Krótka historia gór śmieci

Autor: Granice_pl
Okładka publicystyki dla Krótka historia gór śmieci z kategorii Brak kategorii

Spacerując dziś po obrzeżach polskich lasów, trudno sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek mógł istnieć świat bez śmieci, zużytych opon, rozbitych pralek i telewizorów, azbestowych płytek, butelek, puszek i worków zalegających rosnącą warstwą coraz rzadsze oazy naszej przyrody. A jednak archeolodzy przekonują nas, że była taka epoka powszechnej szczęśliwości, autentyczny Złoty Wiek Ekologii, gdy prawdziwe śmieci nie istniały, a człowiek obrabiał materię na tak podstawowym poziomie, że cokolwiek w tym procesie było odpadkiem, a więc w naszym pojęciu śmieciem – krzemienny odłupek, drewniany wiór, ogryziona kość, wszystko to bez problemu powracało do przyrody i stapiało się z nią natychmiast w naturalną całość bez potrzeby oczekiwania przez stulecia, jak w przypadku naszych śmieci, na ich neutralizację.

My, obywatele cywilizacji, wytwarzający codziennie kilogramy śmieci, nie wierzymy w to, bo jakże to możliwe, aby w ludzkim świecie nie istniały odpadki, ogryzki, zepsute narzędzia i zabawki, rozbite naczynia i jednorazowe opakowania? Niezużyte całkowicie i niewykorzystane do końca, niechciane, traktowane jako kłopotliwe zawalidrogi, usuwane z oczu, wyrzucane na „ziemię niczyją”, za stodołę, na obrzeża lasów, na miedze, na drogi, do potoków. Z nadzieją, że przyroda sama rozwiąże wstydliwy problem i przywróci im pierwotną postać naturalnego minerału, czyli uzna je za swoje i przyjmie do swego łona. Tego uczynić oczywiście nie jest w stanie, bo jej substancja tak dalece została przetworzona, że o żadnym powrocie nie może być mowy. Pozostaje smutna egzystencja pomiędzy przyrodą a cywilizacją, pogardzana kondycja śmiecia, dziwaczna forma materii niebędąca ani przedmiotem natury, ani rzeczą kultury.

Problem współczesny

 Przez tysiąclecia śmieci nie istniały, a przynajmniej nie stanowiły tak wielkiego i tak widocznego jak dziś kłopotu dla człowieka. Nawet żelazo, powszechne w użyciu od dwóch tysiącleci, aż do XIX wieku było takiej jakości, że bez trudu w ciągu kilku lat leżenia w ziemi korodowało i przybierało pierwotną postać minerału. Podobnie było z o wiele starszą w użyciu od metali ceramiką. Przetworzona za pomocą wysokiej temperatury glina długo wprawdzie zachowuje swą odrębną, nienaturalną substancję, ale gdy chodzi o najdawniejsze z niej wyroby, ciągle bliższa jest naturze minerału niż wytworowi cywilizacji. Dopiero ulepszenie obydwu wyrobów poprzez ich utwardzenie sprawiło, że zdecydowanie już wyodrębniły się one z przyrody i awansowały do rangi nowoczesnego śmiecia. Później pojawiły się już surowce mające niewiele wspólnego z naturą, rozpowszechniły się masowo produkowane wyroby ze szkła, stopów metali, ebonitu, gumy, plastiku. Z coraz większą obawą spoglądamy na śmieciowe góry, podchodzące pod granice naszych miast, dymiące w dzień i noc toksycznym oparem wysypiska na przedmieściach, nielegalne składowiska odpadów w sercach narodowych parków i miejscach weekendowych pikników. Pocieszeniem może być fakt, że po wielu wielkich i dumnych cywilizacjach pozostały jedynie śmietniki, wielkie usypiska śmieci, ułamków i odpadów, gromadzonych przez stulecia i tysiąclecia.

