Aneta Jadowska od lat pokazuje, że kryminał nie musi być ciężki, mroczny i pełen brutalnych opisów, żeby wciągał od pierwszej strony. Jej książki wyróżniają się przede wszystkim lekkością stylu, humorem i bohaterami, których po prostu da się lubić. Tak samo jest w przypadku "Zagadki martwego wydawcy", czyli kolejnej części z serii "Gracje z Ustki". To idealna lektura na spokojny wieczór - taka, przy której można się odprężyć, pośmiać i jednocześnie dobrze bawić podczas rozwiązywania kryminalnej zagadki.
Już sam tytuł zdradza, że w książce pojawia się trup, ale nie jest to historia utrzymana w bardzo ciężkim klimacie. Wręcz przeciwnie - autorka potrafi połączyć temat morderstwa z dużą dawką humoru i naturalnych dialogów. Dzięki temu książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Fabuła skupia się wokół śmierci wydawcy jednej z bohaterek. Nie był to człowiek szczególnie sympatyczny, dlatego bardzo szybko okazuje się, że wiele osób mogło mieć powód, by źle mu życzyć. Podejrzanych nie brakuje, a kolejne wydarzenia tylko bardziej komplikują całą sprawę.
Ogromnym plusem tej powieści są bohaterowie. Nie są sztuczni ani przesadzeni. Każdy ma własny charakter, własne problemy i własny sposób reagowania na trudne sytuacje. Relacje między nimi wypadają bardzo naturalnie, dzięki czemu łatwo uwierzyć w ich przyjaźń i wzajemne przywiązanie. W książce pojawia się sporo emocji - od lojalności i troski po zazdrość, zawiść czy zwykłą niechęć. To właśnie sprawia, że historia wydaje się bardziej żywa. Czytelnik nie ma wrażenia, że obserwuje papierowe postacie stworzone tylko po to, żeby popchnąć fabułę do przodu.
Bardzo podoba mi się również sposób, w jaki autorka prowadzi akcję. Nie ma tutaj długich i nużących opisów. Wszystko dzieje się płynnie, a kolejne rozdziały zachęcają do czytania dalej. Humor pojawia się w odpowiednich momentach i dobrze równoważy kryminalną część historii. Dzięki temu książka nie przytłacza, nawet jeśli głównym tematem jest morderstwo. To raczej lekki kryminał obyczajowy niż typowa mroczna opowieść pełna brutalności.
Dużym atutem jest także miejsce akcji. Historia rozgrywa się w Ustce, co nadaje książce przyjemnego klimatu. Nadmorskie otoczenie dobrze współgra z całą historią i sprawia, że czytelnik może jeszcze łatwiej wczuć się w atmosferę opowieści. Nie jest to tylko przypadkowe tło - miejsce naprawdę buduje klimat tej historii.
Warto wspomnieć też o samym wydaniu książki. Okładka od razu przyciąga uwagę i bardzo dobrze oddaje charakter powieści. Jest lekka, ciekawa i zachęca do sięgnięcia po lekturę. To jedna z tych książek, które po prostu dobrze prezentują się na półce i wzbudzają zainteresowanie jeszcze przed rozpoczęciem czytania.
Miłym dodatkiem jest również bonusowe opowiadanie dołączone do książki. To świetna niespodzianka dla osób, które znają wcześniejsze części serii. Autorka wraca tam do zagadki trupa pod schodami z pierwszego tomu i wreszcie daje czytelnikom odpowiedzi na pytania, które mogły pozostać po wcześniejszej lekturze. Taki dodatek naprawdę cieszy i pokazuje, że seria jest dobrze przemyślana.
"Zagadka martwego wydawcy" to książka, którą mogę polecić szczególnie osobom szukającym lekkiego kryminału z humorem i sympatycznymi bohaterami. To nie jest historia pełna brutalnych scen czy bardzo ciężkiego klimatu. Zamiast tego dostajemy ciekawą zagadkę, dużo humoru, dobrze napisane relacje między bohaterami i przyjemny styl, dzięki któremu trudno oderwać się od czytania. Świetna propozycja na odpoczynek po ciężkim dniu albo spokojny wieczór z książką. Nawet osoby, które na co dzień nie sięgają często po kryminały, mogą dobrze bawić się podczas lektury tej historii. Polecam z całego serca!
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2026-03-25
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 448
Dodał/a opinię:
Roksana
Mówią, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu... Nie z tą! Zresztą spróbujcie ustawić klan Koźlaków do fotografii. Powodzenia! Koźlaczki -...
Niektórzy nawet zza grobu potrafią napsuć krwi! Anonimowe zaproszenie na Bal Tajemnic nie budzi w Marii Garstce entuzjazmu, za to w Anieli Grzebałko...