Wojna nie ma w sobie nic pięknego. Wywiad z Jackiem Komudą

Autor: Adrianna Michalewska

– Honor był sprawą bardzo ważną w przedwojennej armii polskiej, a klęska wrześniowa stanowiła ogromny szok dla większości polskich oficerów – mówi Jacek Komuda, autor właśnie wydanej powieści Wizna, w której opisuje dramatyczny epizod walk w kampanii wrześniowej. O honorze polskiego żołnierza, brutalności najeźdźcy, narkotykach w niemieckiej armii i o odchodzącym świecie z autorem rozmawia Adrianna Michalewska.

Podczas kampanii wrześniowej głównodowodzący odcinkiem Wizna kapitan Władysław Raginis stał na czele siedmiuset żołnierzy przeciwko czterdziestu tysiącom dobrze uzbrojonych wojsk pancernych Heinza Guderiana. Można by powiedzieć, że ta obrona była z góry skazana na porażkę. Ale wiemy, że decyzja Raginisa o pozostaniu na stanowisku miała sens. Dlaczego?

Jak długo bronił się odcinek Wizna, tak długo XIX korpus niemiecki generała Heinza Guderiana nie był w stanie przedrzeć się na tyły naszych wojsk – zarówno Samodzielnej Grupy Operacyjnej Narew, jak i innych jednostek wycofujących się do południowo- wschodniej Polski. Mówiąc prościej, im dłużej stawiał opór kapitan Raginis, tym więcej żołnierzy mogło przejść granicę z Węgrami i Rumunią, a później walczyć w polskich siłach zbrojnych na Zachodzie.

Przedstawia Pan Guderiana jako mściwego i skłonnego do manipulacji człowieka. Nie budzi sympatii. Jego decyzja o rozstrzelaniu jeńców, w razie, gdyby Raginis nie poddał odcinka, szokuje.

Taką informację podaje Zygmunt Kosztyła w swojej pracy Obrona odcinka Wizna, nie ma jednak powodu, by mu nie wierzyć. Niemcy byli rozwścieczeni oporem Polaków, a zapewne także dużymi stratami. Kapitan Wacław Szchmidt, który dowodził odcinkiem Kurpiki, podaje, że kiedy poddał schron, jego wychodzący na zewnątrz żołnierze zostali w okrutny sposób pobici; on sam otrzymał postrzał z pistoletu w głowę. Z podobnymi, barbarzyńskimi zachowaniami Niemców mieliśmy do czynienia od pierwszych godzin, ba – minut wojny. Wystarczy wspomnieć choćby Szymankowo na Pomorzu, gdzie Niemcy z zemsty za skierowanie ich pociągu, wiozącego desant na most w Tczewie, na boczny tor, otworzyli ogień do kolejarzy i ludzi czekających na stacji. W Nowogrodzie, na północ od Łomży, obrony schronów bojowych nie przetrwał żaden polski żołnierz – prawdopodobnie dlatego, że Niemcy rozstrzelali wszystkich, którzy się poddali.

Zestawia Pan świat, w którym agresor, przedstawiciele świata naukowców i filozofów to w rzeczywistości barbarzyńskie hordy, idące ku zagładzie ginącej kultury dworków, muzyki i poezji. Upiorna wizja rodem z Tolkiena, hordy Orków, odurzonych pervitinem, nie śpią i nie jedzą, tylko niszczą.

Niemcy sami i z własnej woli zmienili się w takich właśnie barbarzyńców, kiedy zagłosowali, a potem świadomie i prawie do końca wojny popierali Hitlera. W historii ludzkości byli chyba pierwszym narodem, który w tak totalny sposób dał się uwieść zbrodniczej ideologii i propagandzie faszystowskiej. Nienawiść do Polski była u nich powszechna, rozbudzana zwłaszcza przez prasę i propagandę partii hitlerowskiej po odrzuceniu przez nasz kraj żądań Hitlera w maju 1939 roku.

Czym była czołgowa czekolada, z której korzystali żołnierze Guderiana?

