Herbert. Książę polskich poetów

Autor: Beata Bednarz
Okładka publicystyki dla Herbert. Książę polskich poetów z kategorii Brak kategorii

Lwowiak

Zwany "małym Konstantynopolem" Lwów odcisnął niezatarte piętno na osobowości Zbigniewa Herberta. Poeta urodził się w najbardziej patriotycznym i najbardziej europejskim mieście Polski, w mieście, które ze względu na swoją urodę było samo w sobie dziełem sztuki. Mały Zbigniew, spacerując jego ulicami, uczył się dobrego smaku, elegancji oraz wielkiej polskiej tradycji. Został ochrzczony w kościele św. Antoniego na Łyczakowie w 1924 roku. Był to kościół parafialny Herbertów, którzy mieszkali w jego najbliższym sąsiedztwie, a babcia Herberta, przenajświętsza babcia, Maria z Bałabanów, Maria Doświadczona, należała do trzeciego zakonu franciszkańskiego i właśnie do św. Antoniego chodziła się modlić. W 2002 roku odsłonięto na tym kościele tablicę upamiętniającą chrzest przyszłego poety. Z tej okazji ks. kard. Marian Jaworski powiedział wtedy, że twórczość  Herberta jest świadectwem wiary w porządek wartości, a zarazem ich obroną. Głosi ona wartości nieprzemijające, które trzeba nam razem z nim odkrywać i realizować [...] jego poezja, jego twórczość mają dlatego charakter uniwersalny, ukazują nam życie, które warto przeżyć przekazują nam sens nieprzemijający.  Na tablicy autorstwa warszawskiego artysty Marka Moderaua umieszczono fragment wiersza Moje Miasto:

... ocean lotnej pamięci

podmywa kruszy obrazy

 

w końcu zostanie kamień

na którym mnie urodzono

 

co noc

staję boso

 

przed zatrzaśniętą bramą

mego miasta...

 

Drugą tablicę odsłonięto na domu przy ul. Łyczakowskiej 55, w którym poeta się urodził i mieszkał w latach 1924−1933. Nie było mu dane przyjechać do ukochanego miasta, które opuścił z rodziną w 1944 roku i które przez całe życie będzie mu się stale śniło. Siostra poety Halina Herbert-Żebrowska, wspominając wspólne dzieciństwo, wraca myślą do Lwowa:

Piękne było nasze miasto trzecia po Warszawie i Łodzi metropolia w II Rzeczypospolitej. Otoczone wieńcem wzgórz, na które wspinały się ulice. W sercu miasta zabytkowa starówka z Gotycką Katedrą, stare kościoły, świątynie innych wyznań. W Rynku zachowane kamienice w stylu i z czasów Odrodzenia. Miasto wielokulturowe, wielonarodowe z tradycjami Semper Fidelis dla Rzeczypospolitej. […]

Byliśmy dziećmi II Rzeczypospolitej, wychowywani w kulcie dla tychże Orląt. Od najmłodszych lat odwiedzaliśmy cmentarz, mauzoleum obrońców Lwowa, gdzie 1 listopada w rocznicę zrywu zbrojnego było szczególnie uroczyście. Dumni i szczęśliwi z odzyskanej niepodległości obserwowaliśmy defiladę w święta narodowe 3 maja i 11 listopada. W pochodzie szła żywa historia. Na czele weterani powstania 1863 r., dostojni, siwobrodzi jechali w dorożkach. Potem oddział Hallerczyków w błękitnych mundurach owacyjnie oklaskiwany, gdyż to oni przybyli na odsiecz w okresie walk o Lwów. Dalej ukochana formacja wojskowa Lwowa  ułani jazłowieccy na koniach z poszumem proporczyków.

Wiele miało do zaoferowania miasto Lwów swoim dzieciom. Piękne, faliste okolice, w zimie świetne tereny narciarskie. Przy dobrych warunkach śniegowych można było na nartach podjeżdżać pod dom na ulicy Łyczakowskiej. Lwowski Teatr Wielki przygotowywał dla dzieci spektakle bajkowe na wielkiej scenie w fascynującej inscenizacji. Najmłodszych szczególnie interesowało muzeum przyrodnicze Dzieduszyckich. Wreszcie zapierająca dech w piersiach pięknem i wspaniałością Panorama Racławicka.

Pierwsze trzypokojowe mieszkanie, w którym Zbigniew wychowywał się z siostrą Haliną i bratem Januszem, znajdowało się w kamienicy przy ulicy Łyczakowskiej 55. Mieszkali wspólnie z babcią, Marią z Bałabanów, z pochodzenia Ormianką. W 1932 roku państwo Herbertowie przeprowadzili się na ulicę Piekarską, potem zaś na Tarnowskiego, a tuż przed wojną na Obozową, niedaleko Parku Stryjskiego. Lato spędzali w wybudowanej przez siebie podmiejskiej willi w Brzuchowicach.

 

Dom rodzinny i szkoła

Ojciec Herberta był prawnikiem, legionistą, profesorem ekonomii, dyrektorem banku oraz oddziału Zakładu Ubezpieczeń „Westa”. Siostra poety podkreśla, że ich ojciec miał szerokie zainteresowania humanistyczne, które umiał nam przekazać. Uwielbialiśmy, gdy wieczorem zapraszał nas do swojego pokoju, by w świetle stojącej na biurku lampy z zielonym abażurem wprowadzać nas w świat bohaterów Trylogii czy pięknie czytać księgi Pana Tadeusza. Słuchaliśmy tego z wielką lubością, większą niż bajek, które niestrudzenie czytała nam Babcia. Mama, ładna i pogodna pani, nie pracowała zawodowo. Prowadziła dom, podstawę szczęśliwego i bezpiecznego dzieciństwa.

W czasie tych lekcji przyszły poeta miał zaledwie trzy lata. Jeśli potem, w życiu dorosłym, recytował Pana Tadeusza lub śpiewał lwowskie piosenki, to zawdzięczał to ojcu. Nie miał jednak z nim najlepszych stosunków, gdyż ojciec był zasadniczy, pedantyczny, a nawet despotyczny. To on wybrał Zbigniewowi studia prawnicze, chciał mu układać życie.  Rodzice poety byli żarliwymi patriotami: oboje brali udział w walkach z Ukraińcami w obronie Lwowa. Mały Zbigniew bywał rozdarty pomiędzy będącą gorliwą katoliczką babcią, której poświęci potem jeden z piękniejszych wierszy, a ojcem, który nie grzeszył religijnością. Sceptycyzm ojca powiększy się jeszcze bardziej po śmierci jego syna Januszka.

Do wybuchu wojny Zbigniew Herbert uczęszczał najpierw do szkoły podstawowej świętego Antoniego, a następnie do znakomitego Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego. Jego koledzy wspominają, że nie wyróżniał się specjalnie i że nic nie zapowiadało, iż zostanie wybitnym poetą. Co wcale nie oznacza, że się nie się uczył! Poeta bowiem będzie należał do najlepiej wykształconych ludzi swojego pokolenia. Świat wielu kultur będzie mu otwierać wyniesiona właśnie z dzieciństwa znajomość niemieckiego, francuskiego i łaciny, której wykładowca, Grzegorz Jasilkowski, uczył nie tylko języka, lecz także całej kultury Rzymu. Kazał na przykład uczniom rysować plan Forum Romanum, a zdobyta na jego lekcjach wiedza przyda się Herbertowi kilkadziesiąt lat później, gdy uda się do stolicy Włoch. Skład kadry pedagogicznej oraz różne ciekawostki związane z latami szkolnymi Zbigniewa Herberta, jak również dane na temat rodziny Herbertów oraz środowiska literackiego zarówno w czasach stalinowskich czy późniejszej nagonki na poetę zawdzięczamy Joannie Siedleckiej, której monografia Pan od poezji wywołała w 2002 roku ogromne poruszenie z różnych względów. Jednak, jak zauważa Bohdan Urbankowski, polonista, filozof i poeta, gdy ucichnie ten hałas, krytycy będą zmuszeni przyznać, że Siedlecka ocaliła z ludzkiej niepamięci o Herbercie nieomal wszystko, co było do ocalenia. Za jej sprawą mogliśmy choćby poznać listę jego lektur w dzieciństwie. Ten zestaw można i dzisiaj polecać.

