Kto ma gdzieś czytelnika? O książkowych blogach i krytyce literackiej

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Kto ma gdzieś czytelnika? O książkowych blogach i krytyce literackiej z kategorii Brak kategorii

Blogerzy czują konieczność, by udowodnić swoją wartość, której właściwie nikt nie kwestionuje, toczą wojnę z papierem, na którą ten jest zupełnie obojętny. Często też zamiast być partyzantami życia literackiego, godzą się pokornie na pozycję jego grzecznych konsumentów - czytamy w pierwszym akapicie. I, jeśli się zastanowić, od razu jest zabawnie. Spróbujmy bowiem nieco zmienić pierwsze zdanie: "Krytycy literaccy czują konieczność, by udowodnić swoją wartość, której właściwie nikt nie kwestionuje, toczą wojnę z literaturą popularną, na którą ta jest zupełnie obojętna." Takie zresztą stwierdzenie wydaje się potwierdzać cały tekst Pauliny Małochleb. 

"Kompleksy blogerów" 

Paulina Małochleb, której blog - jak sama autorka zresztą pisze - utożsamiać należy z przyszłością krytyki literackiej, stawia blogerom zarzut przerostu kompleksów. W ciągu 14 lat intensywnej aktywności w polskim liternecie, proszę wybaczyć, takich kompleksów nie zauważyłem. Więcej nawet: w ciągu ostatniego roku miałem przyjemność organizować podczas kolejnych targów książki kilka dyskusji dla blogerów (którym nikt wcześniej nie raczył udostępnić przestrzeni, w której mogliby pozwolić sobie na konstruktywną dyskusję na forum publicznym, gdy organizowano zamiast tego setki spotkań, podczas których sale świeciły pustkami). Jako prowadzący zawsze stawiałem pytanie o stosunek blogerów do krytyki literackiej. I... nic. Zupełna obojętność. Dla blogerów pasją jest literatura. Piszą o niej subiektywnie - co zawsze zaznaczają. Wybierają lektury, które ich interesują. Pomagają przeciętnemu czytelnikowi zorientować się, która spośród książek, jakie ukazują się na polskim rynku, trafi w ich gusta. Przeciętnemu czytelnikowi, który po krytyczne tyrady Pauliny Małochleb nigdy nie sięgnie. Nie dlatego, że nie potrafiłby ich zrozumieć. Po prostu dlatego, że teksty te są śmiertelnie nudne i - właściwie - niewiele z nich wynika. Zajrzy za to z przyjemnością na wspomniany zresztą przez krytyczkę blog Bernadetty Darskiej. Zajrzy na blog Jarosława Czechowicza. Zajrzy do Pauliny Surniak czy Izy Mikrut. Bo to blogerzy, którzy chcą łączyć własne kompetencje w zakresie wartościowania literatury z atrakcyjną dla czytelnika formą recenzji. I udaje im się to znakomicie. Zajrzy też na przykład na blogi Kreatywy czy Prowincjonalnej Nauczycielki, wiedząc, że dzięki nim dowie się, na ile książki ich ulubionych autorów godne są lektury.

Krytyczna pasja...

Pisze Paulina Małochleb o podziale na blogerów publikujących zdjęcia stosów książek i tych, którzy aspirują do statusu profesjonalistów, więc zdjęć takich na blogi nie wrzucają. Nazywa ów podział śmiesznym, a - jeśli się przyjrzeć - jest ona chyba jedyną osobą, która kiedykolwiek o takim podziale mówiła. Ale dajmy spokój logice doktorantki UJ - ta nigdy nie była mocną stroną humanistów (mówię to również jako humanista). Przyjrzyjmy się raczej przyczynom, dla których zdjęć stosików nie traktowałbym jako zarzutu wobec blogerów, lecz raczej uznałbym je za znak ich siły. 

Dlaczego w stosikach tkwi siła blogów? To proste: bo są one dowodem autentycznej pasji ich autorów. Pasji czytania - i pasji pisania o literaturze. Blogerzy do dziś czują przyjemny dreszcz emocji, gdy trafia do nich kolejna przesyłka z książkami. Z tego powodu publikują - w profilach na Facebooku, na Twitterze, na blogach - zdjęcia książek, które właśnie otrzymali od wydawców bądź które kupili. Czytanie to ich pasja. Otwarcie nowej książki - święto. Tymczasem odnieść można wrażenie, że dla sporej części krytyków największe święto następuje w dniu, gdy otrzymują oni honorarium za opublikowany ostatnio tekst. 

