Seks, krew i szalona zabawa. Recenzja filmu „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją"

Autor: Piotr Piekarski

Wiele osób, które zobaczyły zwiastun filmu „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” mogło spodziewać się kolejnej udanej rozrywkowej produkcji, grającej z konwencją amerykańskiego kina klasy b albo nawet c – czegoś na miarę filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, który wprawdzie nie zachwycał, ale dało się go obejrzeć nawet z pewną przyjemnością. Wrażenie to potęguje fakt, że obie produkcje łączy Julia Wieniawa, obsadzona w jednej z głównych ról. I cóż, to film równie krwawy, równie głupi i… również stanowiący czystą rozrywkę dla miłosników amerykańskich komedii college’owych. 

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją – o czym jest film ? 

Cudowny dom, jeden z tych, których w naszym kraju ze świecą szukać, wyjęty prosto z katalogów najlepszych zachodnich developerów. W środku mnóstwo ludzi, zalegających na podłogach, kanapach, fotelach i tapczanach. Czy zmogła ich gorączka sylwestrowej nocy? Nie – wszyscy bowiem są martwi, ktoś został nawet powieszony. Jak do tego doszło? Aby się o tym przekonać, trzeba obejrzeć ciąg dalszy nowej produkcji dostępnej na Netflixie. 

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją - realizacja

Odtworzenie wydarzeń minionej nocy udaje się reżyserowi nieźle. Całość utrzymana jest w szalonym rytmie, pełnym kolejnych kłótni pomiędzy bohaterami, spięć, wydarzeń, które prowadzą do tragedii. Dalsza ocena jest kwestią gustu widza i okoliczności, w których film „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” będzie oglądał. 

Czytaj także: Niewłaściwa Missy - recenzja filmu

Wszystko jest tu bowiem rysowane bardzo grubą kreską. Bohaterowie – tak charakterni, tak wyraziści, że niewiarygodni i oderwani od rzeczywistości. Widać, że aktorzy świetnie bawią się podczas odtwarzania tych postaci, przerysowując je bez poczucia jakiejkolwiek żenady i bez choćby odrobiny subtelności. Można narzekać na ich niewiarygodność, ale nie da się odmówić tym kreacjom pewnego uroku.

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją, czyli „American Pie” po polsku

Problem mam za to z poczuciem humoru twórców. Wiadomo, to kwestia gustu, jednak moim zdaniem żarty są tu tak grube, że kompletnie nieśmieszne. Suche. Zgrane. Pozbawione choćby odrobiny subtelności czy lekkości. Ale moim zdaniem równie nieśmieszne są amerykańskie filmy spod znaku „American Pie”. A „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” to właśnie polska odpowiedź na konwencję amerykańskiej komedii o tamtejszych studentach college’u, produkcje w rodzaju „Świńtucha”, choć nie brak tu też nawiązań do kina Quentina Tarantino czy na przykład do „Krzyku”. Wiem, że seks, krew i grube żarty to nieodłączna cecha tych produkcji. I wolałbym wprawdzie, by twórcy do gatunku postanowili wnieść też coś od siebie. Na przykład – więcej poczucia humoru. Ale wiem też, że to element konwencji, gatunku, jestem też w stanie sobie wyobrazić, że niektórym widzom może się to podobać – szczególnie podczas grubo zakrapianej imprezy. 

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją – czy warto zobaczyć?

Jeśli więc na taką właśnie imprezę się szykujecie, jeśli doceniacie urok tanich amerykańskich komedii czy slasherów, możecie obejrzeć film „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”. W innym przypadku – omijajcie go szerokim łukiem. Ja z pewnością do najbardziej udanych filmów 2020 roku go nie zaliczę. 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Warto przeczytać