 

Trzy okupacje (w tym dwie sowieckie)

W lipcu 1985 roku Herbert powiedział: Ci, którzy przeżyli okupację sowiecką 193941 we Lwowie czy Wilnie, mieli po prostu pojęcie o systemie sowieckim... Tacy jak ja uważali, że rok 1945 to nie jest żadne wyzwolenie, tylko po prostu najazd, dalsza, dłuższa, znacznie trudniejsza do przeżycia moralnego okupacja. Ja miałem doświadczenie lwowskie. Była to lekcja poglądowa, po której nie pozostały właściwie żadne wątpliwości co do zamiarów, koloru władzy i jej intencji... Ja jestem tym Polakiem prawobrzeżnym, wschodnim Polakiem, który właściwie wiedział o tym systemie wszystko w tydzień od wkroczenia armii-wyzwolicielki do Lwowa... (zob. J. Trznadel, Hańba domowa, Warszawa 1994, s. 173−174).

Wybuch drugiej wojny światowej rozpoczął się dla rodziny Herbertów 10 września w Brzuchowicach, zajętych przez wojska niemieckie. Na Lwów spadły w tym czasie pierwsze bomby. Dla przyszłego poety oznaczało to koniec szczęśliwego dzieciństwa. 22 września do Lwowa, na mocy tajnego układu Ribbentrop − Mołotow, po wycofaniu się Niemców, wkroczyli Sowieci. Gdy Zbigniew Herbert wrócił do rodzinnego miasta, nie było już gimnazjum − nowe władze „wyzwolicieli” przekształcili je na sowiecką dziesięcioletnią szkołę średnią i narzekali, co to za miasto, w którym nie ma ani jednej "odwszalni"! Zaczęły niszczyć polską kulturę i polskość − również pod względem biologicznym. Herbertowie przeżyli więc okupację sowiecką w trwodze i z trudem. Ojciec został aresztowany przez NKWD, po jakimś czasie wrócił jednak szczęśliwie do domu. Okupacja sowiecka wywołała u przyszłego poety wstrząs, który zaowocował współtworzeniem uczniowskiego sprzysiężenia „Orła Białego”. Wielu badaczy, m.in. Jacek Łukasiewicz, przekazuje w swoich publikacjach informację o innym śladzie szkolnej konspiracji. Według wspomnień żony gimnazjalnego przyjaciela, Jadwigi Ruziewicz, Zbigniew Herbert miał podpalić zawieszony w klasie portret Berii. Sam poeta nigdy o tym nie mówił.

Po powtórnym wkroczeniu Niemców do Lwowa zamknięto wszystkie polskie szkoły ponadpodstawowe. Jak wielu jego kolegów, Herbert uczył się na tajnych kompletach w swoim domu i zdał maturę w styczniu 1944 roku. Po egzaminie ojciec poety wyjął zza książek stojących na regale butelkę przedwojennego bordeaux, aby uczcić sukces chłopców. Wkrótce Zbigniew rozpoczął studia polonistyczne na konspiracyjnym Uniwersytecie Jana Kazimierza. Będą one jednak trwały tylko trzy miesiące. Aby zdobyć środki na utrzymanie rodziny, a także otrzymać Ausweis - dokument chroniący przed wywózką, poeta pracował jako karmiciel wszy w produkującym szczepionki przeciwtyfusowe Instytucie profesora Rudolfa Weigla. Był też sprzedawcą w sklepie z wyrobami metalowymi. W tym czasie poeta złożył przysięgę i został żołnierzem podziemnej Armii Krajowej. Za związkami z AK przemawiają wspomnienia zarówno jego, jak i osób mu bliskich, a także to, co wiemy o działalności tej organizacji. Jeśli w domu Herbertów odbywało się tajne nauczanie, to niemożliwe jest, aby członkowie rodziny nie byli związani z AK. Bohdan Urbankowski po zweryfikowaniu wielu źródeł wnioskuje, że kończąc tajne nauczanie, poeta był już związany z podchorążówką AK i że miał wówczas 19 lat. Ukończenie przez Herberta podchorążówki potwierdzają między innymi wspomnienia Leszka Elektorowicza i Katarzyny Herbertowej.

26 marca 1944 roku, przed ponownym wkroczeniem do Lwowa Sowietów, państwo Herbertowie wraz z dziećmi wyjechali do Krakowa i zamieszkali w pobliskich Proszowicach. W filmie Obywatel-poeta siostrzeniec Herberta, Rafał Żebrowski, wspominając pobyt swego wuja w Proszowicach, powiedział: Wedle tego, co wiem z takich napomknień raczej rodzinnych wynika, że właśnie wtedy wuj Zbigniew się zaangażował w konspirację. Żebrowski przywoływał wspomnienia swojej babci, a matki poety, która była przekonana, że jej syn zaangażował się w działalność konspiracyjną: ginął na długie okresy czasu, nie było go w domu, wracał czasami spięty, zdenerwowany. Rozumiał, że wkroczenie Armii Czerwonej na teren całej Polski oznacza dalszą i równie niebezpieczną okupację kraju. Nie uległ, jak inni, złudzeniu i na apel polskich komunistów, wzywających do ujawniania konspiracyjnej przeszłości, nie odpowiedział. Dzięki temu udało mu się uniknąć represji. Sam poeta tak wspominał ten okres w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” w 1994 roku (Pojedynki Pana Cogito): Radosław wydał nieszczęsny rozkaz ujawnienia się. Byłem przeciwny. Dlaczego konspiracja miałaby ujawniać się wobec kolejnego wroga? Różne ślady wskazują, że zamiast się ujawnić, poeta „poszedł do lasu”, że w latach 1945-1947 autor Raportu z oblężonego Miasta brał udział w leśnej partyzantce.

 

Przyjaźnie i trzy Muzy

Rano jestem handlowcem, po południu na seminarium cywilnym bronię X w sporze o alimenty, a wieczorem czytam powiedzmy Platona i oglądam album mistrzów włoskich - tak pisał o swoich studiach Zbigniew Herbert do szkolnego kolegi Zdzisława Ruziewicza w lutym 1947 roku. Studiował bowiem na trzech wydziałach, a dodatkowo chodził na wykłady z polonistyki i krakowską ASP. W Krakowie najmocniej zaprzyjaźnił się z Leszkiem Elektorowiczem, z którym uczęszczał na wykłady Stanisława Pigonia, Stefana Szumana, Juliusza Kleinera, Władysława Konopczyńskiego i Adama Krzyżanowskiego. Spotykali się także w tajemniczo brzmiących Klubach: Logofagów  („Pożeraczy słów”) oraz Zielonej Lampy (tę nazwę wymyślił Herbert jako prowokację w stronę poezji Gałczyńskiego, którego uważał za tandeciarza). Były to dyskusyjne kluby literackie, w trakcie których słuchano wybitnych literaturoznawców, czytano wiersze, dowcipkowano, dyskutowano o poezji, a spotykano się w różnych mieszkaniach, m.in. w salonie Zofii Starowiejskiej-Morstinowej. W tym okresie Zbigniew Herbert nazywany był przez przyjaciół „kangurkiem”, bo zawsze miał kieszenie wypchane książkami. Dał się wtedy poznać także jako znawca i miłośnik poezji Rilkego („towarzysza Ryłko”) i Rimbauda. Z pamięci cytował także wiersze Eluarda i Aragona, a z dawniejszych - Villona. W latach studiów poeta często zmieniał adresy: mimo że nie skończył prawa, wyjechał z Krakowa do Torunia, gdzie zapisał się na jedną z najlepszych uczelni w Polsce: Uniwersytet Mikołaja Kopernika. W 1948 roku podjął „pechową” pracę w Narodowym Banku Polskim w Gdyni, co zapoczątkowało jego, jak sam ironicznie to ujął w jednym z listów, „napoleońską karierę”. Nie wytrwał długo na tym stanowisku, potem jeszcze imał się różnych zajęć, żeby się utrzymać, np. redagował nekrologi! Od jesieni 1949 roku magister prawa był studentem filozofii UMK. W trakcie filozoficznych studiów zdążył poznać najwybitniejsza umysły tamtych czasów, m.in. Władysława Tatarkiewicza, Tadeusza Kotarbińskiego czy Henryka Elzenberga, z którym się zaprzyjaźni i będzie korespondować. Listy do profesora Elzenberga - znakomitego znawcy m.in. filozofii starożytnej, któremu później dedykował piękny wiersz Do Marka Aurelego, a także Jerzego Zawieyskiego - katolickiego pisarza będą dla biografów i literaturoznawców nieocenionym źródłem, bo niezwykle bogatym w informacje na temat perypetii życiowych i twórczych rozterek Herberta.

