Bój do ostatniej krwi. „Wizna" Jacka Komudy

Data: 2020-09-17 13:39:58 Autor: Piotr Piekarski

Tragiczny wrzesień 1939 roku. 

Niemiecki korpus pancerny generała Heinza Guderiana uderza z całą mocą, usiłując zamknąć kleszcze wokół wycofujących się spod Warszawy polskich armii. Zakładano, że jego sukces przyniesie klęskę stronie polskiej po zaledwie dziesięciu dniach oporu. Jednak na drodze pancernych zagonów staje polska załoga odcinka Wizna.

Obrazek w treści

Dwie kompanie piechoty ukryte w kilku betonowych schronach nad Narwią wsparte sześcioma działami. Mniej niż 700 żołnierzy przeciwko 40 tysiącom. 

40 do 1. 

Tak rozpoczyna się desperacka walka kapitana Władysława Raginisa. Bój do ostatniej krwi, naboju i samobójczej śmierci dowódcy, który przysiągł, że żywy swej pozycji nie opuści. 

Dziś epizod ten znany jest jako legendarna obrona Wizny. Opisuje ją w swojej powieści Wizna Jacek Komuda. Do lektury zaprasza Fabryka Słów.

– Honor był sprawą bardzo ważną w przedwojennej armii polskiej, a klęska wrześniowa stanowiła ogromny szok dla większości polskich oficerów  

- wywiad z Jakiem Komudą na temat powieści „Wizna”.

Dziś w naszym serwisie prezentujemy premierowy fragment Wizny

7 IX 1939, Wizna, godzina 15.43

Ledwie opadły dymy po wybuchach bomb, przez chmury pyłu i kurzu zalegające nad Wizną przedzierał się już pierwszy przeciągły metaliczny ryk motorów. Niemcy pędzili z dwóch stron, dwoma, nie! – trzema kolumnami motocyklowymi. Maszyny podskakiwały na wybojach polskich dróg, wtedy mocno kołysali się nad kierownicami żołnierze w baniastych mundurach, obok ich towarzysze skuleni w koszach, czasem nad cienkimi lufami erkaemów.

Wpadli do miasteczka z trzech stron, stalowoszare rzeki maszyn. Wjechali w pełnym pędzie drogami od Łomży, od Jedwabnego i polną, piaszczystą ze Srebrowa. Runęli na bezbronne miasteczko, wpadając najpierw w długą ulicę wzdłuż Narwi, potem skręcali w wąskie uliczki pełne drewnianych, pokrzywionych domków. Tu i ówdzie płonęły chałupy, w niebo biły poskręcane smugi dymu.

Niemcy przemykali uliczkami, dodając do swędu spalonego drewna i gałganów smród spalin i kurz wzbijany kołami motorów. Z rzadka strzelali, jedna seria, druga, trzecia, rozpryskiwały się kawałki szyb poklejonych na krzyż paskami papieru. Wizna była opustoszała, bezbronna. Większość mieszkańców uciekła, pozostali pokryli się w piwnicach na kartofle, w dziurach.

Niemieckie motocykle wpadły na rynek, część podjechała pod wiekowy ceglany kościół. Wysypywali się z nich żołnierze w mundurach feldgrau, wpadali do domów, osłaniając się wzajemnie. Sprawdzali, szukali śladów oporu; nie było go nigdzie, nikt nie strzelał. Miasteczko było nie do obrony.

Szybko zajmowali pozycje przy rzece, dźwigali erkaemy o lufach okrytych chłodnicami pełnymi dziurek, z pistoletowymi uchwytami i kolbami rozdwojonymi niczym ogon ryby. Amunicyjni targali za nimi w torbach okrągłe magazynki do MG-34.

