Nie można bać się nadziei na lepsze jutro. Wywiad z Katarzyną Polanowską
Data: 2026-02-09 14:13:47
– Gołębiarka to opowieść o sile odwagi i nadziei na tle trudnych, przykrych przeżyć, które zostają z nami już na zawsze. To historia o tym, że nawet w trudnych chwilach można odnaleźć piękno, zrozumienie, współczucie, akceptację. Chciałabym, aby czytelnik po lekturze pozostał z nadzieją, podobnie jak w powiedzeniu, że po każdej burzy wychodzi słońce. Trudno je dostrzec, gdy ginie cała nasza rodzina, ale nawet wtedy można żyć dalej. Warto szukać tego światełka – nie w tunelu, ale w ciemnościach. Warto szukać w sobie siły do zmian i walki o każdy dzień. Nie wolno bać się nadziei na lepsze jutro – mówi Katarzyna Polanowska, autorka powieści Gołębiarka. To opowieść o siedemnastoletniej Klarze, która straciła rodzinę w katastrofie budowlanej podczas Ogólnopolskiej Wystawy Gołębi Pocztowych.
Ostatnio myślałam o katastrofie w Chorzowie, a później przeczytałam Pani książkę. Mam taką myśl, że to wydarzenie chyba najmocniej ze wszystkich zmieniło nasze podejście do bezpieczeństwa. Przecież to wcale nie musiało się wydarzyć…
Myślę, że była to jedna z tych katastrof, które zapisały się bardzo mocno w świadomości ludzi. Wcześniej podobną siłę rażenia miał chyba atak na World Trade Center, ale to nie było w Polsce. Gdy wydarzyła się tragedia w Chorzowie, miałam dwanaście lat. Pamiętam, że bardzo dużo dyskutowano na ten temat, wprowadzano zmiany w prawie budowlanym, bo była to katastrofa, której można było uniknąć. Uznano, że nie był to wynik zrządzenia losu, przypadku czy sił natury. Zawinił człowiek, jego decyzje i zaniedbania. Katastrofa ta bardzo mocno pokazała, że ponosimy odpowiedzialność za drugiego człowieka. Dzisiaj, słysząc o fali śniegu przechodzącej przez nasz kraj, wiele osób wracało myślami do wydarzeń z dwa tysiące szóstego roku. Sama byłam świadkiem, jak pewna kobieta na korytarzu szpitalnym rzuciła:
– A pamiętacie, jak się ta hala na Śląsku zawaliła od śniegu?
Mam wrażenie, że to, co przechodzi Klara, to coś o wiele więcej niż żałoba. Jak Pani to odbiera?
Klara jest młodą dziewczyną, ciesząca się życiem i doceniająca to, co ma. I nagle ma miejsce katastrofa, która całkowicie ją zaskakuje, wywraca jej życie do góry nogami. Klara nie była na to przygotowana, musiała natychmiast dorosnąć. Przechodziła żałobę nie tylko po bliskich zmarłych, ale też po świecie, który wydawał się bezpieczny, poukładany, przewidywalny. Nagle Klara doświadczyła pustki, bezradności. Zaczęła zastanawiać się nad sensem życia… To całkowita przemiana człowieka: osobowości, planów, marzeń. A także zmiana środowiska, w którym się żyje.
Klara straciła wszystko, straciła poczucie przynależności. Jak to wpływa na nowe relacje?
Obserwujemy, że czuła się zagubiona. Odebrano jej poczucie bezpieczeństwa. Każda nowa relacja jest jej potrzebna – niestety, jednocześnie odbiera je także jako zagrożenie. Choć nawiązuje kontakt z domownikami, nie czuje się pewnie. Siedząc na schodach i obserwując wesołe rozmowy bliskich w salonie, nieco im zazdrości, czuje, że odstaje. To nie jest jej świat, nie pasuje tu. Nie jest jego częścią. Zdaje sobie też sprawę z tego, jak kruche są więzi między ludźmi. Czuje respekt przed Kazimierzem, ale głównie ze względu na to, że się nią zaopiekował. Nieco światła w jej życie wnosi Sam, ale to jest jak sen, trwa tylko chwilę i również znika. A Fryderyk... cóż, to nieco bardziej skomplikowane.

Czym właściwie jest jej relacja z Fryderykiem? Trudno określić ją mianem romansu, bo przecież Klara na romans nie jest jeszcze gotowa.