W epistołach adresowanych do dwóch starszych przyjaciół i zarazem swoich Mistrzów poeta zwierzał się między innymi ze swoich uczuć do tajemniczej damy. W jednym z listów z 1950 roku swoje przeżycia miłosne określił jako dramat, gdyż kobieta, którą kocham, jest w sakramentalnym związku, który musi być uszanowany. A zatem wyrzeczenie. Ale nie mogę wyrzec się miłości, przez którą żyję, tylko tego, co w niej grzeszne. Halinę Misiołkową, kierowniczkę sekretariatu ZLP, żonę pisarza Edmunda Misiołka i matkę dwóch córek poznał w 1947 roku na przyjęciu u przyjaciela Włodzimierza Wnuka. Później razem pracowali w ZLP. Początkowo poeta był pomocnikiem Misiołkowej, później został kierownikiem biura gdańskiego oddziału ZLP. Ponieważ Herbert żył wtedy niemalże na walizkach, podróżując pomiędzy Toruniem a Wybrzeżem, Misiołkowa wyręczała go w obowiązkach. Zaimponowała mu oczytaniem, ujęła opiekuńczością. Pomagała mu finansowo, przepisywała wiersze i pracę magisterską. Tak zaczęła się ich dramatyczna miłość, która jednocześnie była piękna i grzeszna, a trwała dziesięć lat. To dla niej pisał pierwsze erotyki, które opublikowane zostały w 2000 roku w książeczce Listy do Muzy. Znalazły się w niej listy poety do „damy jego serca”. W jednym z nich napisał: Chciałbym nauczyć Cię znoszenia cierpień, dni poświęconych Bogu i ludziom, samotnych nocy, w których najłatwiej krzyczeć, a najtrudniej się modlić. Niestety, nie znamy listów Haliny Misiołkowej do Herberta. Może jednak ktoś je odnajdzie i opublikuje, o ile nie zostały zniszczone?

Dramatyczna miłość zaowocowała pierwszymi zbiorami wierszy Herberta, których wydawcą był sam poeta. Istniały w jednym egzemplarzu w formie rękopisów. Obydwa „wydane” przez poetę tomiki zostały opublikowane pośmiertnie w 1999 roku w jednym - Podwójny oddech. Publikacja erotyków wywołała szok, a na ponad osiemdziesięcioletnią Halinę Misiołkową spadło wiele przykrości… W filmie Obywatel poeta wyznała: Mnie się zdaje, że spotkało mnie wielkie szczęście, szczęście spotkania miłości. Teraz nie spotyka się miłości ot tak! A ja trafiłam na prawdziwą miłość. To się niewielu ludziom zdarza. Czuję się wyróżniona. Herbert zerwał z Misiołkową w 1957 roku. Dosyć brutalnie. Gdy przyjechała do stolicy, zaprosił ją na obiad… i  oświadczył, że kocha inną. Nową wybranką serca była młodsza od niego o pięć lat Katarzyna z Dzieduszyckich, którą poznał, gdy pracował na stanowisku dyrektora Biura ZG Związku Kompozytorów Polskich (do marca 1957 roku). Z drugą Muzą wziął ślub (świecki) w Paryżu w 1968 roku. Świadkami byli siostra panny młodej i pijany Jan Lebenstein, który mówił, że na trzeźwo nie może iść do reżimowego konsulatu, bo jak się potem wytłumaczy. Po ceremonii udali się do knajpy, potem jeszcze tańczyli na ulicy, zwłaszcza panowie. Katarzyna i Zbigniew Herbert byli małżeństwem aż do śmierci poety. Czternaście lat później wdowa, wspominając wspólnie spędzone lata, powiedziała w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: Znałam Herberta ponad 40 lat, od roku 1956 do jego śmierci. Na początku byłam ogromnie młodą i bardzo głupią osobą, która powoli dojrzewała do tego, by zrozumieć, z kim ją spotkał los. Od 1968 r., gdy wzięliśmy ślub, dzieliłam z nim życie na co dzień. Te dni to było najpiękniejsze, najlepsze, co mogło mi się zdarzyć. Nic nie było łatwe, a jednocześnie wszystko było fascynujące.

Ostatnie lata życia poety zdominowała polityka, ale mało kto wie, że poeta przeżył jeszcze jedną ważną fascynację, która miała charakter wyłącznie platoniczny, gdyż do spotkania z Muzą nigdy nie doszło. Wiedzę tę zawdzięczamy Bohdanowi Urbankowskiemu. Jak pisze w swojej książce autor, historia zaczyna się od listu, który otrzymał Herbert. Elżbieta Gruca, młoda i piękna aktorka z Tarnowa, zakochała się w poezji Herberta i postanowiła napisać do niego list. Poeta zareagował na niego telegramem wysłanym do adresatki 5 stycznia 1995 roku: Wzruszony pięknym listem drogiej Pani wkrótce odpowiem. Herbert. Wymiana korespondencji trwała do śmierci. Przysyłali sobie fotografie, dzielili refleksjami, w jednym z listów poeta zaproponował nawet (pół żartem, pół serio) wspólny wypad do Wiednia.

 

Podróże, poezja i polityka

W 1951 roku poeta postanowił wycofać się ze Związku i odesłał legitymację, co było aktem odwagi, bo bez niej, jak sam był tego świadom, mógł mnie zgarnąć patrol milicyjny, skierować do przymusowej pracy, zamknąć w ulu i dołączyć do dowolnie wybranego procesu politycznego. Aż takich środków partia jednak nie zastosowała, ale złożyła mu „propozycję nie do odrzucenia”: zostanie prokuratorem wojskowym, czyli mordercą sądowym... Zaczął się więc okres „dumnej biedy” poety, który - by się utrzymać i nie dać się złamać… na przykład handlował posoką. Chodził do stacji krwiodawstwa i oddawał krew. Legitymację krwiodawcy wydaną poecie można zobaczyć w Muzeum Literatury.

Lata 1950-1956 to okres, w którym dojrzewał jego talent literacki. Debiutował w 1950 roku jako poeta, ogłaszając w tygodniku „Dziś i Jutro” wiersze: Pożegnanie września, Napis oraz Złoty środek. Drukował też tam pod pseudonimami eseje oraz recenzje plastyczne i literackie. Tomikiem poetyckim zadebiutował sześć lat później. Na tom Struna światła złożyły się wiersze pisane w ciągu piętnastu lat. Był to późny debiut, poeta miał wówczas 32 lata. Po opublikowaniu drugiego tomu poezji Herbert w 1958 roku odbył podróż do Francji i Włoch, która zainspirowała powstanie kolejnych wierszy, a także zbioru esejów Barbarzyńca w ogrodzie (1962). Paryż z czasem będzie traktować jako swoją drugą ojczyznę. Rok później wyjechał po raz pierwszy z przyjaciółmi, Magdaleną i Zbigniewem Czajkowskimi do Grecji, ojczyzny mitów i Homera, do której miał jeszcze sześciokrotnie wracać, zafascynowany kulturą i krajobrazem tego niezwykłego kraju. Refleksje z tych greckich spotkań z przeszłością złożyły się między innymi na tom prozy pod tytułem Labirynt nad morzem, który ukazał się dopiero po śmierci Herberta w roku 2000. W latach 1965-71 Herbert kontynuował swoje podróże po Europie. Przebywał w Austrii, w Niemczech Zachodnich, Francji i Holandii, do której miał powrócić jeszcze w 1986 roku. Z głębokiego przeżycia, wywołanego pobytami w tym kraju, szczególnie z wrażenia, jakie na nim wywarło malarstwo holenderskie, zrodził się później tom esejów pod tytułem Martwa natura z wędzidłem (1993). Jak można się dowiedzieć z niedawno opublikowanego tomu korespondencji Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami, 14 grudnia 1971 r. Zbigniew Herbert wystąpił w Sali Senatorskiej na Wawelu w ramach cyklu Wieczory Wawelskie. Jak podaje Tomasz Fiałkowski w przypisach do "Korespondencji" Jerzego Turowicza ze Zbigniewem Herbertem, w archiwum poety zachował się program, na którym Herbert zanotował: "Ten wieczór zacząłem słowami: <<Proszę powstać z miejsc i uczcić wraz ze mną pamięć zabitych rok temu robotników Wybrzeża, którzy walczyli o chleb i godność ludzką>>. Pierwszy poderwał się I sekr[etarz] KW et consortes, bo myśleli, że to jest <> z Warszawą" (Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami, Wydawnictwo A5, Kraków 2012, s.  173-178).W 1974 roku opublikowano jego chyba najsłynniejszy zbiór wierszy Pan Cogito. Pożegnaniem z życiem przez poetę wiedzącego, że umiera, będzie tomik Epilog burzy.

Podczas europejskich wojaży poeta zaglądał do, jak nazywał PRL, „Ubolandu” lub „Gomółkowa”, bo nie chciał stracić paszportu i być emigrantem. Herbert, choć zamieszkiwał dłużej poza granicami kraju, nigdy nie zdecydował się na jego definitywne opuszczenie i emigrację. Wracał, choć nie miał najmniejszych złudzeń co do tego, że Polska pod rządami totalitarnego systemu komunistycznego jest krajem zniewolonym i chorym. Życie poety było w zasadzie wieloletnią tułaczką, z jednej strony pełną fascynacji, z drugiej zaś - udręk i niedostatku, tylko czasami przerywanymi okresami spokojnego bytu. Tylko pozornie mogłoby się wydawać, że rosnąca z roku na rok sława literacka zapewniała mu wygodne i wolne od trosk materialnych życie.