Minęły długie, rozciągające się jak guma chwile, nim z północnego zachodu motory zagrały ze zdwojoną siłą. Do Wizny jechała od strony Łomży długa kolumna samochodów pancernych i ciężarówek. Na drugiej drodze, od Jedwabnego przez Męczki, był większy ruch. Tam słychać było zgrzyt gąsienic, wycie silników czołgowych. Do mostu zbliżała się coraz szybciej ogromna chmura pyłu i kurzu, niosąc niski śpiew rozpędzonych silników. Czołgi – jedne kwadratowe, kanciaste, najeżone lufami działek i kaemów, drugie mniejsze, szybsze, z wieżyczką umieszczoną niesymetrycznie, z prawej strony maszyny, z osadzonymi w niej dwoma bliźniaczymi cekaemami. Długa pancerna kolumna niosąca białe krzyże na maszynach, zwycięstwo na lufach dział i ciężkich karabinów.

 * * *

Pozycja wysunięta, posterunek przed mostem na Narwi, godzina 17.03

Kapitan Raginis i porucznik Zawadzki, który ochłonął z szoku po nalocie, byli już na wysuniętej placówce nad rzeką. Raginis zlustrował lornetką drugi brzeg Narwi, widoczny dobrze ze wzniesienia – płaski, pokryty łąkami, rozlewiskami, przecięty dźwigającą się łagodnie w górę groblą, którą do mostu pięła się droga. Kapral Józef Rynkiewicz czekał przy zapalarce elektrycznej, obok żołnierze kulili się przy erkaemie; jedynie Raginis stał wyprostowany, lekceważąc sobie zbliżającego się wroga. Wyraźnie widział nadciągającą niemiecką kolumnę pancerną, idącą równo, bezlitośnie, jak stalowy grot wymierzony w serce jego odcinka.

– Wysadzajcie most! – rozkazał.

– Ludzie są! – jęknął Zawadzki. – Panie kapitanie, proszę spojrzeć, jeden, dwóch, trzech. Wóz cały jedzie.

– Do diabła, mieliście ewakuować Wiznę!

– To ludzie z wiosek, przyszli na sianokosy, nie dali się odpędzić!

– Trzeba ich było nie puszczać!

– Panie kapitanie! – jęknął plutonowy Józef Oleksy. – Jak pragnę zdrowia, jedna baba powiedziała, że przejdzie, nie dała się zatrzymać, uciekła nam! Co... miałem strzelać? – Rozłożył ręce.

Czołgi szły, toczyły się niepowstrzymanie i Raginis, patrząc przez lornetkę, był pod wrażeniem ich szybkości. Zwinne i lotne potwory, przemykały raczej jak samochody osobowe niż ciężkie, powolne stalowe francuskie siedemnastki, które przyjechały z armią generała Hallera po odzyskaniu niepodległości. Kolumna pruła przed siebie bez trwogi, już, już mijała Witkowo, wjeżdżając na groblę na wysokości starego kirkutu nad rzeką.

– Uciekajcie, ludzie! – jęknął plutonowy.

– Tyle tych czołgów – mamrotał starszy strzelec wyglądający zza worków z piaskiem. – Jak my... Jak my... wytrzymamy?

Jeśli Raginis łudził się jeszcze, że może spróbować poderwać most razem z czołgami, to teraz stracił wszelką nadzieję. Zobaczył w szkłach, jak zza drzew po obu stronach drogi wysypują się małe, biegnące szybko figurki żołnierzy. Piechota! Szła obok czołgów, przepatrując drogę. Chwila jeszcze, jeszcze minuta i mogli dostrzec ładunki połączone kablami. Nie wolno było do tego dopuścić.

– Biorę tych ludzi na moje sumienie. – Raginis przygryzł wargi. – Wysadzać! To rozkaz!

Kapral Józef Rynkiewicz uczynił ruch, jakby chciał się przeżegnać. A potem przekręcił oburącz rączkę zapalarki o jedną trzecią obrotu.

