Wtedy widziałam go ostatni raz. Fragment książki „Wizna"

Data: 2020-09-28 10:53:11 Autor: Piotr Piekarski

Tragiczny wrzesień 1939 roku. 

Niemiecki korpus pancerny generała Heinza Guderiana uderza z całą mocą, usiłując zamknąć kleszcze wokół wycofujących się spod Warszawy polskich armii. Zakładano, że jego sukces przyniesie klęskę stronie polskiej po zaledwie dziesięciu dniach oporu. Jednak na drodze pancernych zagonów staje polska załoga odcinka Wizna.

Obrazek w treści

Dwie kompanie piechoty ukryte w kilku betonowych schronach nad Narwią wsparte sześcioma działami. Mniej niż 700 żołnierzy przeciwko 40 tysiącom. 

40 do 1. 

Tak rozpoczyna się desperacka walka kapitana Władysława Raginisa. Bój do ostatniej krwi, naboju i samobójczej śmierci dowódcy, który przysiągł, że żywy swej pozycji nie opuści. 

Dziś epizod ten znany jest jako legendarna obrona Wizny. Opisuje ją w swojej powieści Wizna Jacek Komuda. Do lektury zaprasza Fabryka Słów.

– Honor był sprawą bardzo ważną w przedwojennej armii polskiej, a klęska wrześniowa stanowiła ogromny szok dla większości polskich oficerów  

- wywiad z Jakiem Komudą na temat powieści „Wizna”.

W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Wizna. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

8 IX 1939, Strękowa Góra, godzina 18.27

Dwór był spalony i zrujnowany. Z daleka biły w niebo smugi ciemnego dymu. Już sama aleja wielkich lip, szumiących latem rojami owadów, była pokaleczona, poszczerbiona. Drzewa połamane, jedno wyrwane przez bombę z korzeniami... Co krok – to gorzej.

Dach spalił się i rozpadł, pozostawiając osmalone belki; pożar nie strawił całości, widać podmuchy bomb po prostu rozwaliły ściany, rozrzucając połamane bale i belki we wszystkie strony świata. Raginis zsiadł z konia przed zawalonym gankiem, rzucił wodze, a potem wstąpił na rumowisko, próbując przypomnieć sobie, gdzie była sień, a gdzie salon, w którym siedzieli, jedli, grali w karty, kłócili się i odpoczywali. Po połamanych porożach, resztkach postrzępionych obrazów i nadpalonych szczątkach klepek podłogi poznał największe pomieszczenie dworu. Bomby rozszarpały na strzępy ten unikalny klimat starego miejsca. Zniszczyły piec z zielonych kafli, wielki, bielony kominek. Z rumowiska desek i bali sterczały złomki murowanych ścian i dwa okopcone ogromne kominy wznoszące się nad rumowiskiem.

O dziwo, ocalał kredens z resztkami porcelany i obraz przedstawiający pięknego siwego konia na tle stepu, ciągle wiszący krzywo na zrujnowanym kawałku murowanej ściany. Bohatyr? Wokół dworu kręciło się kilku chłopków ze wsi, wyciągających spod szczątków nadpalone meble, głównie krzesła i fotele, przenoszących je potem dalej, do ogrodu za dworem.

Przestąpił przez belkę, pod którą było kiedyś wejście do gabinetu, zobaczył niskiego chłopaka o przydługich, opadających na kark włosach. Pod pachą tamten trzymał zegar z kukułką, uratowany, a raczej wyszabrowany z ruin. Rozpoznał bezczelne oczy Błażejka, niegodziwego kamerdynera Jamiołkowskiego, zobaczył, nad czym się tamten pochylał i co wyciągał spod gruzów. Krzyknął, złapał za pistolet.

Zanim wyciągnął visa, tamten uciekł pochylony nisko – złodziej, szelma, wor. Raginis nie ścigał go, pochylił się nad jego niedoszłym łupem. Zobaczył brązowy, nadpalony pugilares, a raczej jego fragment wystający spomiędzy poczerniałych, zwęglonych desek. To była jego własność, zostawił go we dworze na przechowanie.

Szarpnął i... Resztki spalonych zdjęć rozleciały się dokoła jak szarawe płatki śniegu. Tylko że to nie był śnieg, ale całe życie. Przepadły wszystkie... Wszystkie! Te z Wilna, z gimnazjum, te z siostrą Marią, z ojcem, z matką, ze szkoły podchorążych. Z Inflant polskich, z Dźwińska. Jedyne, które mu zostało, to Zofii, Zosieńki.

– Zosiuuuu! – krzyczał, rozglądając się po rumowisku. – Zosiuuu! Gdzie jesteś? O Boże!

