Złodziejka Katarzyny Wasilkowskiej to powieść, która nie traktuje młodego człowieka z góry. Jest zaskakująco dojrzała i odważna. Opowiada o emocjach, które są niewygodne i trudno jednoznacznie je zaklasyfikować. I chyba dlatego ta historia tak mocno zostaje w głowie.

Główna bohaterka, Marika, to outsiderka. W szkole trzyma się na uboczu, niewidzialność ma ją chronić przed byciem celem. To zbroja, ale też pułapka, bo samotność rośnie i zaczyna rządzić codziennością.
Nigdy nie miałam widoków na zostanie osobą popularną i wcale mnie to nie interesowało. Nie uśmiechało mi się też być czyimś chłopcem na posyłki, a już na pewno nie zamierzałam podkładać się dręczycielom. Chciałam jedynie, żeby mnie zostawiono w spokoju. To, niestety, nie przychodzi samo.
W domu też nie jest łatwo. Rodzice jej nie widzą, nie interesują się nią, a ona mimo wszystko próbuje o ich uwagę zabiegać.
Marika znajduje ucieczkę w czymś… nietypowym. Szydełkuje. Wymyka się do opuszczonego domu po zmarłej sąsiadce i urządza tam swoją kryjówkę – to jedyne miejsce, w którym może złapać oddech. Oczywiście, ta twierdza nie pozostanie bezpieczna na zawsze… Los Mariki jest niezwykle przejmujący. Bohaterka wydaje się niczyja, a jej przemyślenia trafiają prosto w serce. Prawda o szkolnej rzeczywistości to także cios. Podziały, drwiny, presja grupy i spychanie innych poza margines. Nigdy nie wiadomo, kogo wezmą na cel następnego dnia.
W książce pojawia się też narracja chłopaka o imieniu Tymon. Dzięki temu czytelnik nie jest przyklejony tylko do jednej wersji wydarzeń. Widzi, jak bardzo można się pomylić w ocenach, zanim usłyszy się drugą stronę.
Ta opowieść jest złożona i wymaga uważnego przyglądania się bohaterom. Marika robi rzeczy, które są nie w porządku. Dziewczyna sama to wie. Trudno ją jednak skreślić, bo jej decyzje wynikają z braku poczucia bezpieczeństwa i z tęsknoty za tym, żeby ktoś wreszcie zauważył, że ona istnieje i również potrzebuje ciepła. Współczucie dla niej miesza się ze złością. Marika po prostu chwyta za serce, a czasem sprawia, że brakuje tchu.
To książka, którą można dać młodej osobie, bo odnajdzie tu swoją codzienność i emocje. Można ją też podsunąć dorosłym, bo przypomina, jak łatwo przegapić dziecko, które nie sprawia problemów i właśnie dlatego znika z radaru. Na koniec zostaje jeszcze jedna myśl, przewrotna i bardzo trafna: czasem można kogoś okraść, nie zabierając mu nic materialnego.
Podziwiam autorkę za temat, za sposób opowiedzenia tej historii i za wnikliwość. Świetnie napisana opowieść, wciąga i porusza. Smuci, ale też daje nadzieję.
Czy Święty Mikołaj może spełnić każde życzenie? - To Święty Mikołaj! On może załatwić w swojej fabryce prezentów co tylko chce! - woła Łukaszek. Trzeba...
Była sobie czarna, czarna droga, która prowadziła przez czarną, czarną noc. A na końcu tej czarnej, czarnej drogi rosła wielka stara grusza. A przy tej...