Przysiedli odruchowo, skulili się. Chwilę, pół sekundy, która trwała jak wieczność, nie działo się nic. Nagle most powstał, zaczął podnosić się w górę, iść, jakby dźwignęła go niewidzialna siła. Ogromne żelazne przęsła pokryte plątaniną nitów łamały się, rozrywały w szalonym, tytanicznym pędzie. Wyrzuciły w górę drobne figurki biegnących ludzi – jakąś kobietę, dwóch mężczyzn, wóz z końmi. Wzniosły się na szczyt i zaczęły walić w dół, rozpadać się na plątaninę żelastwa, gnąc się jak leszczynowe witki i deformując podczas upadku. Osadzały się, wykrzywiając w lewo i w prawo. Teraz, z minimalnym opóźnieniem, doszedł do nich grzmot eksplozji i razem z nim gorący podmuch wybuchu. Przemknął górą, nad workami z piaskiem, i poleciał dalej, do Sulina i Strumiłowa, aby uderzyć w ścianę lasów i zarośli za pierwszymi schronami obronnymi.

Eksplozja poszła dalej – na przyczółek, gdzie byli już Niemcy. Wyrzuciła w górę samochód pancerny, czołg, jeden albo dwa, zagarnęła w gejzerze ognia i dymu kilka biegnących sylwetek w mundurze feldgrau. Raginis zacisnął pięści. Jednak dostali, przynajmniej trochę, udało się!

Most był już tylko ciemnym szlakiem poskręcanego żelastwa, jedynie górne części przęseł przetrwały wybuch w miarę niepowyginane, ale i tak spadły na ziemię i do rzeki. Pod nimi drogi już nie było, wszystko, co ją tworzyło, leżało wbite teraz w piach, błoto albo po prostu w nurtach Narwi.

I wtedy serce kapitana Raginisa zatrzymało się w biegu. Pomimo strat i eksplozji, od której pękały bębenki w uszach, Niemcy wcale nie zwolnili. Czołgi rozjechały się na dwie strony, zjeżdżając z grobli na sam brzeg, potoczyły się ku wodzie, a potem zatrzymały, ale na krótko. Nagle ryknęły silniki i dwie maszyny ruszyły ku Narwi, powoli, ostrożnie zjechały w dół w miejscu, gdzie było płycej i zapędzano bydło na pojenie. A potem już śmielej wjechały do rzeki i zaczęły ze stłumionym głosem motorów przeprawiać się na drugą stronę.

– Juchy, przejdą! – jęknął plutonowy Oleksy. – Panie kapitanie...

– Przejdą? Utopią się!

Głos Raginisa był chrapliwy i nerwowy.

– Przejadą! Rzeka opadła po upałach. Przeklęta susza. Wycofujemy się stąd!

– Zajmą przyczółek – powiedział porucznik Zawadzki.

– Nie zajmą. Jarmulik, leć do podporucznika Buczyńskiego i przekaż rozkaz otwarcia ognia.

 * * *

Pozycja wysunięta, schron we Włochówce, godzina 17.31

– Panie kapralu, Niemcy na wprost, mała grupa – zameldował celowniczy z kopuły obserwacyjnej schronu nad Narwią.

– Puszczajcie na górę!

Starszy strzelec zeskoczył prawie po metalowych szczeblach, a kapral Władysław Pawlak wspiął się na górę, zajmując miejsce obok celowniczego cekaemu wz. 30 zamocowanego na obrotowej podstawie.

– Pozycja druga, kierunek Wizna, trzy pniaki ściętych drzew. Na naszym brzegu. Patrol nieprzyjaciela.

Kapral odsunął pancerną zasuwę ze strzelnicy oznaczonej numerem dwa, przyłożył lornetkę do oczu. Poruszał nią, a w okularach przepływały krzaki po tej stronie prawie niewidocznej Narwi. Nagle zesztywniał, zobaczył, jak zza przyciętych kęp łoziny wynurza się grupa żołnierzy w stalowoszarych mundurach. Blisko, bardzo blisko, prawie przy drodze łączącej Smolarze z głównym traktem do wysadzonego mostu.

Próbował ich rozpoznać, wyraźnie odróżniał żołnierzy w baniastych hełmach od oficerów w czapkach. Coś tam zabłysło – rozstawili ciężki trójnóg, na nim coś, co poznawał. Konstrukcję z dwoma wygiętymi w ich stronę rurami. To mogła być tylko polowa lorneta lunetowa. Niemcy po prostu rozpoznawali linię umocnień.

