"Silent Hill" – recenzja słynnego horroru

Autor: martasurowiecka

Silent Hill to miasteczko, którego nazwa już dawno przeniknęła do popkultury. Film o tym tytule pojawił się w 2006 roku i wyreżyserował go Christophe Gans. Opowiada on przepełnioną grozą historię małżeństwa, których chora córka nocą wykrzykuję nazwę "Silent Hill". Nikt nie wie dlaczego. Zrozpaczona matka postanawia odwiedzić z Sharon miasto, licząc, że tam rozwiąże zagadkę tajemniczych nawoływań. Niestety nie jest to takie proste. Na miejscu dziewczynka znika w dziwnych okolicznościach, a jej poszukiwaniem musi się zająć matka. Ona jednak również zostaje uwięziona i wtedy sytuację musi ratować ojciec. To on krok po kroku zaczyna poznawać powiązania pomiędzy dzieckiem, a tajemniczym miastem... 

 

Silent Hill – o czym jest film?

Wszystko zaczyna się od tego, że chora Sharon, podczas lunatykowania często wymawia nazwę „Silent Hill”. Matka, chcąc dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje, postanawia odwiedzić to miejsce. Zaraz po przybyciu mała znika i przez ponad godzinę filmu towarzyszymy zdeterminowanej matce w jej poszukiwaniu. Kobieta okazuje się prawdziwą bohaterką, dzielną i nieugiętą rodzicielką, która pokona każdą przeszkodę, żeby ratować dziecko. Udręczona przez potwory, osaczona przez obłąkanych obcych, którzy żywcem spalili policjantkę i szykują się do stracenia w płomieniach dziewczynki – potrafi dziarsko wykrzyczeć do małej: „Wszystko będzie dobrze!!”. To stwierdzenie w filmach wywołuje niemałe rozbawienie, bo wypowiadane jest w sytuacjach bez wyjścia przez wycieńczonego, zaszczutego, zmaltretowanego, poobijanego, zakrwawionego bohatera, który kieruje te podnoszące na duchu słowa do drugiego w mniej więcej takim samym stanie. Tak jest też tutaj...

Silent Hill – recenzja

Silent Hill to stada jęczących potworów za kurtyną krwi przesłaniającą ekran. W Znakach M. N. Shyamalana wystarczył szelest poruszanej wiatrem kukurydzy, dźwięk zawieszonej na ganku ozdoby wprawionej w ruch przez kogoś, kto na ten ganek właśnie wszedł, cienie, szmery, tupanie, szuranie i inne niezidentyfikowane odgłosy.

Shyamalan straszy niedopowiedzeniami i domysłami, buduje napięcie powolutku i po kawałku odkrywa to, co ma nam do zaprezentowania. Gans zachowuje się zupełnie inaczej – odsłania przed widzem wszystkie swoje karty. Niczego stopniowo nie nawarstwia, z niczym nie zwleka, nie patyczkuje się z widzem. Po prostu zrzuca na niego bombę atomową wszelakich obrzydlistw: zmutowane robactwo obłażące wszystko, co napotka, dziwne postacie przypominające manekiny pielęgniarek, reagujące na światło latarki i wymachujące skalpelami chordy stworów podobnych do znanych i „lubianych” kosmitów. To wszystko gania za bohaterką i szarpie ją za ubranie. Jakby tego było mało, pojawiają się także demon w monstrualnym ciele mężczyzny o morderczych skłonnościach, a także istoty w kombinezonach i maskach przeciwgazowych, czy dziwoląg plujący substancją o żrących właściwościach i całe mnóstwo innych kreatur. To wszystko dzieje się w Silent Hill – wymarłym i zamkniętym miasteczku, do którego przyjeżdża kobieta z kilkuletnią córką.

Silent Hill – opinie

Gans nie dawkuje emocji, które chce wywołać. Nie bawi się w podchody z widzem, w rozwiązywanie zagadek. To całkowite przeciwieństwo Shyamalana, który prowadzi nas przez powolne odsłanianie rzeczywistości, zaczynając od przyglądania się i nasłuchiwania jej. Gans brutalnie stawia ją przed nami (w całej swojej okazałości) i każe reagować. Shyamalan tworzył obraz potwora, przedmiot lęku  przede wszystkim w umyśle odbiorcy, natomiast Gans robi to od razu na jego oczach. I jakby tego było mało, czyni to w takim nasileniu, że oglądającemu na stada jęczących potworów i kurtynę krwi przesłaniającą ekran może po prostu odechcieć się patrzeć.

Silent Hill – czy warto zobaczyć?

Tutaj powiedzenie „apetyt rośnie w miarę jedzenia” zupełnie się nie sprawdza. Tym bardziej że całe menu mamy wyłożone przed sobą i nie trzeba na nic czekać ani niczego być ciekawym. Poza tym, jak się tak cały czas je i nie przestaje, to w końcu robi się niedobrze. W tym przypadku widz czuje się najedzony po pierwszych 30 minutach, a przed nim jeszcze co najmniej dwa razy tyle do przetrawienia! I to jest w tym filmie najbardziej przerażające. Silent Hill męczy epatowaniem różnego rodzaju ohydnościami. Jest ich za dużo, w związku z tym przestają wzbudzać strach i grozę, wręcz zniesmaczają i prowokują mdłości.

Silent Hill ma tą jedną dobrą stronę, że po jego obejrzeniu jeszcze bardziej doceni się inne produkcje z gatunku film – straszak. Weźmy np. wspomniane Znaki i Osadę Shyamalana. Tam szum traw, widok czerwonych owoców oblepiających leśne krzewy i świadomość kogoś/czegoś uwięzionego za drzwiami w pokoju powodowały taką gęsią skórkę na całym ciele, o jakiej wystąpieniu choćby na przedramieniu można tutaj tylko pomarzyć. W kultowym już Blair Witch Project D. Myricka i E. Sancheza rozbiegane oko kamery lustrujące gęstwinę leśną, czy zwykłe, a jednak dziwne konstrukcje z patyków i kamieni paradoksalnie niepokoiły bardziej. Odbiór prostych, drobnych sygnałów podsycony odpowiednio pobudzoną wyobraźnią wyolbrzymia się w umyśle człowieka i przybiera zupełnie niesamowite formy. Zawsze sprawdzającym się rozwiązaniem w horrorach, bo najkoszmarniejszym i za każdym razem będącym niespodzianką dla widza jest straszenie go jego własną wyobraźnią. Gans (albo autor gry komputerowej, na podstawie której powstał film) zupełnie nie wykorzystuje możliwości, jakimi dysponuje indywidualna wyobraźnia ludzka. Narzuca swoje wizje i „każe” się ich bać. Niestety częściej chce się z nich śmiać albo w poczuciu przesytu, zdegustowania, czy obrzydzenia odwracać głowę.

Marta Surowiecka

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.