Jak oszalały kręcił się po spalonym dworze i nagle uświadomił sobie, że ktoś go wołał; kobiecy krzyk, niczym jęk. Dochodził spoza rumowiska, z ogrodu, z jakiegoś miejsca pod drzewami.

– Władek!

To była Lodzia, pokrwawiona, blada, twarz miała pokrytą cętkami zakrzepłej krwi, włosy w nieładzie, warkocz rozplątał się zupełnie. Lewą rękę trzymała na temblaku.

Przyskoczył do niej, a wtedy padła mu w ramiona, jęknęła, kiedy przygarnął ją mocniej, miała chyba złamaną albo potrzaskaną prawą rękę. Ich usta spotkały się mocniej niż zwykle, kiedy dziewczyna zarzuciła zdrową, lewą rękę na szyję oficera.

– Lodziu, nie teraz! Czekaj. – Nadaremnie próbował ją odsunąć, może po prostu nie miał siły. – Gdzie Zofia? Gdzie Zosieńka? A ojciec? Konie?

– Zofia, Zofia... po co ci jakaś Zofia! Ja tutaj jestem, przeżyłam... Dla ciebie. Władku, nie odchodź ode mnie!

Już widział wszystko – stos połamanych mebli w ogrodzie, pod dębem, wóz wyładowany sianem, obok – jakieś ciała, okryte postrzępionymi, nadpalonymi płachtami albo prześcieradłami. O Boże!

Wyrwał się z objęć Lodzi i dopadł do tego miejsca. Spojrzał na wóz i zadrżał. Zosieńka leżała nieruchomo na plecach, z bladą, pociemniałą twarzą znaczoną dwoma skaleczeniami. Nakryta pledem. Głowę miała w bandażach, a na ich szarawym płótnie krew.

Porwałby ją w ramiona, ale jakiś drobny, łysawy człowiek w okularach zastawił mu drogę, chwycił za rękę.

– Zosieńka!

– Żyje! Żyje, przestań pan krzyczeć, panie oficerze. Jeszcze żyje, ale i to nie wiadomo ile... Nie ruszać jej, ranna w głowę, coś z kręgosłupem, nieprzytomna i tak.

– To moja... – wycharczał – moja narzeczona.

– Weź pan ją za rękę, kapitanie. I módl się.

Raginis ujął ją za szczupłą rękę, podniósł, ucałował. Była chłodna, jakby już umarła, z trudem wyczuwało się puls.

– Niech pan coś robi! Ratuje ją.

– Szanowny panie – skłonił się mężczyzna – ja jestem tylko weterynarzem z Mężenina. Co ja tam mogę, odebrać poród u klaczy albo wyleczyć kolkę u wałacha. Co tylko byłem w stanie, to już uczyniłem. Tu potrzeba lekarza, chirurga, szpitala. Musi pan odwieźć narzeczoną do Białegostoku!

– Kto to zrobi? Zapłacę.

– Ja ją odwiozę, sama też muszę do szpitala – usłyszał cichy głos Lodzi. – Boli. Funt nas zawiezie.

Zza wozu wyszedł niski, chudy Żydek z długą brodą i pejsami. Skłonił się, a wtedy Raginis wyciągnął z kieszeni wszystkie pieniądze, prawie dwieście złotych, wręczył mu, wcisnął w rękę, choć tamten zrazu mitygował się, nie chciał brać.

– Bierz, bierz i ruszaj.

– Tak będzie. Ja zaraz... Tylko panią wsadzę. Zawiozę, a jakże – mówił, jakby się tłumaczył. – Ja znać od zawsze, od tyla – pokazał ręką w okolicy kolan – pana dziedzic Jamiołkowskiego i panienkę.

Raginis teraz powiódł wzrokiem po obecnych. Zobaczył Jamiołkowskiego siedzącego na kulawym krześle, wpatrującego się pustym wzrokiem w pozostałości dworu. Policzył wszystkich, popatrzył na dwa ciała przykryte obrusami. Ksiądz Reszka... Safian.

– Nie można było ich uratować. – Łzy jak krople deszczu płynęły po drobnej, delikatnej twarzyczce Leokadii. – Tyle co zdążyłam wypuścić konie na łąki.

Przytuliła się znowu do Raginisa, ale odepchnął ją, bo żal, złość i miłość do Zofii zlewały się teraz w jedno.

– To przez ciebie! Tego chciałaś, prawda? Byłaś zazdrosna!

– Tak, to źle? Ale nie zamierzałam, nie myślałam... Przecież nie wepchnęłam jej pod bomby! – krzyknęła z płaczem. Nagle zaczęła jedyną zdrową ręką drapać się po twarzy, jakby chciała rozedrzeć wargi i policzki.

– Uspokój się, przestań. To już nic nie zmieni...

– Przecież ja wtedy... Byłam z końmi.

– Jak to? Przetrwały?