To jest wstydliwa tajemnica niemieckiej machiny wojennej. Otóż już od pierwszych chwil wojny niemieccy żołnierze dostawali specyfiki z metaamfetaminą; de facto narkotyki bojowe, które zwiększały ich sprawność, sprawiały, że mimo zmęczenia mogli kontynuować natarcie i nie potrzebowali odpoczynku. Środki te zawierała sławna „pancerna czekolada”, dostępna w małych, okrągłych pudełkach, poza tym żołnierze otrzymywali także środek o nazwie Pervitin, będący po prostu narkotykiem, który na polu walki zmieniał Niemców w automaty. Żołnierze jednak po zażyciu go stawali się agresywni, mieli halucynacje, często występowali przeciwko dowódcom. Jestem zdania, że przynajmniej część wrogów szturmujących pozycje pod Wizną była pod wpływem narkotyków. Być może tym tłumaczyć należy wyjątkowo agresywne zachowania wobec poddających się Polaków.

Wygląda na to, że to starcie światów nie miało w sobie nic ze szlachetnej walki w imię ideałów, wolności z jednej strony i powiększania przestrzeni życiowej z drugiej.

Wojna nie ma w sobie nic pięknego, chyba, że mówimy o XVII wieku, kiedy jednak większość konfliktów była starciami lokalnymi, toczącymi się na określonym, zwykle odległym od centrum państwa obszarze. Już jednak wojna trzydziestoletnia była zapowiedzią tego, co czeka Europę w przyszłości – totalnych konfliktów, w których uwikłane będą całe narody; ich codzienne życie, nawet za linią frontu, stanie się walką o przetrwanie.

I tak doszliśmy do romantyzmu. A nawet głębiej, do tragedii greckiej. Kapitan Władysław Raginis wybiera śmierć samobójczą. Trudno uciec od skojarzeń. Raginis łączy cechy mitycznego Megareusa i pana Wołodyjowskiego. Ale czy z punktu widzenia taktyki wojennej ta śmierć miała jakieś znaczenie?

Kapitan Raginis był ciężko ranny, kiedy wyciągał zawleczkę granatu i kładł go sobie na piersi. Należy jednak sądzić, że dla człowieka wychowanego jak on, w szczerym patriotyzmie, klęska wrześniowa była czymś niewyobrażalnym. Po prostu kapitan nie widział siebie samego w świecie, który wyłonił się z pyłu i prochu września 1939. Nie traktujmy go jak głupca. W tym samym miesiącu, kilka dni później, zabił się Stanisław Ignacy Witkiewicz „Witkacy”, pułkownik Stanisław Dąbek, który nie zdołał obronić wybrzeża, major Cezary Niewęgłowski i wielu innych. Honor był sprawą bardzo ważną w przedwojennej armii polskiej, a klęska wrześniowa stanowiła ogromny szok dla większości polskich oficerów. Nie tylko Raginis nie wytrzymał tego psychicznie.

Bohaterowie Wizny (ksiądz i szlachcic) ścierają się w dyskusjach politycznych. Debatują, czyja wizja Polski była lepsza, Dmowskiego czy Piłsudskiego. Raginis wydaje się pokazywać, że nikt nie miał racji. Bez wsparcia z Zachodu Polska po prostu nie miała szans, niezależnie od tego, jak bardzo chaotyczna była kampania wrześniowa.

Kolejną traumą naszych współczesnych czasów jest debatowanie, czy Polska powinna była pójść w 1939 roku z Hitlerem? Jednak pytanie jest moim zdaniem źle postawione i powinno raczej brzmieć – czy w ówczesnych realiach – także społecznych, w ogóle była możliwa inna polityka niż ta, którą uprawiał minister Józef Beck.

Bez wątpienia powinniśmy odwlekać moment wejścia do wojny jak najdłużej, nawet kosztem strat terytorialnych i w obliczu zagrożenia ze strony dwóch wrogów, zawrzeć sojusz z tym, który oferował lepsze warunki – czyli z III Rzeszą. Problem leży jednak w czymś innym. Sanacyjny rząd po prostu nie mógł pójść na układ z Hitlerem, bo zwyczajnie nie zaakceptowałoby tego społeczeństwo.