Problem intymny

Choć nasi odlegli przodkowie aż do czasów nowożytnych nie mieli kłopotów ze śmieciami i prawie ich nie wytwarzali, to równocześnie odkrycia archeologów dowodzą paradoksalnie, że już w odległych epokach żyły ludy, a nawet cywilizacje, o których wiemy cokolwiek jedynie dzięki śmieciom przez nie wyprodukowanym. Szczęśliwym trafem dotrwały one do naszych czasów i stały się łupem specjalistów od ich badania. W dużej mierze archeologia jest bowiem dyscypliną budującą swą wiedzę o prehistorycznych społecznościach na podstawie tego, co po nich pozostało w formie resztek ich kultury materialnej. Badacze podkreślają jednak, że w przeciwieństwie do przekazów pisanych – kronik, listów, testamentów – źródła archeologiczne mają charakter nieintencjonalny. Oznacza to, że ich wytwórcy i użytkownicy nie przygotowywali ich, aby świadczyły w jakimkolwiek zakresie o ich woli, światopoglądzie czy jakości życia. Oceniając zaś jakość tych archeologicznych przekazów, jednoznacznie należy stwierdzić, że gdyby ich wytwórcy mogli mieć teraz prawo głosu, to jednoznacznie zaprotestowaliby, bowiem owe źródła, wytwory i atrybuty ich codziennego życia najczęściej ilustrują codzienne, potoczne, często wstydliwe aspekty ich zwykłej egzystencji. W większości są to przecież śmieci, odpadki produkcyjne, zużyte albo zgubione okazy odzieży i przedmiotów codziennego użytku. Skromne i bezpretensjonalne. W oczach badacza jednak cenne, często bardziej wartościowe niż napuszone i pisane na zamówienie możnych kroniki i panegiryki. Bo śmieci i szerzej materialne źródła archeologiczne – są szczere, opowiadają o prawdziwym życiu naszych przodków, nie są w żadnym stopniu stronnicze i zaprogramowane. To ich największa wartość – śmieci szczerze, bez upiększania, opowiadają o naszym człowieczeństwie, dawnym i współczesnym.

Góry śmieci

Wymownym dowodem służyć mogą tu perypetie związane z odkryciem i identyfikacją najstarszych europejskich gór śmieciowych na wybrzeżach Jutlandii. Na pierwszy rzut oka przypominają one naturalne nasypy powstające w wyniku działania fal formujących na plażach morskie osady. Dlatego tak trudno je było od nich odróżnić i zidentyfikować. Archeolodzy dopiero w drugiej połowie XIX wieku zaczęli podejrzewać, że te złożone przede wszystkim ze skorup morskich małży wały ciągnące się kilometrami na piaszczystych brzegach Danii to nie twory naturalne, ale gigantyczne pozostałości prehistorycznych uczt naszych dawnych ludzi rozmiłowanych w owocach północnego morza. 

 Jak doszło do tego odkrycia w polskim piśmiennictwie, relacjonował na łamach warszawskiego pisma „Ateneum” w roku 1888 Ludwik Krzywicki: „Wzdłuż wybrzeży tego półwyspu i pobliskich wysp spostrzegamy liczne, dosięgające czasami wcale pokaźnych rozmiarów pagórki; niekiedy np. posiadające 300 m długości, 70 szerokości, a około 3 m wysokości. Przez długie czasy nie zwracały one na się uwagi; uważano je po prostu za usypane przez falę morską ławice muszli i żwiru. Ale przyszła kolej i na nie. Znany na północy badacz, Steenstrup, zauważył, że składają się one wyłącznie ze skorup następujących jadalnych mięczaków morskich: Ostrea eduli (ostryga), Cardium edule (sercówka), Mylilus edulis (omułek jadalny), i że wszystkie znajdowane skorupy należą do dojrzałych już osobników, następnie spostrzegł w tych nasypach prawie zupełny brak żwiru i piasku. Fakty te dały dużo do myślenia. Najprzód brak żwiru, a obecność jedynie jadalnych i dojrzałych mięczaków, następnie położenie samych wzgórz – wszystko to wykluczało przypuszczenie, jakoby wzniesienia te były wytworem fali morskiej, i wskazywało na rękę ludzką. Dalsze poszukiwania jeszcze dobitniej tego dowiodły: przy rozkopywaniu natrafiono na ślady ognisk, narzędzi. Okazało się, że pagórki te – to śmietniska, na które przedhistoryczny człowiek rzucał odpadki swego pokarmu składającego się przeważnie z mięczaków. Z tego powodu nauka nadała im miano «śmietnisk kuchennych» (kioeken-moeddingen)”.

