Są takie książki, które czyta się z ciekawości. Są też takie, które bierze się do ręki z pewnym kredytem zaufania. Ja po lekturze debiutanckiej powieści "Bez filtra" wiedziałam, że Małgorzata Stasiak potrafi pisać o emocjach bez lukru i bez pozy. Dlatego, kiedy dostałam możliwość przeczytania i zrecenzowania jej kolejnej powieści - "Dzieci wierzby" - poczułam autentyczną radość. Lubię wracać do autorów, których styl już mnie kiedyś poruszył. A tutaj wracałam z nadzieją, że znów będzie prawdziwie. I właśnie tak było.
Fabuła tej powieści opiera się na zderzeniu dwóch światów, które w teorii nie powinny się przeciąć, a w praktyce – przecinają się boleśnie i nieodwołalnie. Kuba wraca do Polic po latach emigracji. Nie z romantycznej tęsknoty za domem, nie z potrzeby zamknięcia rozdziału, lecz z obowiązku. Jego matka potrzebuje opieki, a on (czy tego chce, czy nie) musi skonfrontować się z miejscem, które zostawił za sobą. Powrót nie ma w sobie nic z sentymentalnej pocztówki. To raczej wchodzenie w buty, które uwierają od pierwszego kroku.
Równolegle poznajemy Karolinę — kobietę, której uporządkowane życie rozpada się w jednej chwili. Mąż znika, zostawiając ją z długami, wstydem i pytaniem: „Jak ja mam to teraz ogarnąć?”. I tu zaczyna się ta część historii, która jest jednocześnie dramatyczna i… boleśnie życiowa. Bo autorka nie tworzy spektakularnych katastrof. Ona pokazuje codzienny chaos: telefony, niedopowiedzenia, spojrzenia ludzi, którzy „wiedzą”, choć nie powinni. To realizm, który czasem aż zgrzyta.
Kiedy los krzyżuje drogi Kuby i Karoliny, nie dostajemy bajkowej historii o uzdrawiającej miłości. Dostajemy za to relację dwojga dorosłych ludzi z całym życiowym bagażem doświadczeń, lęków i mechanizmów obronnych. Ich uczucie nie jest fajerwerkiem, tylko raczej powolnym rozpalaniem ognia w wilgotnym drewnie. Iskrzy, gaśnie, znowu próbuje. I właśnie to najbardziej mnie w tej fabule przekonało. Pani Małgorzata nie upraszcza emocji, nie skraca drogi do szczęścia.
Jednym z kluczowych tematów książki jest odpowiedzialność - za rodziców, za własne decyzje, za to, co zostawiliśmy niedopowiedziane. Kuba mierzy się z opieką nad matką i z własnym poczuciem winy. Karolina natomiast musi nauczyć się funkcjonować bez oparcia, które – jak się okazało – było iluzją. „Dzieci wierzby” to w gruncie rzeczy opowieść o dorosłości, która przychodzi nie wtedy, gdy kończymy szkołę, ale wtedy, gdy przestajemy mieć kogo obwiniać.
Bardzo podobało mi się to, że pisarka nie moralizuje i nie ustawia bohaterów w pozycji ofiar ani herosów. Postacie bywają zmęczone, czasem impulsywne, niekiedy irytujące. Natomiast jej styl pozostaje ogromnym atutem. Jest oszczędny, ale nasycony emocjami. Dialogi brzmią naturalnie, nie jak literacka symulacja rozmowy. Widać też rozwój względem debiutu — konstrukcja fabuły jest bardziej zwarta, a napięcie budowane subtelniej, bez nadmiernej dramatyzacji. Stasiak potrafi zatrzymać się przy detalu: spojrzeniu, geście, ciszy między dwojgiem ludzi. I to właśnie w tych „małych” momentach kryje się największa siła tej powieści.
„Dzieci Wierzby” to książka o korzeniach — o tym, że nawet jeśli wyjedziemy daleko, one nadal w nas są. O miłości, która nie przychodzi w idealnym momencie. O tym, że czasem trzeba wrócić, by wreszcie móc pójść dalej. I choć temat brzmi poważnie, autorka potrafi przemycić w narracji subtelny humor — lekko ironiczny, podszyty życiową obserwacją. Dzięki temu historia nie przytłacza, lecz daje przestrzeń na oddech.
Cieszę się, że mogłam ponownie spotkać się z twórczością Małgorzaty Stasiak. Jeśli „Bez filtra” było dla mnie obietnicą, to powieść „Dzieci wierzby” jest jej konsekwentnym spełnieniem. To dojrzała, emocjonalna i szczera opowieść o ludziach, którzy próbują poukładać swoje życie, choć instrukcja dawno się zgubiła. A ja — jako czytelniczka i recenzentka — z przyjemnością będę śledzić kolejne rozdziały tej literackiej drogi.
Wydawnictwo: Mięta
Data wydania: 2025-10-01
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 368
Dodał/a opinię:
Ewelina Białogołąbek
Jedno ciastko może całkowicie zmienić życie Aldona w imię większej dbałości o relacje instagramowe niż te międzyludzkie traci wszystko. Zmęczeni życiem...