...i pasja krytyki

To właśnie ta pasja oraz szczerość blogerów wydają się dziś ich największą siłą. Owszem, być może często nie mają oni takich kompetencji jak doktorantka po "Jagiellonce". Być może śmiesznym wydawać się może ocenianie bardzo wysoko ostatniej książki Nory Roberts, a następnie sięganie po Władcę Much i nazywanie go książką genialną. Rzecz w tym, że bloger zwykle jasno określa, komu spodoba się dana książka. Napisze, że powieść Goldinga to lektura trudniejsza, a Przypadki pani Eustaszyny to propozycja dla osób poszukujących dobrej rozrywki. Tymczasem krytyk pisze o książkach, które mają szansę spodobać się przede wszystkim... innym krytykom. Ignoruje zwykle książki-zjawiska, książki, które podbijają literacki rynek. Lub pisze sążnisty tekst na ich temat, stawiając kolejne zarzuty, a równocześnie zapominając wspomnieć, że mimo całej swej słabości, książki te doskonale spełniają oczekiwania potencjalnych czytelników (oczywiście, nie jest to głównym kryterium oceny dzieła literackiego, ale w przypadku literatury popularnej nie można o nim zapominać, czego nie tłumaczą może zasłużeni profesorowie na zajęciach z krytyki literackiej). A później taki krytyk dziwi się lub doprowadza go do szewskiej pasji to, że jego tekstu nikt nie chce przeczytać, gdy tymczasem po notki na blogach sięgają tysiące czytelników każdego dnia. 

Blogerzy (...) pozwalają się spychać na jakąś niższą pozycję, ustawiają sobie papierową krytykę literacką jako wroga - pisze Paulina Małochleb. Rzecz w tym, że to raczej krytyka literacka traktuje część blogerów jako wrogów i spycha ich na niższą pozycję. Co zresztą dobrze pokazuje przykład tekstu opublikowanego w serwisie Xiegarnia.pl. Prawda jest bolesna: dziś blogerzy mają głęboko gdzieś profesjonalną krytykę. Profesjonalna krytyka - a przynajmniej jej znacząca większość - ma za to, bardzo przepraszam, w dupie czytelnika. A później dziwi się, że czytelnik ją również ignoruje. Napisał to zresztą w nieco bardziej eleganckiej formie Jan Giemza z Bookznami.pl w komentarzu do wzmiankowanego tekstu.

"Polityka krytyczna" czy "towarzystwa literackie"

Zamiast (...) realizować jakąś własną „politykę krytyczną”, sterować własnym procesem czytania, słowem myśleć o celu i sensie internetowej krytyki literackiej, kolejni blogerzy deklarują, że czytanie, leżenie pod kocem i picie gorącej herbaty to ich ulubione rozrywki - drwi Paulina Małochleb. A ja nie widzę niczego złego w podkreślaniu, jak wiele przyjemności można czerpać z lektury. Chociaż jasnym jest, że nie będzie to w smak osobom, które przyjemność czytania dawno już utraciły. 

Ale, odchodząc od zarzutów ad personam: problem polega na tym, co uznajemy za "politykę krytyczną"? Szczerze powiedziawszy, nie obchodzi mnie, czy bloger sięga po książkę dlatego, że podoba mu się twórczość danego pisarza lub pisarki, dlatego, że spodobała mu się okładka, czy też z innych powodów. Obchodzi mnie to, czy chce mi zaproponować godną uwagi lekturę i potrafi swą ocenę w interesujący sposób uargumentować, czy nie. Obchodzi mnie też to, czy w poważnym piśmie literackim ukazuje się pochlebna recenzja tomiku znanego poety dlatego, że jest to tomik dobry, czy dlatego, że poeta ów jest członkiem danej literackiej koterii, literackiego towarzystwa lub... członkiem rady programowej pisma. Tak, mogę podać konkretne przykłady - przez pewien czas współpracowałem z kilkoma wiodącymi pismami literackimi. A potem przestałem tam publikować, bo... nikt ich nie czytał. A dotowanie mojego dobrego samopoczucia przez Ministerstwo Kultury wydawało mi się jakby... mało sensowne. Dariusz Dłużeń pisze, że zaliczył awans z bloga na papier. Ja w takim razie zaliczyłem - na własne życzenie - potężną degradację. I nie czuję, jakbym na tym wiele stracił.


