„Książka Aktorstwo to jest taki zawód, którego nie da się uprawiać bez ogromnej empatii. Rozmowy z aktorami ze Starego Teatru staje się nieoficjalną monografią dorobku krakowskiego teatru, rodzajem kroniki kolejnych sezonów, współczesną opowieścią o zawodzie aktorskim. Jest też analizą sztuki reżyserskiej, dokonaną przez tych, którzy współpracowali z Janem Klatą, Anną Augustynowicz, Moniką Strzępką, Anną Smolar – tu tylko kilka często wymienianych nazwisk. Miejsca urodzenia i domy rodzinne są ważne, wywiadująca potrafi wywołać ich materialny i uczuciowy ślad, gdy zagaja: co pachniało, jakie były obyczaje, dokąd się chodziło? Dowiadujemy się, w jakim momencie następował rozbłysk pewności: chcę grać. Osoby pytane na potrzeby książki okazują się samoświadomymi interpretatorami literatury, sztuki, odniesień do tradycji i uwspółcześnień dramatów, a także bardzo interesującymi, integralnymi osobowościami" – napisała o publikacji Eweliny Konopczyńskiej-Toty prof. Inga Iwasiów. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Debiutant.

W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Aktorstwo to jest taki zawód, którego nie da się uprawiać bez ogromnej empatii. Rozmowy z aktorami ze Starego Teatru. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
W Starym Teatrze obecnie można panią zobaczyć w sztuce „Strasznie śmieszne" w reżyserii Ewy Kaim. To przejmująca sztuka, w której z pozoru obcy ludzie toczą ze sobą grę. Czy pani kobieca bohaterka stworzyła sobie swoisty stelaż życiowy, mieszkając w willi, otaczając się cennymi przedmiotami, bo nie potrafiła ukoić braku utraty, a gra jaką toczy z obcym/nieobcym mężczyzną przybiera formę posttraumatycznej narracji i jest jednocześnie sposobem na poradzenie sobie z tą traumą?
Tak, to jest strategia przetrwania, tak bym to nazwała. Podobno każdy sposób jest dobry, żeby sobie poradzić w życiu z najcięższymi problemami. Oczywiście każdy sposób, który nie krzywdzi innego człowieka. Ludzie stają wobec niewyobrażalnych tragedii. Tutaj tą tragedią jest utrata dziecka. Zastanawialiśmy się, jakby to było, jakby ci ludzie – nadal sobie najbliżsi na świecie – spotykali się nad przepaścią, dosłowną czy przenośną i próbowali żyć z tą utratą. Problem samobójstw dzieci, nastolatków jest jednym z najstraszniejszych problemów współczesności. Nie zrobiliśmy tej sztuki tylko dla efektu, chociaż oczywiście efekt teatralny też jest ważny. Staramy się przemycić wiadomości, które w kimś mogą się odezwać, zanim będzie za późno. Często ludzie nie zdają sobie sprawy, że np. agresja u nastolatków może być przejawem depresji. Często nie zdają sobie sprawy, że trzeba rozmawiać, że trzeba za wszelką cenę rozbrajać pewne strachy, pewne lęki, że trzeba uświadamiać dzieciom, młodym ludziom, że trudny okres, przez który przechodzą to jest coś, co minie wraz z okresem dojrzewania. O tym wszystkim staramy się opowiedzieć, a przy okazji mamy dziką przyjemność spotkania się ze Zbyszkiem Kaletą na scenie. Strasznie śmieszne i okropnie smutne jednocześnie.
Pani bohaterka w pewnym momencie zrzuca suknię z bufiastymi ramionami, zdejmuje szpilki i nakłada obuwie sportowe i luźną sukienkę do kolan. Czy to rodzaj wyzwolenia, uwolnienia, skonfrontowania się z wypieranymi emocjami, a „nie bycia w skrępowaniu strojem”, czyli ciągłego wypierania, otaczania się przedmiotami? Co pani bohaterka chciała tym wyrazić?
Moja bohaterka jest ubrana w sposób przemyślany, szalony, kompletnie nieoczywisty, bo to jest rodzaj kreacji. To jest kostium, który ona ubiera, żeby się obudować, czyli jest to rodzaj pancerza. Może tak jest, jak faktycznie pani mówi, że w czasie kiedy upływają minuty tej gry, ten pancerz jest coraz mniej skuteczny, ale też coraz mniej potrzebny i się go pomału pozbywa, jakby dochodząc do środka, do istoty sprawy. Tak, chyba tak to jest, bo pani to tak pięknie nazywa, że ja nie mam już co do tego dodawać.
Czy jednak sztuka na koniec nie niesie nadziei, gdy bohaterowie wzajemnie prowadzą się za ramię ku górze, a nie „kołyszą się” nad przepaścią, nad złowieszczo przywoływaną wysokością ponad czterystu metrów?
Bardzo się staraliśmy, żeby koniec niósł nadzieję. Ludzie żyją po największych utratach, zwłaszcza kiedy mają kogoś, z kim mogą podzielić się swoim bólem, więc bohaterowie z tych okruchów świata, świata rozburzonego, co nawet scenografia pokazuje, budują sobie drogę i nią wychodzą z tego miejsca gry. Z tego teatru nawet fizycznie wychodzimy na foyer. Niepokoi mnie, że ludzie czasem odbierają to tak, że my przechodzimy na tamten świat, ale cóż, metafory każdy sobie czyta po swojemu. To jest też ich piękno, tak też mogło by być, natomiast bliższa jest mi wersja „ku życiu”, chociaż trudniejsza i wymagająca ogromnej siły. Raczej zdążamy ku nadziei na przyszłość.
Fragment rozmowy z Dorotą Segdą
Tagi: fragment,