– Tak. Tam są! Wypędziłam je na łąki, kiedy to się stało.

Patrzył między drzewami na wygrodzone pastwisko nad rzeką, na którym kręciło się stado. Konie kłusowały niespokojnie, czasem podgalopowywały, podrzucały piękne łby, jakby chcąc popisać się delikatnymi grzywami. Wydawało się, jakby spoglądały na dwór, wypatrywały dawnej stajni, domu, który nie istniał.

Raginis już nie miał sił odpychać Lodzi. Tulił ją jak dziecko, jak prawdziwą narzeczoną.

– Za co to wszystko... – powiedziała z żalem – nam zrobili? Za co ta wojna, dlaczego oni są tacy... tacy?

– Wszystko będzie jeszcze jak dawniej – powiedział, dobierając słowa, w które sam już nie wierzył. – Wszystko się jeszcze ułoży.

– Nic się nie ułoży. Och, głupi, głupi mój papa! Po stokroć głupi.

Raginis szarpnął Jamiołkowskiego za ramię.

– Patrz pan, do czego doprowadził pański upór! Jak wszystko się skończyło! Jak?!

Dziedzic milczał.

– Nigdy pan nie grał o konie i ojcowiznę. A jednak przez upór postawił pan wszystko na jedną kartę! Ksiądz Reszka, sługa nie żyją. Moja Zosieńka... umiera. Patrz pan na to wszystko.

Milczenie. Stary się zaciął, wpatrywał się w ruiny, w dymy, w płomienie. W chłopów wyciągających spod belek połamane, poszarpane obrazy koni.

– Na mocy prawa wojennego konfiskuję pańskie stado! Nakładam zarazem obowiązek doprowadzenia wierzchowców do koszar Dziesiątego Pułku Ułanów Litewskich, jako koni remontowych! Nakazuję to natychmiast wykonać. Jarmulik!

– Na rozkaz! – zameldował się starszy strzelec.

– Weźmiesz kogoś do pomocy i zagnacie to stado do koszar Dziesiątego Pułku! Potem wrócicie jak najszybciej. Czy mnie pan słyszał, panie Jamiołkowski? Ja nie proszę, ja żądam!

– To nie jest takie proste, jak pan myśli, panie kapitanie. Nie byłem tu dla pana, dla pychy i dla dworu. Byłem tu dla koni... Dla nich. Dla Bohatyra.

– Zwracam go panu.

– Nic podobnego! Musi pan go zatrzymać. – Jamiołkowski wpatrywał się teraz w Raginisa jak błędny. – To nie jest zwykły koń! Miał go mój ojciec w powstaniu... styczniowym, dosiadał jego dziad i naddziadowie. To jest koń, w którym zaklęty jest duch wolnej Polski.

– Pan jest niespełna rozumu!

– Pojadę, tylko jeśli pan go tu sprowadzi i obejmie nad nim pieczę. Powiem, jak to zrobić!

– Proszę siadać na wóz. Jarmulik, wypędzajcie konie!

– Nigdzie nie pojadę, dopóki pan nie zrobi, co powiedziałem. Musi pan strzec go do końca tej wojny.

– Proszę wstać! Moja narzeczona jest ciężko ranna!

– Ten koń ma szczęście, które przechodzi na jeźdźca. Przeżyje pan na nim wojnę, wyciągnie pana z najgorszych opresji. On się nie może dostać w ręce Niemców!

– Wstawaj pan!

– Nie pojadę nigdzie i nie puszczę córki, póki pan nie przyprowadzi Bohatyra. Chce mnie pan szarpać, pobić? Mnie, starego? Nie będzie to godne honoru polskiego oficera.

– Do diabła! Jarmulik, przyprowadź Bohatyra!

– To co mam najpierw...

– Najpierw go, do cholery, przyprowadź!

Starszy strzelec spełnił rozkaz, przyszedł z koniem, sprowadził siwka do ogrodu, przytrzymał za wodze, kiedy piękny jak łania wierzchowiec stał przed właścicielem.

Stary Jamiołkowski podniósł się i położył rękę na głowie konia – dokładnie tam, gdzie mieści się miękkie jak puch miejsce. I pogładzony tam, posłuszny zwierzak zwykle zwiesza głowę, pokazując swą miłość do pana.

– Bohatyr, Bohatyr, byłeś i jesteś przez wieki – wycharczał Jamiołkowski. – Rąbałem na tobie Moskali w powstaniu i na Kresach, budionnowców pod Komarowem, Niemców w Wielkopolsce i na Śląsku. Zwracam ci wolność, zwracam ci wiatr. Leć! – zakrzyknął.

Wierzchowiec wyprężył się, potrząsnął głową, jakby zbudzony ze snu.

– Teraz go weź, kapitanie. I mów... Mów...

Raginis obejrzał się na Lodzię, która płakała bezgłośnie, na chłopów i Żyda Funta, którzy patrzyli na to wszystko jak na dziwowisko. A jednak powtórzył za dziedzicem.

– Bohatyr, jesteś mój. Na zawsze i wszędzie, w polu i w niebie, o świcie i o zmierzchu, póki sam ci wolności nie oddam.

Wtedy Jamiołkowski sam podszedł do wozu, wdrapał się z przodu na kozioł wyłożony baranią skórą i usiadł skulony. Raginis podniósł Lodzię jak dziecko i posadził z tyłu na sianie, przy nieprzytomnej Zofii.

– Władku, zostań ze mną, proszę, nie złość się.

– Ciiii – położył palec na wargach – nic nie mów. Wszystko się może zdarzyć.

– Odnajdziesz mnie po wojnie, prawda? Prawda?

Pożegnali się pocałunkiem, potem wóz ruszył, z przodu jechał Jarmulik i łącznik, zaganiając stado spędzone z łąk nad Narwią. Raginis przypomniał sobie jeszcze o czymś, dogonił trzęsący się, jadący wolno wóz i wyciągnął z mapnika list do Zofii.

– Daj go jej, jeśli... – chciał dodać „przeżyje”, ale tylko westchnął. – Dopiero teraz miałem czas go skończyć. A ona leży jak martwa.

– Będę się nią zajmować – powiedziała Lodzia. – I czekać. Kiedyś pobijecie tych cholernych Niemców.

– Kiedyś wrócę, zobaczysz. Odwiedzę was. Pisz do mnie!

Wóz oddalał się, trzęsąc się na wybojach. Raginis wskoczył na Bohatyra i jechał za nimi jakiś czas, do końca drogi dworskiej. Samotny, szczupły i wyprostowany w kulbace kapitan KOP-u w czapce z okutym daszkiem i błękitnym otokiem. Oświetlany ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

„Wtedy widziałam go ostatni raz” – miała wyszeptać po latach Leokadia. „Takiego zapamiętałam mojego kapitana”.

Wracał galopem przez pola zasnute dymem, słysząc co jakiś czas strzały od strony Wizny. Pędził, omal nie wpadając do dołów, przeskakując nad zwalonymi sosnami i brzozami, leciał jak ptak ku przeznaczeniu. Na dole, na skrzyżowaniu drogi do Kurpik i Góry Strękowej, zatrzymał konia, zdjął z grzbietu kulbakę oficerską okutą mosiądzem, zerwał czaprak, rozpiął paski na pysku i zsunął ogłowie razem z kantarem.

– Bohatyr! – zawołał do konia, najpierw poklepał go po szyi, pogłaskał, wsłuchując się w oddech zwierzęcia, czując bijące od niego ciepło. Przepiękny był to koń! Jak marzenie; ale Raginis pozostawił ostatnie z marzeń pogrzebane pod gruzami dworu w Strękowej Górze.

Klepnął konia po zadzie, zamachał rękoma.

– Uciekaj! – krzyknął. – Leć za stadem, za panem! Znikaj, tu tylko zginiesz, nie wezmę cię do schronu.

Koń nie chciał iść. Odskoczył, ale zaraz zatrzymał się, podnosił i opuszczał głowę, wpatrując się jakby z niedowierzaniem w człowieka wielkimi, ciemnymi oczyma. Strzygł uszami.

– Uciekaj! – krzyknął kapitan. – Poszedł precz! Idź!

Rzucał się, machał, odpędzał wierzchowca, którego przywiązanie łamało mu serce. Sam zrozpaczony, z rozdartym sercem, pochwycił wreszcie gałąź ściętą przez pociski i zdzielił nią konia, postraszył.

Bohatyr prychnął, stulił uszy i poszedł, popędził najpierw drogą, stukając podkowami, ścigany gniewnym głosem kapitana. Potem skręcił w prawo, w łąki za Kurpikami, prosto w dąbrowę i dalej, w ciemny, mroczniejący bezmiar pól i mokradeł, za którymi leżał las pod Rudnikami. Kapitan westchnął, poczuł ulgę, ciężar spadł mu z serca. Nie chciał zostawiać zwierzaka na pewną śmierć. Wolał już, by ktoś go złapał, by komuś służył, niż zginął tutaj albo dostał się do szwabskiej niewoli.

Pół godziny później powiedział o wszystkim Brykalskiemu. Porucznik miał łzy w oczach. Nic nie mówił.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Wizna. Powieść Jacka Komudy kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wizna
Jacek Komuda 1
Okładka książki - Wizna

Tragiczny wrzesień 1939 roku.  Niemiecki korpus pancerny generała Heinza Guderiana uderza z całą mocą, usiłując zamknąć kleszcze wokół wycofujących...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo