W zasypanym śniegiem Świeradowie-Zdroju, wśród skrzących alejek i w ciepłym świetle lamp odbijającym się w malowanych mrozem szybach, toczą się losy kilku rodzin. Jedni próbują odnaleźć bliskość, drudzy – wybaczyć krzywdy. Są tacy, którzy coś stracili... oraz tacy, którzy mają szansę, by coś odzyskać.

Wzgórze Świątecznych Życzeń Sylwii Trojanowskiej to opowieść o ludziach, których ścieżki przecinają się w grudniowe dni – czasem przypadkiem, czasem z konieczności, a czasem... z potrzeby serca. I kiedy przychodzi Wigilia – ta jedyna, najważniejsza – dzieje się to, co najpiękniejsze. Cuda, małe i duże. Ciche i całkiem głośne. Oraz te, które dają nadzieję na to, że to, co zagubione, może zostać odnalezione. A to, co podzielone – znów się połączy. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Axis Mundi. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Wzgórze Świątecznych Życzeń. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Stanął przed bramką i z podziwem spojrzał na swój dom.
Nie marzył, że kiedykolwiek będzie go stać na taki luksus. Największy dom w okolicy, najlepszy samochód w mieście, najbardziej gadżeciarskie zegarki, ubrania szyte na miarę, nawet
gosposia. Po prostu tak wyszło. Wszystko wyszło. No, poza jednym…
Spojrzał na pierwsze piętro. W oknach dostrzegł światło i sylwetkę tańczącej dziewczyny. Ucieszył się. To Pola wywijała piruety. Jej ostatnim pomysłem była kariera taneczna, choć nie wykluczała, że zostanie aktorką, i to koniecznie dramatyczną, a także pisarką, architektką czy biegaczką narciarską jak jej idolka Lila, która dwa razy w tygodniu wpadała do Poli na korepetycje z angielskiego.
Wszedł na posesję, choć nie bez trudu – bramka nie chciała się otworzyć pod naporem śniegu. Kiedy w końcu z nią wygrał, szybkim krokiem przemierzył długą, prostą alejkę, której brzegów strzegły lampki, nieznacznie wystające poza linię białego puchu. Na jej końcu rosły dwa niewielkie klomby.
„Bajkowo” – pomyślał Ksawery i odruchowo spojrzał na wielką jodłę kaukaską, strzegącą przejścia do ogrodu.
Razem z Polą ozdobili ją drobnymi światełkami, które wyglądały jak miniaturowe kryształki. Musiał przyznać, że dekoracja robiła piorunujące wrażenie. I to nie tylko na nich, ale i na mieszkańcach, którzy spacerując z pupilami, zatrzymywali się od czasu do czasu przed ich domem, by podziwiać dekoracje.
– Pola! – zawołał, wchodząc do holu.
Z piętra kaskadą płynęła głośna muzyka.
– Pola! – krzyknął.
– Dzień dobry, panie Ksawery. – W drzwiach prowadzących do jadalni pojawiła się starsza kobieta. Miała krótkie, ciemne włosy, a na nosie okulary w cienkich metalowych oprawkach. Spod granatowego fartuszka wystawała prosta błękitna sukienka.
– Dzień dobry, pani Zuzanno. Pięknie pachnie chlebem – zauważył Ksawery.
– A dziękuję, dopiero wyjęłam. Upiekłam jeszcze sernik, jak pan prosił.
– Jest pani niezastąpiona. Córka na górze, tak?
– Tak, u siebie. Uczyła się, a teraz… – Staruszka się zawahała.
– Słyszę, że szaleje.
– Tak, ale siedziała też nad książkami.
Dwornicki zawsze prosił panią Zuzannę, by sprawdzała, czy Pola uczy się na sprawdziany. Wiedział, że może na nią liczyć, bo ich gosposia przed przejściem na emeryturę była nauczycielką polskiego w pobliskiej podstawówce. Do domu Dwornickich przychodziła każdego dnia, na trzy godziny, i robiła wtedy wszystko, co trzeba. Gotowała, sprzątała, prasowała.
Lubiła to i choć miała już swoje lata, ze wszystkim dawała sobie radę. Bycie gosposią… Zapewne nigdy nie zdecydowałaby się na nie, gdyby nie wypadek jej męża. Potrzebowali pieniędzy na rehabilitację, a z dwóch emerytur nigdy by jej nie opłacili. Dwornicki hojnie wynagradzał Zuzannę, więc z wdzięcznością zjawiała się każdego dnia i z zadowoleniem odbierała wynagrodzenie.
– Tato! – Usłyszał radosny okrzyk, a potem zobaczył wesołą buzię swojej córki.
Wyciągnął ręce w jej kierunku i uścisnął dziewczynkę, gdy wpadła w jego ramiona.
– Wyprzedzam twoje pytania o szkołę! – wypaliła. – Dostałam szóstkę z angielskiego, piątkę z polskiego i coś tam z matmy.
– Co to znaczy „coś tam z matmy”? – zapytał, udając groźny ton. Wiedział bowiem, jaką ocenę dostała; przed przyjazdem sprawdził e-dziennik.
– A co obstawiasz?
– Mocną tróję.
– Tato, więcej wiary! Serio! Dużo się uczyłam i w najgorszym wypadku dostałabym czwórkę, ale… – pisnęła. – Ta wredna Chmurnicka wstawiła mi piątkę!
– Brawo! Moja krew!
– Noo…
Następną godzinę spędzili razem w salonie. Jedli sernik, pili kawę zbożową na mleku, którą oboje uwielbiali, i oczywiście gawędzili o lodowisku. Od pewnego czasu był to temat zajmujący pierwszą pozycję na liście ich ulubionych tematów.
Tak naprawdę lodowisko było marzeniem Poli, a Ksawery je sfinansował, wykorzystując swoje możliwości.
– Nie mogę się doczekać otwarcia! Już widzę te wszystkie światła, ozdoby, no i taką równiusieńką taflę lodu z kolorowymi bandami!
– Wszyscy mieszkańcy będą ci wdzięczni za takie cudo. – Popatrzył na wydruk wizualizacji obiektu. – I wszystkim się spodoba.
– Myślisz?
– Oczywiście, Poluś.
– A myślisz, że mamie też się spodoba? – zapytała, gdy wstał. – Lodowisko.
– Nie wiem, jak mogłoby się komuś nie spodobać. No tylko popatrz! – Podsunął jej pod nos projekty. – To wygląda wspaniale!
– Też tak myślę. Nasze lodowisko!
Książkę Wzgórze Świątecznych Życzeń kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
