Straszydła. Recenzja filmu „Upiorne opowieści po zmroku"

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Straszydła. Recenzja filmu „Upiorne opowieści po zmroku

Kiedy Guillermo del Toro bierze się za tworzenie kolejnego horroru, także – a może szczególnie – w roli scenarzysty – wiadomo, że oczekiwania kinomanów będą mocno wygórowane. Niestety, poza kilkoma naprawdę sugestywnymi obrazami, „Upiorne opowieści po zmroku” to bardzo przeciętne kino grozy, wtórne, pełne zbyt zgranych chwytów.

Zacznijmy od tego, że scenariusz napisany przez del Toro oparty został na książce Alvina Schwarza ze świetnymi, przerażającymi ilustracjami Stephena Gammella. Zdobywca Oskara snuje na tej bazie opowieść o dzieciakach, które w opuszczonym, „nawiedzonym” domu znajdują pamiętnik Sary Bellows – nieszczęśliwej dziewczyny, której duch wciąż łaknie krwi. Kiedy nastoletnia Stella (Zoe Margaret Colletti) otwiera książkę, odkrywa, że może za jej sprawą obserwować, jak na żywo „piszą się” kolejne przerażające historie. Problem w tym, że ich bohaterami są znajomi Stelli, a opowieści te prowadzą niechybnie do… śmierci. Dalej będzie więc już raczej standardowo: dziewczyna stanie po prostu do walki o życie przyjaciół.

I tu mamy pierwszą silniejszą stronę filmowego horroru: del Toro i Ovredal są wobec bohaterów dość bezlitośni, co momentami może zaskakiwać. To nie jest tak, że nieszczęścia dotyczą wyłącznie śmiertelnie głupich, antypatycznych ludzi, co często zdarza się w kiepskich horrorach. Tu twórcy starają się wzbudzić u widzów autentyczną sympatię do bohaterów, a potem zsyłają na nich kolejne nieszczęścia – plagę pająków wyżerających drogę na wolność spod skóry, napuchniętą postać kobiecą, która mogłaby połknąć człowieka bez gryzienia, śmiertelnie niebezpieczną kupkę kości i gnijącego mięsa, które łączą się w przerażającego zombie. Ilustracje Gammella ożywają w filmie i potrafią wzbudzić obrzydzenie, a niektóre sceny – strach. A że mamy do czynienia z horrorem, to chyba o to właśnie chodzi, prawda?

Dość dobrze działa również przesłanie filmu. Filmu, który – nie będzie to spojler, bo podobne stwierdzenie pada kilkakrotnie w różnych momentach – ma być opowieścią o tym, że książki mogą leczyć, ale potrafią też ranić (w tym przypadku całkiem dosłownie i z całkiem poważnymi konsekwencjami) i o tym, że nie wolno tłumić czy wręcz tępić cudzej odmienności, bowiem może to mieć katastrofalne skutki, prowadząc do przebudzenia demonów. Są też inne potwory, wypuszczane z szafy nie przez dzieciaki, lecz przez prezydenta, który wysyła „amerykańskich chłopców” na wojnę (akcja toczy się w roku 1968). Z kolei to, jakie znaczenie mają dla Stelli kolejne wydarzenia jako doświadczenie formacyjne, stanowi ciekawą podbudowę dla ewentualnej kontynuacji.

Z czym jest zdecydowanie gorzej? Cóż, choć Andre Ovredal całkiem dobrze radzi sobie z konwencją horroru, to brak w jego filmie oryginalności. Filmowe dzieciaki sprawiają wrażenie niemal żywcem wyjętych z „Tego” czy „Stranger Things”, tylko o wiele mniej charakterystycznych, ciekawych, bardziej za to jednowymiarowych. Nie jest to wina aktorów – obserwując ich w najbardziej dramatycznych scenach, widzimy, że radzą sobie dobrze z oddaniem emocji, ale scenariusz nie pozwala widzowi naprawdę poznać czy polubić postaci, które grają. Wizualna strona – poza monstrami z ilustracji Gammella – jest po prostu banalna: mamy tu noc, szpital albo przerażający dom rodem z… no, właśnie – horroru. Fabularnie – poza „przesłaniem” filmu – oryginalności również jest jak na lekarstwo. Nie ma też ironii czy elementów „puszczania oka” do widza, co potrafi przeciętnemu horrorowi pomóc przejść o stopień wyżej w ostatecznej ocenie. Oczywiście, na podstawowym poziomie zastosowane przez twórców środki działają, ale o filmie zapomina się niemal od razu po wyjściu z kina.

Banalność i przeciętność – to największe wady filmowych „Upiornych opowieści po zmroku”. Mimo naprawdę udanego pomysłu na marketing, mimo dobrego materiału źródłowego, Guillermo del Toro i Andre Ovredal nie stworzyli horroru, który mógłby się wyróżnić. A to w dobie produkcji tak oryginalnych, jak „To”, „To my”, Midsommar (recenzja), czy nawet całkiem udanej „Laleczki” grzech raczej nie do wybaczenia.

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - gosiaczek
gosiaczek
Dodany: 2019-08-16 09:14:46
0 +-

CHyba nie dla mnie :)

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-08-13 21:55:53
0 +-

A ja być może zerknę ;)

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-08-13 19:23:14
0 +-

Dla mnie też nie...

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-08-13 17:24:25
0 +-

Ja również podziękuję.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-08-13 17:19:57
0 +-

Nie dla mnie.

Książka

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Tylko dla dorosłych
Nina Majewska-Brown
Tylko dla dorosłych
Pod naszym niebem
Sylwia Kubik
Pod naszym niebem
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Marzycielka
Katarzyna Michalak
Marzycielka
Ojciec, czyli o Pieronku
Szymon Wróbel
Ojciec, czyli o Pieronku
Kolory pawich piór
Jojo Moyes;
Kolory pawich piór
Coco i jej mała czarna sukienka
Annemarie Van Haeringen
Coco i jej mała czarna sukienka
Wariat na wolności. Autobiografia
Wojciech Eichelberger;
Wariat na wolności. Autobiografia
Pokaż wszystkie recenzje