzwiach.
– Jesteście spokrewnieni z autorem? – zapytał.
– To mój mąż.
– A więc wasz mąż jest nie tylko profesorem, ale też pisarzem. I wy też uczycie.
Janina potwierdziła. Ku jej zdziwieniu oficerowie pożegnali się i wyszli. Okazało się, że pod sowiecką okupacją nauczyciele cieszyli się szczególnym statusem, więc Janinie i Henry’emu przyznano po dwa pokoje dla każdego4 . W ten sposób mogli pozostać w swoim mieszkaniu bez żadnych zmian. Lokatorzy z piętra niżej musieli zakwaterować czterech oficerów i ich rodziny.
Aby zatrzymać mieszkanie, Mehlbergowie musieli przyjąć posady nauczycieli. Sowieci poddawali grono pedagogiczne i program nauczania surowej kontroli, by zapewnić ideologiczną poprawność. W szkołach podstawowych i średnich polski i hebrajski zostały zastąpione przez ukraiński, rosyjski i jidysz. Na lwowskiej uczelni, przemianowanej na Uniwersytet Iwana Franki na cześć dziewiętnastowiecznego ukraińskiego pisarza, językiem wykładowym został ukraiński, a wielu polskich i żydowskich profesorów straciło pracę. Wydział Filozofii miał teraz nauczać materializmu dialektycznego i marksizmu, a nie szerzyć niekonwencjonalne poglądy szkoły lwowsko-warszawskiej.
Jako córka właściciela ziemskiego Janina mogła zostać uznana za wroga klasowego, a działalność obojga Mehlbergów w szkole lwowsko-warszawskiej groziła, że zostaną zdyskwalifikowani jako nauczyciele. Kiedy rejestrowali się w urzędzie, Janina oświadczyła, że jej ojciec był zwykłym księgowym w majątku u Polaków. Wraz z Henrym przedstawili się jako nauczyciele w szkole średniej: ona matematyki, on języków obcych. Żadna z tych dziedzin nie była ideologicznie podejrzana, a ponieważ Janina mogła uczyć po ukraińsku, a Henry go nie potrzebował, by uczyć francuskiego, zostali zatwierdzeni i mogli kontynuować pracę.
Dwudziestego drugiego października Janina i Henry musieli wziąć udział w głosowaniu, aby „wybrać” to, co już zostało za nich wybrane: zjednoczenie Galicji Wschodniej z Ukraińską Socjalistyczną Republiką Radziecką. W głosowaniu mieli obowiązek uczestniczyć wszyscy mieszkańcy regionu. Tych, którym nie udało się dotrzeć do lokalu wyborczego, odszukiwano i dostarczano na miejsce. W niektórych przypadkach dowożono urny do domów. W trakcie głosowania Janina, podobnie jak wszyscy wyborcy, musiała pokazać, jak wypełniła kartę.
Potem ogłoszono spodziewany wynik głosowania: 90,83 procent Galicjan opowiedziało się za zjednoczeniem z Ukrainą.
We Lwowie zapanował głód, brakowało wszystkiego. Sowieci przejęli większość prywatnych firm i zamknęli banki, zostawiając na kontach klientów jedynie drobne kwoty. Ale nawet one straciły wartość, gdy rubel zastąpił polską walutę. Jedynym legalnym sposobem zarobienia pieniędzy była praca na etat, lecz panowało ogromne bezrobocie, które było skutkiem zmiany struktury zatrudnienia z powodu konfiskaty majątków. Brakowało żywności, a na przełomie lat 1939 i 1940, gdy nastała wyjątkowo ostra zima, nie można było zdobyć węgla. Nawet czarny rynek miał niewiele do zaoferowania, a ceny szybko osiągnęły taki poziom, że pensja nie wystarczała. Zdobywanie jedzenia pochłaniało cały czas. Na rynku było tak mało towarów, że sklepy państwowe po prostu wywieszały w oknach wystawowych krótkie listy dostępnych produktów. Ludzie godzinami stali w kolejkach, często w nocy i z coraz mniejszą nadzieją, że gdy w końcu dotrą do lady, cokolwiek dla nich zostanie.
Mehlbergowie przygarnęli pod swój dach kolegę Henry’ego i mężczyźni razem poszukiwali jedzenia dla ich małego gospodarstwa. Okutani w ciepłe ubrania wyruszali jeszcze przed świtem, taszcząc plecaki, w które pakowali wszystko, co udało im się zdobyć. Pewnego poranka trafili na otwarty sklep z wystawionymi w oknie słoikami z płynnym koncentratem namiastki herbaty. Kupili dwa słoiki i byli bardzo podekscytowani, ponieważ wiedzieli, że tym rzadkim frykasem zrobią Janinie niespodziankę. Reszta wyprawy okazała się równie udana, gdyż zdołali kupić ćwierć kilograma koniny po zaledwie sześciu godzinach stania w kolejce.
Potem wrócili do mieszkania i z konspiracyjnymi uśmiechami zaproponowali Janinie filiżankę gorącej herbaty na rozgrzanie. Gdy spojrzała na nich ze zdziwieniem, triumfalnie otworzyli plecaki i wydobyli z nich dwa słoiki. Okazało się, że zamarzły i popękały, gdy stali w kolejce po koninę. Próbując ich pocieszyć, Janina podała filiżanki z gorącą wodą, w której rozpuściła kwasek cytrynowy. W tak ciężkich czasach pomysłowość i wyobraźnia były niezbędne do przetrwania.
Ciągły niepokój i pogoń za jedzeniem były wodą na młyn sowieckich władz. Janina jako nauczycielka mogła bezpośrednio obserwować, jak Sowieci wykorzystują jedzenie, by wpajać dzieciom i studentom ideologię marksistowską i czynić z nich zwolenników partii komunistycznej. Dzieci codziennie dostawały w szkole ciepły posiłek i należały do grup, które spotykały się w skonfiskowanych pięknych domach, gdzie częstowano je smakołykami. Z uwagi na biedę, którą cierpiały dzieci, łatwo było je zachęcić do udziału w spotkaniach. Na uczelniach stołówki również serwowały studentom i nauczycielom ciepłe posiłki. Powstało wówczas wiele związków, komitetów i stowarzyszeń zawodowych, a na każdym z ich spotkań sprzedawano chleb i kiełbaski. Janina zauważyła, że człowiek z pustym żołądkiem nabiera wielkiej ochoty na dyskusje polityczne.
By wymusić posłuszeństwo, Sowieci częściej wybierali jednak metodę kija niż marchewki. Do Galicji przyjechało tysiące agentów tajnej policji politycznej (NKWD, Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), by wyszukiwać wrogów i przypieczętowywać ich los. W lutym 1940 roku NKWD przeprowadziło pierwszą z czterech masowych deportacji obywateli polskich, których uznano za zagrożenie dla władzy radzieckiej ze względu na ich profesję, pochodzenie społeczne lub etniczne. Wśród ofiar deportacji znaleźli się polscy właściciele ziemscy, urzędnicy państwowi, policjanci, ukraińscy właściciele gruntów rolnych, żydowscy przedsiębiorcy oraz polscy i żydowscy uciekinierzy spod okupacji niemieckiej, którzy nie chcieli przyjąć sowieckiego obywatelstwa. Stłoczeni w bydlęcych wagonach podróżowali przez wiele dni, a nawet tygodni, niemal pozbawieni jedzenia i wody, aż w końcu docierali do łagrów na Syberii lub w Kazachstanie. Według szacunków polskiego rządu na uchodźstwie między lutym 1940 roku a czerwcem 1941 roku Sowieci deportowali 1 milion 250 tysięcy obywateli polskich, z czego 400 tysięcy z Galicji Wschodniej.
Deportowani, aczkolwiek zmuszani do katorżniczej pracy, przynajmniej mieli szansę przeżyć. W kwietniu 1940 roku w Katyniu oraz w czterech innych miejscowościach NKWD zamordowało 21 tysięcy 892 obywateli polskich, w tym oficerów Wojska Polskiego, policji i członków elity intelektualnej.
Tajna policja – przekonana, że wszędzie są szpiedzy i zdrajcy knujący, jak obalić sowiecką władzę – niestrudzenie polowała na podejrzanych. We Lwowie w czterech więzieniach NKWD torturowano tysiące ludzi, zmuszając ich do przyznania się do winy i podania kolejnych nazwisk. Ci, którzy mieli szczęście, zostali zesłani na osiem lat do gułagu na Syberię; resztę zamordowano strzałem w tył głowy.
Janina i Henry, podobnie jak wielu innych obywateli Lwowa, żyli w ciągłym strachu, że znajdą się na celowniku NKWD, prawdopodobnie jako członkowie jakiejś podejrzanej grupy albo z powodu bezpodstawnych oskarżeń wydobytych siłą ze znajomego rozpaczliwie pragnącego uniknąć tortur. Nocami nasłuchiwali pukania do drzwi, które oznaczałoby, że nadszedł ich czas.
Niemniej polscy patrioci, tacy jak Janina i Henry – czy to pod niemiecką, czy sowiecką okupacją – ciągle wierzyli, że zniewolenie jest tylko tymczasowe. Bądź co bądź Polska nie po raz pierwszy została wymazana z mapy świata. Polacy znajdowali siłę w słowach swojego hymnu:
„Jeszcze Polska nie zginęła, Kiedy my żyjemy".
Polska znowu powstanie, Janina i Henry byli o tym przekonani. To jeszcze nie koniec.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Fałszywa hrabina. Publikację kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