Klara zdecydowanie nie jest gotowa na romans, ale życie uwielbia pisać swoje scenariusze. Choć nie jest to takie oczywiste, dziewczyna zaczyna coś do niego czuć, choć nie zdaje sobie z tego jeszcze sprawy. Przy nim może zacząć oddychać… To Fryderyka wybiera na powiernika szczerych rozmów. To do niego zgłasza się po wsparcie przed urodzinami matki. To on ją pociesza… Być może to relacja tymczasowa, forma oddechu, by choć przez chwilę poudawać, że jej życie jest normalne. To jeszcze ten etap, kiedy nie mówimy o deklaracjach. Natomiast Fryderyk powoli rozumie, że zaczyna mu na Klarze zależeć. Chce spędzać z nią cały wolny czas, chce być wciąż obok. Wciąż o niej myśli. Jednocześnie dobrze wie, co się wydarzyło i obserwuje, jak Klara sobie z tym radzi. Lub – właśnie – nie radzi.
Czy wejście w emocje osoby po tak wielkiej katastrofie było dla Pani wyzwaniem? Trzeba ogromnej empatii i uważności, by oddać to wszystko. I niczego nie przyspieszać.
Z natury jestem osobą bardzo wrażliwą. Łatwo mnie zranić, szybko się wzruszam, często odczuwam bardziej. Myślę, że akurat to przydało się przy tworzeniu tej historii. Choć książkę pisałam dopiero w ostatnich latach, to tak naprawdę w mojej głowie ta historia dojrzewała od momentu katastrofy. A przecież wszyscy mamy jakieś przejścia, każdy z nas ma jakiś swój bagaż doświadczeń. Każdy z nas coś przeżył, czegoś się nauczył, czegoś żałuje lub musi się z czymś pogodzić. Także w moim życiu były momenty, kiedy spotykałam się z żałobą, pojawiały się refleksje dotyczące śmierci lub tego, jak wyglądałoby moje życie gdyby… Miło jest słyszeć opinie, że udało mi się to wszystko ująć w słowa, opisać tak, że czytelnik czuje, jakby był w skórze Klary. Życzę jednak każdemu, by takich sytuacji w prawdziwym życiu miał jak najmniej, by nie musiał przez coś takiego przechodzić.
Mazury w tej książce nie leczą, nie naprawiają, nie obiecują nowego początku. Czym miała być ta przestrzeń dla Klary i dla czytelników?
Mazury to miejsce przechodnie, odcinek między tym, co było, a tym, co ma się dopiero wydarzyć, wstęp do tego, jak będzie wyglądało nowe życie Klary. Klara może tam po prostu być, ale w żadnym momencie nie odczuje ulgi po stracie najbliższych, po wyrwaniu z dotychczasowej codzienności. Jednocześnie Mazury zwiastują początek czegoś nowego. Mazuty to takie tło dla jej samotności, lecz tu nie będzie możliwe ani naprawienie sytuacji, ani jej pogorszenie. To taki etap przejściowy.

W książce wyraźnie widać proces dorastania wymuszonego przez tragedię. Czy Klara jest dla Pani bardziej dziewczyną, która wszystko traci, czy kobietą, która musi nauczyć się żyć szybciej niż powinna?
Dla mnie Klara jest zarazem tymi dwiema osobami. W niespodziewany, dość brutalny sposób odebrano jej dotychczasowe życie, z dnia na dzień musiała dojrzeć, jednak w środku dalej pozostaje tą nastolatką, która dopiero uczy się życia. Widać to po jej zachowaniu, kiedy postanawia sama pobiec na cmentarz, zamiast spróbować jeszcze raz porozmawiać z Fryderykiem i przekonać go do swojej racji. Widać to po wciąż dziewczęcych zachowaniach, na przykład podczas wspólnej zabawy do ulubionej piosenki z przyjaciółką, czy gdy peszy się na swój sposób podczas spotkania ze znajomymi Fryderyka. Jednocześnie Klara potrafi zachować zimną krew w niecodziennych sytuacjach, choć na drugi dzień znowu musi sobie poukładać w głowie pewne rzeczy. Tak naprawdę Klara najgorsze już przeżyła, trudno ją więc zaskoczyć. I wreszcie zaczyna jasno mówić o swoich potrzebach.
W Gołębiarce pojawiają się liczne odniesienia do muzyki i literatury. Co mówią o emocjonalnym świecie bohaterki? I jakie mają znaczenie dla Pani?
Nie od dzisiaj wiadomo, że muzyka potrafi być źródłem inspiracji. Dużo czytam i wiem, że są autorzy, którzy do swoich książek dodają gotowe playlisty lub każdy rozdział rozpoczynają od fragmentu konkretnego utworu. U mnie jest to bardzo zróżnicowane – najczęściej przy pomocy piosenek starałam się zasygnalizować konkretny stan w życiu bohaterów. Nie zawsze łatwo ująć coś w słowa. Wtedy muzyka może nam pomóc nazwać emocje, które towarzyszą danej postaci. Zrozumieć je.
Utwór zespołu Ich Troje pojawia się w powieści, bo był poświęcony ofiarom katastrofy w Chorzowie. Przypominam też kilka piosenek czy filmów, które mają pomóc nam przenieść się do tamtych czasów – nie tak bardzo odległych, jak mogłoby się wydarzyć, jednak wystarczająco, by dało się od razu dostrzec różnice pomiędzy nimi a tym, jak dziś wygląda nasz świat. Dziś nie pamiętamy, że jeszcze nie tak dawno korzystaliśmy z budek telefonicznych, a komputery w wielu domach dopiero zaczynały się pojawiać. Dla nas jest oczywiste, że po prostu te przedmioty mamy i ich używamy. Lektura mojej książki to okazja, by odbyć taki drobny przeskok w czasie.
Pisząc o wydarzeniu tak głęboko zakorzenionym w zbiorowej pamięci, trzeba zmierzyć się z odpowiedzialnością. Myślę, że Pani się to udało – i to znakomicie. A jakie Pani ma odczucia?
Przede wszystkim czuję potrzebę przypominania o tym wydarzeniu. Nie pochodzę ze Śląska, nie hoduję gołębi, nie mam z nimi tak naprawdę nic wspólnego. A jednak w życiu dwunastolatki, jaką byłam dwadzieścia lat temu, to wydarzenie odegrało tak wielką rolę, że cały czas w drodze do dorosłości o niej pamiętała. I tak dzisiaj mamy Gołębiarkę. Myślę, że ta historia w formie dramatyczno-obyczajowej ma spore szanse dotrzeć do większej grupy ludzi. Może pomóc utrwalić to wydarzenie w pamięci kolejnych pokoleń. Nie chciałam wskazywać palcem winnych, nie o to tu chodziło. Nie chciałam grać na cudzych emocjach, szukając odpowiedzialnych za tragedię. Pisanie o tych wydarzeniach to ogromna odpowiedzialność, bo choć dla pewnej grupy odbiorców będzie to tylko literatura, ale dla części czytelników to element ich osobistych doświadczeń. W ostatnim czasie zaczynają pojawiać się komentarze, że ktoś chciał przeczytać moją książkę, bo na przykład jego dziadek zginął w tej tragedii. Chciałam pokazać, jak trudno jest się podnieść po takich przeżyciach. W powieści widzimy pewien fragment przeszłości, pojawia się nieoczywiste zakończenie. W prawdziwym życiu na wielu ludzi padł swego rodzaju cień i z tym cieniem będą oni żyli już zawsze. Dlatego właśnie pisanie wymagało ode mnie bardzo dużej ostrożności.
Czego w Gołębiarce czytelnicy nie powinni przeoczyć – nawet, jeśli książka zostawi ich z trudnymi emocjami?
Chciałabym, aby czytelnicy dostrzegli, jak wiele trzeba czasem pracy, by przetrwać kolejny dzień. By zastanowili się nad tym, co działo się po katastrofie. W Gołębiarce ukazuję tragedię na wielką skalę, ale w życiu każdy z nas doświadcza wielu dużo mniejszych tragedii, z którymi trzeba się zmierzyć. Po każdej takiej sytuacji żyje się dalej, ale to nie jest równoznaczne z uczuciem ulgi. Po każdej tragedii pozostajemy sami ze sobą i z własnym bólem. Musimy nieść swój ciężar. Zdarza się, że – podobnie jak Fryderyk – towarzyszymy komuś, kto zmaga się z osobistą katastrofą i musimy być obok, stanowić wsparcie. Ważne, że po każdym takim zdarzeniu czeka na nas nowy początek. .
Gołębiarka to także opowieść o sile odwagi i nadziei na tle trudnych, przykrych przeżyć, które zostają z nami już na zawsze. To historia o tym, że nawet w trudnych chwilach można odnaleźć piękno, zrozumienie, współczucie, akceptację. Chciałabym, aby czytelnik po lekturze pozostał z nadzieją, podobnie jak w powiedzeniu, że po każdej burzy wychodzi słońce. Trudno je dostrzec, gdy ginie cała nasza rodzina, ale nawet wtedy można żyć dalej. Warto szukać tego światełka – nie w tunelu, ale w ciemnościach. Warto szukać w sobie siły do zmian i walki o każdy dzień. Nie wolno bać się nadziei na lepsze jutro.
Powieść Gołębiarka kupicie w popularnych księgarniach internetowych: