Dopóty żyjemy, dopóki trwamy w pamięci innych ludzi. Wywiad z Martą Szelichowską
Data: 2026-04-02 09:30:41– Miałam poczucie, że jestem pewnego rodzaju skarbnikiem pamięci naszej rodziny – wyznaje Marta Szelichowska, tłumaczka, redaktorka, wydawczyni, autorka, córka Barbary Rybałtowskiej. To właśnie Marta Szelichowska zebrała pozostawione przez Barbarę Rybałtowską notatki do książki Chwilo, trwaj! – 9 części Sagi Bez pożegnania, uporządkowała je i uzupełniła, tworząc z nich spójną i poruszającą opowieść. Marta Szelichowska opowiada nam o pracy nad ostatnim tomem, który powstawał z rękopisów, wspomnień i żałoby, stając się wyjątkowym zapisem obecności, która nie znika wraz z odejściem bliskiej osoby.
Czym dla Pani, jako córki Barbary Rybałtowskiej, jest Saga Bez pożegnania? Z jakimi wiąże się wspomnieniami?
To nasza historia rodzinna. Szkoła pod baobabem miała premierę na Targach Książki w Warszawie na cztery miesiące przed moim urodzeniem, mama podpisywała egzemplarze dla pierwszych czytelników, będąc w ciąży. Potem czytała mi ją, gdy byłam mała, aż sama zabrałam się za lekturę. Zawarte w niej historie rozwijała też babcia, która bardzo chętnie dzieliła się opowieściami z Afryki, Azji i Syberii. Kiedy założyłam wydawnictwo Axis Mundi, w 2008 roku wznowiłam wszystkie wydane dotąd tomy i, idąc za głosem czytelników, którzy domagali się kontynuacji, namówiłam mamę, by opowiadała dalej tę historię. Przepisywałam rękopisy, gdyż zawsze pisała ręcznie. Tak powstały kolejne części Sagi. Jeździłam z mamą do bibliotek na spotkania i byłam świadkiem tego, jak żywo rezonuje wśród czytelników ta historia. Tak więc Saga Bez pożegnania towarzyszy mi przez całe życie. Być może dzięki niej zainteresowałam się pracą tłumaczki, autorki i redaktorki, a potem wydawczyni.
We wstępie opowiada Pani, że mama nie zdążyła ukończyć tej książki, ale zostawiła bardzo dużo materiału. Jak wyglądało pierwsze spotkanie z tymi zapiskami? Czy pamięta Pani moment, kiedy zdecydowała: muszę to dokończyć?
Powstawanie tych zapisków śledziłam na bieżąco – mama pisała ostatni tom przez kilka lat. Dzieliła się ze mną pomysłami na fabułę i zmaganiami z pisaniem, gdy zdrowie przeszkadzało jej już w normalnym funkcjonowaniu. W końcu, latem 2024 roku, przekazała mi to, co zdołała napisać i poprosiła o przepisanie oraz uporządkowanie notatek do książki. Po jej śmierci musiałam jednak zyskać pewność, że poradzę sobie z tym emocjonalnie i zaczęłam pisać dopiero pięć miesięcy po jej odejściu.
To szczególna sytuacja, bo pracowała Pani nie tylko na tekście, ale też na czyjejś obecności, pamięci, emocjach. Co było dla Pani najważniejsze w porządkowaniu tych materiałów?
Tak, to prawda – pracowałam, zanurzona w emocjach po jej odejściu. Miałam poczucie, że jestem pewnego rodzaju skarbnikiem pamięci naszej rodziny. Było więc wiele smutku związanego z żałobą i wiele radosnych wzruszeń, gdy przychodziły miłe i wesołe wspomnienia, a jej zapiski okazywały się radosne i dowcipne. To było bardzo oczyszczające zajęcie na czas żałoby. Miałam niezwykłą okazję, by po odejściu mamy czytać jej przemyślenia.

Zaznacza Pani wyraźnie, które fragmenty są autorstwa mamy, a które stanowią Pani redakcyjne uzupełnienia. Jak wspomina Pani tę pracę?
Postanowiłam dodać do książki parę rozdziałów, które stanowią perspektywę Zosi, córki głównej bohaterki. Ważne dla mnie było, by moje pokolenie otrzymało również głos – to pokolenie sandwich, które musi dzielić czas pomiędzy opiekę nad słabnącymi rodzicami i dorastającymi dziećmi, co stanowi nie lada wyzwanie. Książkę trzeba było też ująć w początek i koniec, postawiłam więc na formułę, w której Kasia prosi córkę o to, by czytała jej notatki do wspomnień – i te notatki są w całości autorstwa mamy, a rozmowy o nich – moje. W środku jest parę napisanych przeze mnie rozdziałów. Moja narracja wtapiała się w sposób narracji przyjęty przez mamę w sadze. Opowiadając o dniach po odejściu mamy, zrezygnowałam z formy powieściowej i napisałam po prostu wspomnienie o tamtych dniach – już jako Marta, nie Zosia. Ta dwoistość była zawsze obecna w sadze, bo choć mama wplotła w nią wiele wątków ze swojego życia, nie chciała być utożsamiania z Kasią. Jej życie w wielu aspektach było inne.
