Przedwojenna Warszawa, która ma dwa oblicza. Sieroctwo, które pokazuje prawdę o polskim społeczeństwie. I wiara w dobro, która motywuje do tego, by pomagać. O tym pisze Katarzyna Majewska-Ziemba w książce Pod milczącym niebem. Ta powieść łapie za serce i błyszczy sposobem, w jaki autorka potrafi portretować ludzi.

Lucyna po bolesnym doświadczeniu przemocy domowej ze strony ojca i zerwanych zaręczynach wybiera życie zakonne. Zostaje siostrą Benedyktą i trafia do domu dla sierot w międzywojennej Warszawie. Podejmuje służbę dla drugiego człowieka i trzeba przyznać, że jej zaangażowanie i uważność szybko podbijają serce czytelnika. Autorka snuje opowieść o codzienności, emocjach, a osierocone dzieci z każdym rozdziałem stają się nam coraz bliższe.
Ujmujące jest to, że dom sierot nie jest miejscem zimnym i pozbawionym radości, ale faktycznie staje się namiastką domu. To oczywiście dzięki staraniom sióstr. Robi się cieplej na sercu, bo przecież wiemy z historii, że siostry zakonne nie zawsze potrafiły pomagać swoim podopiecznym.
Siostra Benedykta ma swojego mentora, a jest nim Janusz Korczak. Jak wiemy z historycznych źródeł – postać wyjątkowa, człowiek, który zrobił dla dzieci wiele dobrego, a jego nauki pozostają do dzisiaj aktualne. Sama bohaterka bardzo pragnie mieć wzór, być jeszcze lepszą dla dzieci:
Chciałabym go poznać, wydaje się niezwykłym pedagogiem. Ten człowiek tak dobrze rozumie dzieci, a ja wciąż jeszcze się tego uczę. Nie jest mi łatwo, z każdym dniem muszę mieć coraz więcej wyrozumiałości, cierpliwości i zwykłej ludzkiej miłości. Nie chcę się nimi opiekować, chcę je kochać. Miłością rozsądną, mądrą, wymagającą, łaskawą… Miłością, która wszystko potrafi znieść, wybaczyć i każdej pracy nadać sens. Amen.
I choć ją oraz Korczaka dzieli podejście do religii, to jednak cel mają wspólny: dobro dzieci. Z zapartym tchem obserwujemy, jak podopieczni sprawiają różne kłopoty, ale też uczą się nowych rzeczy, stają się świadome, łakną wiedzy.
Dla Benedykty, tak jak i dla Korczaka, dzieci to LUDZIE. Ważni ludzie, którym należy się szacunek i miłość. Pięknie pisze o tym bohaterka w swoich przemyśleniach:
Modlę się codziennie za nich wszystkich i za ich matki. Dużo bym dała, żeby tym nieszczęśliwym kobietom przetłumaczyć, że dzieci to dar, a pozbywanie się daru jest grzechem. Codziennie widzę na ulicy wyciągnięte po wsparcie małe ręce, spotykam sieroty i podrzutki, a moje serce pęka na kawałki, pewnie tak samo jak serca tych biednych kobiet. Bo nie wierzę, że one są złe, to okrutny los zmusza je do podjęcia tak tragicznych decyzji. Kościół robi dla nich wiele, lecz to wciąż za mało.
Autorka, jak zawsze w swojej twórczości, wspaniale odmalowuje tło historyczne. Tym razem mamy do czynienia z Warszawą w dwudziestoleciu międzywojennym. Warszawą podzieloną, bogatą i skrajnie biedną. Pełną napięć społecznych, różnych społeczności i problemów, na które państwo nie potrafi znaleźć rozwiązań. Niesamowicie ten świat wciąga i daje do myślenia.
Gdybym miała powiedzieć o tej książce zaledwie kilka słów, powiedziałabym: piękna, angażująca, mądra. Chyba dawno nie zdarzyło mi się aż tak przywiązać do bohaterów. Tym bardziej cieszę się, że to pierwszy tom i mogę się spodziewać dalszych losów! Polecam.
Niech zakwitną nam cudze ogrody Oparta na faktach saga historyczno-obyczajowa Kolejny tom losów Stefanii i Janki. Po zakończeniu wojny matka...
Przepiękna opowieść o sile marzeń. Choć po kilku ciężkich latach wojna wreszcie się kończy, na Rebekę i jej bliskich spada nowe nieszczęście. Nie mogą...