Polacy byli od 1920 roku karmieni propagandą po pierwsze – sanacyjną – że jesteśmy mocarstwem i nie oddamy ani guzika. Po drugie – naszym prawem do morza – że Polska nie da się odepchnąć od Bałtyku. Nikt w Polsce nie zaakceptowałby oddania Gdańska, który był jednym wielkim punktem zapalnym stosunków polsko-niemieckich, nikt nie przyjąłby warunków czyniących z nas wasala Hitlera. Gdyby rządził Sikorski, a nie Rydz-Śmigły, albo rząd był endecki, nie zgodziłby się na żadne żądanie III Rzeszy. I jeszcze szybciej zawarł porozumienie z Anglią. Po prostu sanacja nie mogła postąpić inaczej niż rzucić rękawicę Hitlerowi. A nawet najbardziej totalitarny rząd (którym polski w 1939 roku nie był) musi liczyć się chociaż częściowo ze zdaniem społeczeństwa.

Wróćmy do powieści. Przerażająca jest ta wizja składu oddziałów, którymi dowodził kapitan Raginis. Wojska poborowe, z których dezerterowali przerażeni rekruci. Jak w takich warunkach można było mówić o zorganizowanej obronie?

Nie wszyscy ulegali dezercji. Załoga Wizny składała się z kompanii karabinów maszynowych KOP, która miała wysokie morale i 8 kompanii kapitana Schmidta, złożonej z rezerwistów, starszych roczników, Białorusinów i Żydów, którzy nie bardzo chcieli walczyć za Polskę i uciekali z pozycji. Tym niemniej jednak w obliczu wroga stawili opór. Obrona odcinka Kurpiki, gdzie było najwięcej żołnierzy z 8 kompanii, nie była słabsza niż obrona pozycji wysuniętej, albo schronów pod Giełczynem.

Zapytam jeszcze o Bohatyra. To koń, podarowany Raginisowi przez pana Jamiołkowskiego. Koń-symbol, który ma zapewnić właścicielowi szczęście. Wiele jest takich koni w naszej kulturze europejskiej, choćby Bucefał, Incitatus, a nawet Billie, symbol Wembley. Odchodzący Bohatyr symbolizuje… No właśnie – co właściwie symbolizuje?

Ducha wolności polskiej. Nigdy nikomu nie udało się go uwięzić i schwytać. Choć próbowali po kolei Niemcy i Moskale.

O obronie Wizny nie uczą chyba w szkole. Może zaczną? Szwedzka grupa Sabaton śpiewa o obrońcach Wizny w utworze „40:1”. To przemawia do młodych ludzi. Do starszych też…

Mnie w latach osiemdziesiątych jeszcze uczyli, zresztą świadomość tego krwawego boju jest u Polaków powszechna. Gorzej ze szczegółami. Większość miłośników historii wie, że była heroiczna obrona Wizny, ale co tam tak naprawdę się stało, to już mniej znana sprawa. Mam nadzieję, że moja książka spopularyzuje tę tematykę.

Wiznę okrzyknięto polskimi Termopilami. Czy słusznie?

Słusznie. Ale Termopile były wtedy wszędzie, dosłownie wzdłuż całego frontu. Cała Polska stała się jednymi wielkimi Termopilami we wrześniu 1939 roku.

Pozostaje mieć nadzieję, że ta historia nigdy już się nie powtórzy. Dziękuję za rozmowę.

Książkę Wizna kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wizna
Jacek Komuda

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Selfie z Toskanią
Monika B. Janowska;
Selfie z Toskanią
Wizna
Jacek Komuda
Wizna
Dom sekretów
Natalia Bieniek
Dom sekretów
Magiczne skrzypce
Izabella Klebańska
Magiczne skrzypce
Zapach makadamii
Anna Wojtkowska-Witala
Zapach makadamii
Trzecia strona medalu
Dariusz Grochal
Trzecia strona medalu
Bezsenna
Lou Morgan
Bezsenna
Drogi Edwardzie
Ann Napolitano
Drogi Edwardzie
O melba!
Grażyna Bąkiewicz
O melba!
Pokaż wszystkie recenzje