Po przyjeździe z Berlina w 1981 roku Herbert włączył się w ruch Solidarności: wziął udział w uroczystościach w Gdańsku, odsłonił pomnik Ofiar 1956 roku w Poznaniu, zbliżył się do działaczy opozycyjnych: Anny Walentynowicz, Lecha Wałęsy i Adama Michnika. Wszedł wówczas do redakcji wydawanego poza cenzurą periodyku „Zapis”, w którym opublikował m.in. głośny wiersz Potęga smaku. Jako poeta przeżywał wtedy szczęśliwy okres, jego wiersze stawały się coraz bardziej popularne. Na wprowadzenie stanu wojennego zareagował najwspanialej jak tylko może poeta - tomem Raport z oblężonego Miasta. Książka ukazała się najpierw w emigracyjnym wydawnictwie „Kultura” w Paryżu w roku 1983, a rok później w podziemnym wydawnictwie w kraju w postaci wyboru utworów z tego tomu pod nazwą 18 wierszy. Stosunek do Jaruzelskiego będzie później jednym z powodów oddalania się poety od Adama Michnika i jego środowiska, skupionego wokół „Gazety Wyborczej”.

Herbert wrócił do ojczyzny w 1992 roku. Zastane przemiany wzbudzały w nim duże nadzieje, ale z upływem czasu przeżywał coraz większy niepokój, czemu nieraz dawał wyraz w różnej formie. W życie polityczne włączył się w 1993 roku, gdy do władzy powrócili postkomuniści. Wybrał wtedy nową kreację: Pułkownika Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci. Domagał się pomocy dla Kurdów mordowanych przez soldateskę Saddama Husseina; na łamach „Tygodnika Solidarność” wykpiwał obrońców gen. Jaruzelskiego; stał na straży pamięci o Armii Krajowej, broniąc tym samym tradycji niepodległościowej; zaatakował stalinowskich literatów, nie oszczędzając Miłosza (z którym nie zgadzał się politycznie, ale potrafił docenić jego twórczość); przeciwstawiał się zakłamaniu elit, które dorabiały do swojego tchórzostwa i zdrady frazesy o ukąszeniu Heglem, co złośliwie określał jako „ukąszenie Bermanem”; krytykował układ okrągłostołowy; apelował o nowoczesną edukację narodową - zanim zupełnie zidiociejemy; postępowanie władz polskich wobec płk. Ryszarda Kulińskiego nazwał haniebnym; zaangażował się w akcję obrony niepodległej Czeczeni. Można by długo wymieniać rozmaite przejawy zatroskania Herberta nie tylko o swój kraj, ale także narodów i jednostek uciskanych. Za odważnie wyrażane poglądy spadały na poetę gromy, włącznie z przypisywaniem mu choroby psychicznej. Polemikę z jego racjami rzadko kto podejmował, były to raczej zaczepki, które przeradzały się w nagonkę.

 

Zawsze marzyłem, żeby być Ateńczykiem

Pasjonował go antyk, świat mitów i bohaterów, jakby z polskiego piekła pragnął uciekać do  wyidealizowanej Hellady. Na oficjalne pojawienie się w literaturze wybrał zresztą kostium klasyka, często przywołując w swoich wierszach antycznych bogów. Miano klasyka od początku do niego przylgnęło. Lubił w wierszach ukrywać się w mitach, grać z nimi, a także z utworami literackimi, aby móc wygłaszać maskować swoje poglądy. Zainteresowania miał wszechstronne, a wymieniane w listach do Muzy lub przyjaciół zestawy lektur imponowały rozległością i tematyką. Kubusia Puchatka A.A. Milne’a nazwał najlepszym plastrem na wszystkie odciski, nie rozstawał się także z Biblią w tłumaczeniu ks. Wujka, cenił myśl Alberta Camusa. Z pamięci recytował Beniowskiego. Z poezji Słowackiego czerpał, jak zauważa Bohdan Urbankowski, romantyczną ironię, a Norwida - trzy żywioły przeszłości: grecką, rzymską i tej co w Kościele. Tuż przed śmiercią poproszono poetę, aby przygotował scenariusz wieczoru poezji (ostatni wieczór autorski odbył się w Teatrze Narodowym w maju 1998 roku). Herbert dzięki temu zostawił swoisty testament w postaci przemówienia, którego jednak nie zdołał wygłosić. Zaproponował, aby recytacja jego wierszy poprzedzona została recytacją sześciu innych poetów. Wymienił wówczas: Jana Kochanowskiego, Franciszka Karpińskiego, Juliusza Słowackiego, Cypriana Kamila Norwida oraz poetów okupacyjnych: Tadeusza Gajcego i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. To tych poetów polskich najbardziej sobie cenił. U tych mistrzów terminował.