Zacisnął dłonie na lornetce. Obowiązywał zakaz otwierania ognia, każdy strzał mógł przedwcześnie zdradzić stanowisko. Nie wiedział, co robić...

– Panie kapralu, walimy? – niecierpliwił się celowniczy cekaemu.

– Zaraz! Czekać! Nie mamy rozkazu.

Wpatrywał się ciągle w Niemców i aż żałował, że nie może wystrzelić. Wróg nie spodziewał się ich, nie wykrył jeszcze bunkra. Kapral podkręcił ostrość i prawie widział twarze jako białe plamy. Patrzył w oczy wrogom; to było dziwne, aż budziło chłód, na szczęście obraz w lornetce skracał dystans, ale nie uczucia. Zacisnął zęby.

I wtedy zobaczył cywila w zielonkawej kurtce leśniczego, który pokazywał wprost na nich, jakby dokładnie wiedział, gdzie znajdował się ich schron. Za chwilę patrzyli na nich wszyscy niemieccy oficerowie. Zobaczył błyski lunety, jak i zwykłych lornetek.

– Józuś, ogień na pozycję drugą.

Odskoczył od szczeliny i przypadł do sąsiedniej. W tym samym czasie celowniczy przestawił lawetę z karabinem, ustawiając lufę w pancernej wkładce, przytknął kolbę do ramienia i spojrzał przez górną część, która miała być zabezpieczona szkłem – miała, bo jak zwykle go nie dowieźli.

– Widzę cel!

– Celownik sześćset.

– Jest sześćset!

– Ogień poszerzany, ciągły!

– Gotów.

– Ognia.

Cekaem zaniósł się równym, rytmicznym stukotem, który tu, pod kopułą, wbijał się w uszy, jakby każdy strzał był gwoździem wbijanym do głowy. Huk, trzask, brzęk spadających łusek i nagle głos celowniczego:

– Nie widzę celu. Chyba dostali.

Kapral Pawlak przycisnął się do szczeliny, sięgnął po lornetkę – musiał stąd patrzyć maksymalnie w prawo, minęła spora chwila, nim znalazł punkt na skraju doliny Narwi, przy trzech pniakach ściętych olch. Zobaczył tylko piekło, takie sobie nieduże piekiełko w miejscach, gdzie trafiały pociski z cekaemu. Raz po raz wzbijały się tam dymki, obłoki kurzu, nic jednak nie było widać.

– Przerwać ogień.

Łoskot wbijający się w czaszkę znikł. Kopuła pancerna pełna była dymu prochowego, a każdy oddech przynosił metaliczny smak i smród przypominający przepaloną siarkę.

Kapral wodził lornetką w prawo i lewo. Nie spostrzegł ani jednego wroga. Lecz ledwie wyostrzył szkła i przeniósł wzrok na drugą stronę rzeki, na słabo widoczny zarys wzgórza zamkowego w Wiźnie, zobaczył, jak u jego podnóża, ulicą Zamkową, jadą obłe, zamazane kształty. Czołgi albo samochody pancerne. Odjął lornetkę od oczu i zszedł, aby zameldować wszystko przez telefon porucznikowi Zawadzkiemu.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Wizna. Powieść Jacka Komudy kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wizna
Jacek Komuda 1
Okładka książki - Wizna

Tragiczny wrzesień 1939 roku.  Niemiecki korpus pancerny generała Heinza Guderiana uderza z całą mocą, usiłując zamknąć kleszcze wokół wycofujących...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na tej samej ziemi
Katarzyna Kielecka;
Na tej samej ziemi
Usta mordercy
Artur Kawka, Monika Wysocka
Usta mordercy
Cyrkówka Marianna
Anna Fryczkowska;
Cyrkówka Marianna
Na Podlasiu. Antonia
Agnieszka Panasiuk;
Na Podlasiu. Antonia
Spowiedź doktora Mengele
Christopher Macht
Spowiedź doktora Mengele
Nawiść
Autor Nieznany (I)
Nawiść
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Przemysław Hytroś
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Pokaż wszystkie recenzje