Od treści do formy

Kompletny brak wiedzy o interpunkcji, swobodne dysponowanie frazeologią, skłonność do używania pretensjonalnych fraz zarzuca Paulina Małochleb blogerom. Tymczasem sama autorka, magister filologii polskiej, członkini redakcji "Nowej Dekady Krakowskiej", wykładowczyni akademicka w serwisie rzekomo profesjonalnie redagowanym nie potrafi poprawnie napisać imienia i nazwiska autora Oskara i pani Róży. A stylistycznych niezręczności jest w jej tekście zdecydowanie więcej. I nie, nie traktowałbym tego jako zarzutu wobec autorki "Blogów. Korupcji, kompleksów i partyzantów", gdyby ona sama nie postanowiła postawić takiego zarzutu blogerom, których teksty nie podlegają żadnej redakcji. Zresztą, nieznajomość interpunkcji czy tajników stylu to - niestety - grzechy powszednie nie tylko wielu Polaków po prostu, ale też wielu absolwentów polonistyki. Wiem, bo kilkakrotnie przeprowadzaliśmy rekrutację do naszej redakcji, a wnioski były czasem przerażające... 

I jeszcze jedno...

Główny nurt kultury lekceważy blogi, uważając, że tworzą je tylko nawiedzone studentki polonistyki, które z czasem zmieniają się w nawiedzone nauczycielki, z równym zaangażowaniem przeżywające dylematy z E.L. James, co te z Juliana Barnesa - pisze Paulina Małochleb. Rzecz w tym, że główny nurt kultury to - czy nam się to podoba, czy nie - właśnie E.L. James, Paulo Coelho i Eric-Emmanuel Schmitt. Główny nurt kultury to wydawnictwa, w których blogerzy książkowi pełnią rolę recenzentów wewnętrznych, pisząc zarówno o literaturze popularnej, jak i o książkach trudniejszych. Główny nurt kultury coraz dalej jest za to od profesjonalnej krytyki literackiej - bo i cóż, że krytykowi książka się spodoba, skoro czytelnicy nie będą chcieli po nią sięgać? Nie wszystkie książki, nie wszystkie wydawnictwa, nie wszystkie serwisy internetowe mogą liczyć na dotacje. Na wybitne książki często zarabiać muszą powieści lekkie, łatwe i przyjemne.

I jeszcze jedno... Pamiętam dyskusję podczas jednego z seminariów na polonistyce, podczas której zastanawiano się nad tym, czym tak zwana literatura piękna różni się od popularnej. W tym kontekście warto przytoczyć ponownie zdanie o nawiedzonych polonistkach, z równym zaangażowaniem przeżywających dylematy z E.L. James, co te z Juliana Barnesa. Cóż, problem w tym, że wprawdzie inny jest sposób opisu, inne są warsztat i klasa autora, ale dylematy - na pewnym, bardzo podstawowym poziomie, są praktycznie takie same. Warto, by zawodowi krytycy literaccy w codziennej pracy o tym nie zapominali. I nie gardzili tak bardzo wszystkimi, którzy przeżywać chcą raczej dylematy bohaterów powieści Nory Roberts, a nie... dylematy krytyków literackich. 

 

Sławomir Krempa - redaktor naczelny serwisu Granice.pl - wszystko o literaturze. 


Warto zajrzeć do:

- tekstu, który rozpoczął dyskusję

 

- odpowiedzi Kreatywy

- odpowiedzi na blogu Dady

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - VivienneD
VivienneD
Dodany: 2013-02-06 20:32:14
0 +-
Gdy tylko przeczytałam tekst na Xiegarnia.pl, czekałam na odpowiedź. :)
Avatar użytkownika - alison2
alison2
Dodany: 2013-02-06 06:49:06
0 +-
Znakomity, rzetelny tekst. Pewnie nie jestem obiektywna bo należę do szanownego grona amatorskich blogerów ale cóż, nadal wierzę że jestem w stanie docenić tekst, który naprawdę jest tego wart. Brawo :-)
Avatar użytkownika - archer81
archer81
Dodany: 2013-02-05 22:05:14
0 +-
świetny tekst :) chylę czoła Osobisty Mężczyzna też pozwolił sobie trzy grosze na ten temat wrzucić :) Zapraszam http://archer81.blogspot.com/2013/02/czytanie-o-pisaniu-pisanie-o-czytaniu.html
Avatar użytkownika - darooo
darooo
Dodany: 2013-02-04 21:36:43
0 +-
Rewelacyjny tekst. Kolejne zgrabne wypunktowanie słabości krytyków ;) I nawet byłem jedną z inspiracji :) niesamowite! Pozdrawiam Darek Dłużeń
Avatar użytkownika - agoosiaczek
agoosiaczek
Dodany: 2013-02-02 20:02:06
0 +-
I pani skoczą statystyki na jej profesjonalnym blogu...

Warto przeczytać