Autor Potęgi smaku głosił pogląd w pewnym sensie antymickiewiczowski, że poezja nie ma takiej mocy, aby zmieniać rzeczywistość nas otaczającą, ale może mieć duży wpływ na świat kultury, a przede wszystkim na budowanie wartości, budowanie tablic wartości, ustalanie ich hierarchii. Kultura zatem powinna być kosmosem dla współczesnego człowieka.

 

W poszukiwaniu Najwyższego

Poezja Herberta porusza problematykę moralną, opowiada się za wartościami: Pięknem, Prawdą i Dobrem; wrażliwość na cierpienie uznawał autor Pana Cogito za najważniejszy element definicji człowieka, coś, co konstytuuje ludzkość i wspólnoty. Wierzył w sztukę i religię, które zawierają nakaz dążenia do doskonałości i cnoty. Religię traktował jako najwyższą część kultury. Sztuka i religia tworzą mur przeciwko barbarzyństwu. Widział wartość religii dla kultury, ale nie miał pewności co do istnienia Boga. Poeta poszukiwał Boga. Czy go znalazł - nie nam to rozstrzygać. Jak sam twierdził, był wyznawcą oddalającym się i powracającym do religii.

Z twórczości Herberta przebija patriotyzm. Poeta uważał się za reprezentanta pokolenia AK, bronił powstańczej tradycji, bo - jak sam mówił Michnikowi - podejmuje się walkę nie tylko dla wygranej, bo to by było zbyt łatwe, i nie tylko dla samej walki, ale w obronie wartości, dla których warto żyć i za które warto umierać. Wiersze Herberta mają rodowód niepodległościowo-romantyczny. Cała jego wspaniała i bogata twórczość nasycona jest pierwiastkami duchowości i moralności, czyli włóknami duszy i chrząstkami sumienia. Dlatego trudno pozostać wobec niej obojętnym, zwłaszcza że podtrzymuje w odbiorcy nadzieję. W szkicu Holy Iona, czyli kartka z podróży („Zeszyty Literackie, 2002, nr 1), który można traktować jako swoiste uzupełnienie Modlitwy Pana Cogito, wspomina klasztor, który swego czasu zwiedzał - jeden z najpiękniejszych zespołów romańskich Europy. Najbardziej wzruszył Herberta napis wyryty w języku francuskim na rzeźbie przedstawiającej Matkę Boską: Leo Lipschitz - Żyd wierny wyznaniu swych przodków - wyrzeźbił tę Madonnę, aby ludzie porozumieli się ze sobą i aby duch zapanował na ziemi. Nawiązując do niego we wspomnianym eseju, napisał:

Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość i jak długo trwać będzie rozdarcie świata. Ale dopóki w jedną noc światła tej ziemi będą się pozdrawiały, nie cała chyba nadzieja jest pogrzebana.

 

 

 

 

 

Źródła:

ZBIGNIEW HERBERT I LWÓW. WYDANIE SPECJALNE W 80-TĄ ROCZNICĘ URODZIN POETY 1924-2004: http://www.lwow.eu/spotkania/herbert/herbert.html.

Bohdan Urbankowski, Poeta czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polwen, Radom 2004.

 

 

 

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Sankofa. Nie zmarnuj życia
Tomasz Gaj OP, Magdalena Pajkowska
Okładka książki - Sankofa. Nie zmarnuj życia
Elementarz dla rodziców
Jacek Mycielski
Okładka książki - Elementarz dla rodziców
Pensjonat pod Świerkiem
praca zbiorowa
Okładka książki - Pensjonat pod Świerkiem
Frida Kahlo prywatnie
Suzanne Barbezat
Okładka książki - Frida Kahlo prywatnie
Detektyw Bzik
Anna Paszkiewicz
Okładka książki - Detektyw Bzik
Pokaż wszystkie recenzje