Późniejsi archeolodzy zaliczyli te konstrukcje do kultury Ertebolle, której twórcy i użytkownicy żyli na terenie Jutlandii we wczesnej epoce neolitu, w okresie od V do III wieku przed Chrystusem. Potwierdzili też upodobanie tej ludności do owoców morza, co ich nieco zdziwiło, bowiem spodziewali się, że jak na postępową ludność neolityczną przystało, ludzie z Ertebolle powinni bardziej gustować w rolnictwie i pasterstwie, a nie zawracać sobie głowy anachronicznymi i dawno już w ich czasach wypadłymi z obiegu technikami zbierackimi, godnymi staroświeckich, żyjących w ciemnych lasach mezolitycznych traperów. A jednak była to prawda, choć obeznani już z postępowymi technikami produkcji żywności, ludzie ci nie kwapili się do tych wymagających ciągłego nakładu pracy zajęć, gdyż szybko zrozumieli, że na chłodnych, nieurodzajnych nadmorskich przestrzeniach tego rodzaju zajęcia nie zapewniają możliwości przeżycia. Ponieważ zaś byli – jak wszyscy ludzie borykający się na co dzień z surowością przyrody – bystrymi obserwatorami, dość szybko spostrzegli, że środowisko, w którym przyszło im żyć, oferuje im inne i wcale nie gorsze menu. Przyjęli je z wdzięcznością, tym bardziej że korzystając z niego, nie musieli zginać grzbietów nad nieurodzajną i niewdzięczną niwą ani też troszczyć się o krowy i świnie, choć znaleziska kości bydła domowego i świni udomowionej znajdowane były również w kuchennych śmietniskach.

Zbieracze i wytwórcy

Pod względem sposobów zdobywania żywności ludzie kultury Ertebolle należeli więc nadal do minionej już w Europie epoki zbieracko-łowieckiej, bo ich głównym źródłem utrzymania było zbieractwo nadmorskie i polowanie na morskie ssaki – morsy i foki. Nie raniło to jednak ich dumy, a wręcz przeciwnie, z zapałem zabrali się do eksploatacji bogactw, które oferowało im morskie wybrzeże. Nie byli jednak zaciekłymi wstecznikami, dlatego z neolitycznej oferty wybrali i zaadoptowali to, co uznali za użyteczne. A było tego niemało: mocne siekiery z kwarcu i granitu wytwarzane nieznaną wcześniej techniką gładzenia, masywne ościenie i harpuny wycinane z kości morsów i wielorybów, a przede wszystkim naczynia gliniane będące w tej epoce absolutną nowością i do dziś uznawane za jeden z najważniejszych wyróżników cywilizacji neolitycznej. Nie były one wprawdzie tak eleganckie, jak ceramiczne wyroby sąsiadów w pełni już gustujących w neolitycznej gospodarce, miały niezdarny, workowaty kształt, ich jakość i trwałość pozostawiały wiele do życzenia, a ich najbardziej charakterystyczną właściwością było spiczaste nieregularne dno umożliwiające swobodne ustawienie garnka w ognisku rozpalonym na plaży i zawierającym, co oczywiste, smakowite owoce morza. W kuchennych nasypach znajdowano wiele ułamków tych garnków, co świadczy, że lepiono je w pośpiechu z tego, co było pod ręką, wykorzystywano jednorazowo i bez żalu wyrzucano na śmietnik, gdy spełniły swoją rolę. Dzięki temu wiemy, że ludność kultury Ertebolle nie tylko potrafiła wytwarzać ceramiczne naczynia, ale też niekiedy zajmowała się uprawą roślin, bo w ułamkach naczyń archeolodzy odnaleźli również zmieszane z gliną ziarna jadalnych zbóż, które trafiły tam przez przypadek albo jako integralny składnik surowca przeznaczonego do produkcji.

Mimo to nie ulega wątpliwości, że pod względem technicznego i bytowego wyposażenia ludność kultury Ertebolle należała do cywilizacji neolitycznej, stanowiła jej najdalej na północ wysuniętą prowincję. Gdy jednak spojrzeć na sposoby zdobywania pożywienia, zaliczyć ją należy do odwiecznej, sięgającej początków człowieczeństwa cywilizacji zbierackiej, najstarszej, najbardziej naturalnej i wymagającej najmniejszych nakładów pracy gospodarki ludzkiej. Ludzie kultury Ertebolle byli bowiem wytrawnymi zbieraczami owoców morza. Zbieractwo nadmorskie było ich podstawowym źródłem utrzymania przez kilka tysiącleci. Nieustannie wędrowali po plażach i do przepastnych koszy i siatek zbierali jadalne mięczaki. W obozowiskach wydobywali smaczny miąższ, a skorupy wyrzucali poza obozowisko. Ponieważ przez stulecia mieszkali w tym samym miejscu, bo niewyczerpane w swych bogactwach morze każdego roku dostarczało im pożywienia, stosy te urosły do wielkich rozmiarów. Niewiele więcej pozostało po tej ludności zamieszkującej Jutlandię przez trzy tysiąclecia, czyli trzy razy dłużej niż historia większości europejskich państw, nie znamy jej osad ani cmentarzy i, co więcej, najstarsze śmietniska tej kultury znajdują się kilka metrów pod wodą na skutek transgresji morza w ostatnich tysiącleciach. A jednak wielkie zwały kuchennych śmieci przetrwały i świadczą, że przedstawiciele epoki zbierackiej nieźle prosperowali również w epoce, która uznała ich zapewne za zacofanych, anachronicznych maruderów na drodze cywilizacyjnego postępu, ale też zapewne zazdrościła prostego i przynoszącego duże korzyści sposobu zdobywania pożywienia.

Archeologiczna sensacja

Odkrycie owych imponujących śmietnisk, przez stulecia uważanych za formacje naturalne, stało się jedną z największych sensacji w dziejach europejskiej archeologii. Jakże to możliwe – zapytywano – aby ludzie mający na swym wyposażeniu zaledwie kilka kamiennych siekier i kościanych oszczepów mogli poprzez zwykłą konsumpcję zbudować tak wielkie konstrukcje? Sir John Lubbock, najwybitniejszy obok Edwarda Tylora archeolog i antropolog drugiej połowy XIX wieku, wybrał się specjalnie w tym celu do Danii, rozkopał jeden ze śmietniskowych nasypów i w sprawozdaniu, które złożył, rozwiał wszystkie wątpliwości. „Każdego, kto taki nasyp po raz pierwszy ogląda – pisał – zwłaszcza jeśli odpowiednio go przetniemy, ogarnia głęboki podziw. Cała ławica składa się z muszli, tu i ówdzie, lubo rzadko, spotykamy kości, a jeszcze rzadziej narzędzia z kamienia lub szczątki wyrobów garncarskich. Nigdzie, okrom wierzchołka lub podnóża, nie ujrzymy żwiru. Jednym słowem napotykamy jedynie przedmioty bezpośredniej z człowiekiem styczności. [...] Zdaje się, że tego rodzaju śmietniska ciągną się wzdłuż całego wybrzeża, jakkolwiek nie masz ich wewnątrz kraju”.

Śmieci są wszędzie

Ludwik Krzywicki w cytowanym artykule przytacza zaczerpnięte z obcojęzycznych publikacji przykłady innych śmieciowych, postkonsumpcyjnych usypisk znajdowanych na świecie. Okazuje się, że w różnych okresach przedcywilizacyjnych występowały one wszędzie. Stwierdzono je w Patagonii, na Wyspach Japońskich, wybrzeżu Australii, Florydzie, w Kalifornii i w Brazylii, gdzie zwane są „paraderos”. Rosyjski archeolog Aleksiej Uwarow znalazł je nad Oką – tam występują pod nazwą „bugry”. Wszystkie związane były z długotrwałą działalnością ludów zbierackich, eksploatujących pogranicze lądu i wody. Krzywicki przytacza też opinię markiza de Nadaillaca, autora rozprawy „L’Amerique prehistorique”, o tym, że owe śmietniska odsłoniły nieznany wcześniej, fascynujący rozdział z dziejów człowieka: „Ukazały nam one życie tych ludów w jego codziennym biegu, zaznajomiły z ich pożywieniem, obyczajami i wędrówkami, dozwoliły zbadać ich rozwój; jak z książki czytamy wypadki, z tą różnicą, że stronicami tu są warstwy muszli lub popiołów; fakty są ryte ogniem i kamieniem, a dramaty życiowe skreślone rozbitymi kośćmi ofiar”. W tym samym romantycznym stylu i z poczuciem cywilizacyjnej wyższości uczeni tamtych czasów, co sumiennie referuje Krzywicki, próbują rekonstruować życie twórców śmieciowych nasypów. Głównym materiałem są obserwacje ludów zbierackich spotykanych jeszcze często w XIX wieku przez podróżników i etnografów na wybrzeżach egzotycznych lądów, traktowanych jak zapóźnione przeżytki epok archaicznych. Na podstawie licznych podobieństw w zakresie kultury materialnej obserwacje te, zdaniem Krzywickiego, dowodzą, że pomimo wielu stuleci oddzielających ludzi pierwotnych od współczesnych „dzikich”, pod względem stylu i jakości życia, a także technicznego wyposażenia, nie różnili się oni niczym szczególnym. Równocześnie analogie te nie stawiają w pozytywnym świetle twórców jutlandzkich usypisk muszlowych.

Jak żyli twórcy gór śmieci?

Karol Darwin, na którego również powoływali się badacze, a który podczas swej odkrywczej podróży dookoła świata odwiedził również Ziemię Ognistą i Patagonię, o jej rodzimych mieszkańcach i trybie ich życia miał wyraźnie niepochlebne zdanie. Pisał: „Nie widziałem nędzniejszych i bardziej odrażających stworzeń [...] nigdy nie przypuszczałbym, jak wielka jest różnica między człowiekiem dzikim a cywilizowanym. Jest ona większa niż między dzikim a udomowionym zwierzęciem, o tyle większa, o ile człowiek ma większą niźli zwierzę możność doskonalenia się”. Towarzyszący Darwinowi w podróży dookoła świata kapitan FitzRoy w książce „Narrative of the surveying voyages of HMS Adventure and Beagle” (London 1848), opisując życie nadmorskich mieszkańców Patagonii, narzeka na warunki mieszkaniowe tubylców. Twierdzi, że „dym wraz z wyziewami zepsutego mięsa czyni te chaty nieprzystępnymi dla cudzoziemców. [...] Oswoili psa i wraz z nim polują na morskie ptactwo śpiące na skałach, na morze wyruszają w łódkach z kory i przy użyciu oszczepów polują na foki i inne przybrzeżne ssaki. Zbierają jaja ptasie, ikrę rybią, a przede wszystkim mięczaki, w które obfituje strefa przybrzeżna. Wszystko to gromadzą i spożywają w obozowisku, a z muszli, skorup i kości z czasem powstają hałdy śmieciowe, zwane przez badaczy «nasypami z muszli» (shell mounds), widoczne z daleka z powodu niespotykanej nigdzie indziej jasnozielonej roślinności, która je porasta”.

Potrawka ze starej kobiety

FitzRoy pisze też, że w okresach głodów panuje pośród Patagończyków kanibalizm i jako pierwsze do spożycia idą stare kobiety, gospodarczo bezużyteczne i stanowiące obciążenie dla wspólnoty. „Czasami, przeczuwając swój los, uciekają w busz i wtedy całe wygłodniałe plemię tropi je zaciekle niczym zwierzynę z pomocą psów”. Potwierdza to Darwin, cytując opowieść młodego Patagończyka zabranego na pokład statku wielorybniczego i włączonego do jego załogi: „tubylcy przyciśnięci głodem w zimie zabijają i zjadają stare kobiety, zanim zabiorą się do zabijania psów. Chłopak pytany, dlaczego tak postępują, odpowiedział:«Pieski łapią wydry, stare kobiety nie». Chłopak ten opowiedział, w jaki sposób się je zabija, trzymając nad ogniem, dopóki się nie uduszą”.

Czy w podobny sposób ratowali się przed głodem neolityczni mieszkańcy wybrzeży Jutlandii? Jest to mało prawdopodobne, morze dostarczało im obfitość pożywienia, panował o wiele bardziej przyjazny klimat niż w Patagonii, w końcu zresztą byli też hodowcami i rolnikami, a w przeciwieństwie do Patagończyków, w okresach przymusowych, gdy „morskie żniwa” zawodziły, sami potrafili produkować żywność. Potwierdzają to ich imponujące „góry śmieciowe”, usypane nie tylko ze szkieletów morskich mięczaków, ale też z wielu innych kuchennych odpadów, pośród których jednak kości ludzkie należą do rzadkości, często za to zdarzają się kości dzikich i hodowlanych zwierząt. Zawartość śmieciowych nasypów pozwala więc z dużym prawdopodobieństwem obronić cywilizacyjny honor przedstawicieli kultury Ertebolle. 

Wiwat, cywilizacja Zachodu!

Zresztą i jakość życia pierwotnych mieszkańców Patagonii była o wiele wyższa, niż to opisują zadufani w sobie europejscy odkrywcy. Dowodem na to jest historia kilku Patagończyków zabranych przez FitzRoya do Anglii. Nauczeni tam cywilizacyjnej ogłady, zostali po roku przewiezieni z powrotem w rodzinne okolice, tam obdarowani narzędziami, europejskim domem i polem uprawnym. W czasie kolejnej wizyty kapitan stwierdził, że pole jest zapuszczone, a dom zrujnowany. Osadnicy zaś powrócili do pierwotnego stylu życia. Zapytani o przyczynę tej zmiany, powiedzieli, że tak żyć jest im przyjemniej, bo okolica zapewnia im obfitość ryb, owoców morza i jagód. FitzRoy stwierdził jedynie, że choć dzicy i nadzy, zaproszeni na ucztę nadal potrafili poprawnie posługiwać się nożem i widelcem, czego nauczono ich w Anglii. A więc wiwat cywilizacja Zachodu! 

Od Patagonii do… Warszawy

Ale przecież archeologiczna wymowa śmieci i śmietnisk nie kończy się w pradziejowej Jutlandii. Z równie doniosłym i kompetentnym raportem o stanie naszej cywilizacji, upodobaniach i obyczajach wystąpić mogą również w oczach przyszłych archeologów nasze śmieciowe góry. Przykładem służyć może stolica naszego kraju, miasto położone na mazowieckiej równinie, srodze doświadczone przez stulecia swego istnienia, niszczone i odbudowywane. I właśnie na płaskich obrzeżach ciągle rozrastającej się aglomeracji pną się coraz wyżej ku niebu prawdziwe śmieciowe pagóry pełne archeologicznego potencjału. Gdyby nawet wszystkie nasze archiwa i biblioteki spłonęły, ich przepastne trzewia o wiele obszerniej niż śmietniska muszlowe z Jutlandii bez problemu złożyłyby świadectwo, że istnieliśmy naprawdę, pokazałyby, co jedliśmy, w co się ubieraliśmy, jakie były nasze upodobania estetyczne, hobby i fobie. Nie należy lekceważyć tego świadectwa. Jest jak ważny depozyt zamknięty w ognioodpornym sejfie.

Najstarszą z warszawskich gór śmieciowych zaczęto usypywać tuż poza murami ówczesnego miasta od strony wiślanej skarpy jeszcze w XVI wieku. Nazwano ją Górą Gnojną, a gdy pod koniec XVIII wieku zamknięto to uciążliwe dla mieszkańców Starego Miasta śmietnisko, pokryto je darnią i nazwę zmieniono na Górę Zieloną. Istnieje do dziś i kryje bogactwo zabytków rzeczy wyrzuconych przez warszawiaków w ciągu trzech stuleci. Potwierdziły to wykopaliska archeologiczne prowadzone na tym obiekcie w latach siedemdziesiątych XX wieku. Znajdują się tam również warstwy gruzów uprzątnięte po kolejnych niszczycielskich nawałnicach szwedzkich, pruskich i rosyjskich.

Stadion śmieciowy i szus po odpadkach

Prawdziwy wysyp warszawskich gór śmieciowych rozpoczął się jednak po ostatniej wojnie. Doprowadziła ona do prawie całkowitego unicestwienia miasta, a więc przekształciła jego tkankę w nieskończone gruzowisko i śmietnisko, które należało usunąć i zagospodarować, aby dać możliwość istnienia kolejnej formie życia. Część gruzów dawnym sposobem wrzucono do nieujarzmionej do dziś rzeki, wydzierając jej brzegową domenę, na której powstała droga szybkiego ruchu nazwana ku jej czci Wisłostradą. Z reszty usypano imponujące kopce, prawdziwe mazowieckie piramidy trzymające straż na obrzeżach Warszawy, tak jak piramidy w Gizie sprawują straż u wrót Kairu. Do niedawna przewodził im rozległy krater Stadionu Dziesięciolecia na Pradze, obecnie przekształcony w Stadion Narodowy. Inne obłożone ziemią, uformowane, oswojone z otoczeniem nadal zajmują należne im miejsce w krajobrazie. 
Jeden z nich, zwieńczony dziś widocznym z oddali, ale ustawionym tam dopiero pół wieku po zakończeniu wojny znakiem Polski Walczącej, usypany został z warszawskich gruzów na Czerniakowie. Drugi wznosi się po przeciwległej stronie miasta, na Szczęśliwicach, funkcjonuje jako zimowy stok narciarski. Powstały również z powojennych gruzów rozległy kopiec na wolskim Moczydle wraz z dawnymi gliniankami przemienionymi w malownicze stawy, stanowi centralną część Parku Kultury. Tajemnicę i prawdę codziennego życia mieszkańców miasta w okresie pierwszych powojennych dziesięcioleci skrywa Góra Kompostowa na Radiowie, położona u wrót Kampinoskiego Parku Narodowego.

Warszawskie tony śmieci

Dziś to wysypisko jest już nieczynne, okłada się je ziemią, ale ciągle na jego szczycie trwają jakieś prace i dlatego góra ta dymi i grzmi jak czynny wulkan. Wulkan na spokojnej mazowieckiej równinie! Nie jeden zresztą, bo po przeciwległej stronie miasta na jego dalekich peryferiach wyrasta prawdziwy „niebotyk”, ciągle rosnący ku górze, dorównujący już dziś największym budynkom stolicy, prawdziwy mazowiecki Fudżi-jama żywiący się odpadami i wydalinami współczesnego miasta. Jeszcze nie ma nazwy, ale już imponuje i przeraża. Dymi nieustannie smrodliwymi gazami, hałasuje wielkimi ciężarówkami, które dniem i nocą wwożą na jego szczyt rzeczy, których nie potrzebuje już miasto, przeraża ogromem widocznej z oddali wielkiej góry wyrastającej w równinnym, swojskim krajobrazie Mazowsza. Spośród ośmiuset tysięcy ton śmieci, które Warszawa wytwarza w ciągu roku, większość składowana jest właśnie tam. Wokół ciągną się karłowate, zatrute lasy, ziemia wzdyma się i wydala trujące opary, idąc przez ten opuszczony teren, czujemy się jak w filmowym horrorze. A gdy w końcu wynurzymy się z zarośli i spojrzymy na ogrom góry w Łubnej pod Baniochą, to urzeczeni zobaczymy, jak nad jej sięgającym nieba wierzchołkiem kołują hałaśliwe stada czarnych ptaków wypatrujących łupu, o który rywalizują zawzięcie z ludźmi ubranymi w jaskrawe kamizelki przypominające stroje piekielne. Z miejsca, w którym mieszkam, widzę tę górę wyraźnie i przywołując archeologiczne pasje, zazdroszczę niekiedy przyszłym archeologom, którzy będą zgłębiać jej trzewia, przygód na miarę badania egipskich piramid. Tymczasem jednak, jak inni mieszkańcy tych okolic, śledzę z niepokojem, jak gigantyczny potwór nadyma się i rośnie.

Śmieci przecież ciągle przybywa i nie jest tajemnicą, że dzieje się tak, bo pozbywamy się rzeczy nazbyt pośpiesznie, pochopnie, nieodpowiedzialnie. Taka jest intencja i natura epoki, w której żyjemy. Właśnie w przepastnych trzewiach podwarszawskiej góry spotykają się wszystkie nasze rzeczy: niegdyś ulubione, zakupione, wybłagane, ukochane, a w końcu wzgardzone i odrzucone. Znajdują tam swój pochówek i ostateczny spoczynek. Przede wszystkim znikają nam z oczu, a o to chodzi nam najbardziej. Ale przecież dopóki nawet tam, w mrocznym kłębowisku, w chaosie i bezwładzie będą istnieć w swej treści i formie, to nadal będą też świadczyć o nas, swych producentach. Spostrzegł to już Martin Heidegger i ogłosił, że każda rzecz wytworzona i użytkowana przez człowieka odsyła do wytwórcy i użytkownika, do jego działań, celów, pragnień i uczuć. Nie ze wszystkim więc umieramy, dopóki rzeczy pamiętają o nas, nawet jeśli są to rzeczy zdegradowane do statusu śmieci. Zdawać musimy sobie jednak sprawę, że jest to pamięć przewrotna, niosąca świadectwo o tym, czego zazwyczaj, gdy żyjemy, staramy się unikać, co chcemy ukryć, usunąć z oczu. W tym sensie śmietnik to niepokojące memento, że wbrew naszym oczekiwaniom taka właśnie, a nie ta bardziej oczekiwana pamięć może po nas pozostać. Tylko artyści z tego się cieszą.

Pomnik ze… śmieci

Vincent van Gogh w 1882 roku pisał do brata: „Dziś rano odwiedziłem miejsce, gdzie służba oczyszczania wyrzuca śmieci, mój Boże, ależ to było piękne! Jutro przyniosę kilka interesujących rzeczy z tego śmietnika: między innymi potłuczone latarnie, abym mógł je podziwiać albo, jeśli Pan pozwoli, używać jako modelu [...]. Byłby to prawdziwy temat na bajkę Andersena, ta sterta wiader, koszy, kotłów, misek, dzbanków, drutów, latarni, fajek, rur, które wyrzucili ludzie. Myślę, że będę o nich śnił dziś w nocy, a zimą będę miał z nimi do czynienia w swojej pracy”. 

Po latach ten sam zachwyt pobrzmiewa w słowach Andy’ego Warhola, twórcy również – choćby z racji swego karpackiego, łemkowskiego pochodzenia – ceniącego sobie bliskie relacje z rzeczami, szczególnie tymi najprostszymi, ale też zdegradowanymi, sprowadzonymi do poziomu śmiecia. „Wszystkie śmieci są zabawne i pobudzają wyobraźnię. A poza tym sam fakt mieszkania w Nowym Jorku jest wystarczającym powodem, by udać się na poszukiwania śmieci i rzeczy, których nikt nie chce. Walczysz tu o zdobycz wśród tylu ludzi, że musisz po prostu zapomnieć o własnym guście i koncentrować się na rzeczach, których nikt nie chce – żeby po prostu przeżyć”.

 

skrokTekst opublikowano pierwotnie w książce Wymowność rzeczy, która ukazała się nakładem wydawnictwa Iskry. 

 

Wymowność rzeczy to błyskotliwe eseje z pogranicza historii, antropologii kultury i literatury. Autor, obficie czerpiąc z licznych lektur oraz z własnych doświadczeń, opowiada o niekończącej się przygodzie człowieka z rzeczami, o przedmiotach od wieków towarzyszących ludziom w życiu i pracy, takich jak garnek, siekiera, lustro, rower, buty czy książki. O ich dziejach, zmiennych funkcjach i wartości oraz o tym, jak ewoluuje nasze postrzeganie rzeczy i potrzeba ich posiadania.

 

 

 

1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy
Recenzje miesiąca
Drogowskazy
Wiktor Osiatyński
Okładka książki - Drogowskazy
Zadry
Dominik Rutkowski
Okładka książki - Zadry
Świat kupek
Terry Pratchett
Okładka książki - Świat kupek
Pokaż wszystkie recenzje