Pisze Pani, że ten tom jest bliższy pamiętnikowi niż klasycznej powieści. Czy uważa Pani, że to ważna pamiątka po mamie?
Tym właśnie różni się od poprzednich tomów, które zawierały wiele fikcji i wątków zaczerpniętych z życia innych ludzi, że więcej jest tu prawdziwej historii, choć też nie wszystko zdarzyło się w realnym życiu. Ważne są też materiały uzupełniające książkę – zdjęcia z archiwum rodzinnego oraz teksty jej piosenek i wiersze, publikowane po raz pierwszy, a stanowiące ważną część jej artystycznego życia. Mama pisała przeboje dla Reginy Pisarek, Haliny Kunickiej i innych artystów. Myślę, że to piękne podsumowanie jej artystycznego życia.
W książce pojawiają się zapiski z końca życia, bardzo osobiste, momentami intymne. Czy były fragmenty, które budziły w Pani wątpliwość: czy powinnam je zostawić dla czytelników?
Cała saga jest pisana sercem i emocjami. Miałam obawy, czy należy oddawać niektóre fragmenty w ręce czytelników, ale postanowiłam dochować wierności formule wybranej przez mamę. W sadze przeplatała fikcję ze swoim życiem. Poza tym, jej wielbiciele podeszli do odejścia mamy bardzo emocjonalnie i wiedziałam, że uszanują tę intymność. Mama miała szczególną więź ze swoimi czytelnikami i należała im się szczera opowieść.

Decyzja o tytule też nie była oczywista. Ostatecznie wybrała Pani tytuł jednej z piosenek mamy. Czy to był sposób, by jeszcze mocniej oddać jej głos i obecność w tej książce?
Książka miała być zabawna, w oryginalnym zamyśle miała być żartobliwą opowieścią o niepokornej staruszce, która zmaga się z ograniczeniami swego wieku, ale w sercu jest bardzo młoda. Po śmierci mamy kontekst jej się zmienił, trzeba było więc zmienić tytuł, bo pomysły typu: Żarty się skończyły, Koń by się uśmiał, Wariackie papiery przestały pasować do treści. Ponieważ mama równolegle pracowała nad swoją płytą, pisała teksty do muzyki Adama Skorupki i nagrywała je, w naturalny sposób nawiązałam do nich, szczególnie, że mama śpiewała: A życie, a życie chwilą jest... Więc trwaj, chwilo, trwaj, nacieszyć się daj tym światem, co ma urody więcej niż wad. To wiele mówi o jej stosunku do życia, i uznałam, że to dobry tytuł dla książki. Mama potarzała do końca: Cieszmy się chwilą i róbmy swoje.
Saga zaczyna się w 1939 roku, a kończy współcześnie. To ogromny wycinek historii, ale opowiedziany z perspektywy kobiet. W opowieści powraca temat siły kobiet, ich codziennych wyborów i tego, jak radzą sobie w trudnych czasach. Czy patrząc na całą sagę, widzi Pani w niej jedną wspólną odpowiedź na pytanie, czym jest siła?
Siła jest, moim zdaniem, mierzeniem się z codziennością, krok po kroku, jest dbaniem o małe rzeczy, które składają się na te wielkie. Polega na tym, by się nie poddawać. Warto pamiętać o zwyczajności życia i uniwersalnej prawdzie, że zawsze, pokolenie po pokoleniu, zmagamy się z tym samym – pewne nasze cechy są niezmienne od wieków. Chcemy robić swoje, kochać swoich bliskich i żyć w bezpiecznym świecie.
W zapiskach z ostatnich lat pojawia się dużo refleksji o czasie, przemijaniu, sensie życia. Czy ma Pani poczucie, że ta książka jest w pewnym sensie podsumowaniem całej sagi?
Jest jej domknięciem, bo odchodzi jej główna bohaterka. Smutno mi, podobnie jak czytelnikom Sagi, że ta historia dobiega końca. Być może zrealizuję pomysł mamy, by opisać przedwojenne losy Zofii, które zaczynają się w 1910 roku i dociągnę je aż do 1939 roku, gdy wybucha wojna i rozpoczyna się Saga Bez pożegnania.
Na końcu zostajemy z pytaniem: co tu po nas zostanie? W książce pada sugestia, że w przypadku Pani mamy są to przede wszystkim opowieści. Czy dla Pani ta książka jest bardziej pożegnaniem, czy jednak próbą zatrzymania chwili?
I jednym, i drugim. Dopóty żyjemy, dopóki trwamy w pamięci innych ludzi. Mam nadzieję, że ta książka pozwala, by pamięć o mamie przekroczyła czas darowany jej na tej ziemi.
Książkę Chwilo, trwaj! kupicie w popularnych księgarniach internetowych: