Desery, owoce, demokracja. Wywiad z Marią Iwaszkiewicz

Autor: Ludwika Włodek
Okładka publicystyki dla Desery, owoce, demokracja. Wywiad z Marią Iwaszkiewicz z kategorii Brak kategorii

Z córką Jarosława Iwaszkiewicza i autorką książki Kuchnia Iwaszkiewiczów – Marią Iwaszkiewicz – rozmawia jej wnuczka, Ludwika Włodek.

Ludwika Włodek: Gotowanie interesowało cię od dziecka czy nauczyłaś się tego dopiero jako dorosła?

Maria Iwaszkiewicz: Gdy byłam małą dziewczynką i mieszkaliśmy jeszcze w mieszkaniu mojego dziadka, Stanisława Lilpopa, na Górnej w Warszawie, gotowała tam kucharka Pawłowa (właściwie nazywała się Bronisława Duda). Pawłowa nie umiała czytać i pisać, ale gotowała świetnie. Podobno niektórych przepisów nauczył ją mój dziadek. Jednym z jej popisowych numerów był pasztet – chyba najlepsza rzecz, jaką jadłam w życiu. Znała też mnóstwo innych potraw. Jednego tylko nie chciała nigdy robić. Błagałyśmy ją z moją siostrą Teresą o placki kartoflane, a ona mówiła: „Nie bedom jedli”. Nie i nie. Nigdy się nie dała namówić, a pracowała u nas wiele lat, bo kiedy się przeprowadziliśmy, przeszła z nami na Stawisko. Do dziś nie wiem, skąd u niej ta niechęć do placków kartoflanych. Zdaje się, że wykombinowała sobie, że to jest nie „dla państwa”, że to takie proste jedzenie. My też nie mogliśmy przy niej robić placków. Nigdy nie lubiła, gdy jej się zaglądało do garów. Wypędzała nas z kuchni i nie pozwalała innym gotować, kiedy była w domu.

Dziadek Lilpop sam nie gotował, ale robił nalewki. Jedną taką, jakiej nigdy potem nigdzie już nie widziałam. To była nalewka na białej bułce, którą przypiekało się na złoto i zalewało alkoholem. Dziadek trzymał tę swoją nalewkę po różnych szafach i wyjmował na specjalne okazje.

Bardzo dobrze gotowała też matka mojego ojca. Mówiło się nawet, że babka Iwaszkiewiczowa piekła trzydzieści rodzajów mazurków. W to akurat nie wierzę, ale musiała gotować naprawdę nieźle. Tym bardziej że mieli bardzo skromny dom, a podejmowali gości ze znacznie wyższych niż ich własna sfer, jakichś bogatszych krewnych i znajomych. Babka musiała czymś zabłysnąć, a te wykwintne dania to pewnie była jedyna rzecz, którą mogła się popisać.

Ciotki, czyli siostry mojego ojca, robiły konfitury. Bardzo dobre. Na Majątkach, koło takiego małego domku obok Stawiska, gdzie mieszkały, miały posadzone różne drzewa owocowe (nawet chyba morele tam były), ale specjalizowały się głównie w porzeczkach. Robiły nawet takie porzeczki w cukrze, które podawało się nadal na gałązce, ale z wydłubanymi pestkami, jako elegancki deser do herbaty.

A twoi rodzice? Chyba nie bardzo umieli coś zrobić w kuchni?

Mama nic a nic. Ją kuchnia ani gotowanie nie interesowały. W ogóle jedzenie jej specjalnie nie obchodziło. Miała tylko kilka ulubionych potraw; zawsze żartowało się, że wszystkie ulubione potrawy mamy są na k: kawa, katańskie czerwone pomarańcze i kawior, który ojciec jej zawsze przywoził z Moskwy.

Ojciec próbował nauczyć się gotować, ale nie bardzo mu to wychodziło. Słynna jest historia, jak przed którąś Wielkanocą swoje wiersze wysłał mu pan Blikle. Wiersze były po polsku i po francusku, bo matka Bliklego była Francuzką. I ojciec, żeby się odwdzięczyć, postanowił z pomocą swoich wnuków, Maćka i Jasia, upiec mazurek. Ciasto wyszło niejadalne, w jednym miejscu zakalec, na końcach przypalone, ale opakował to bardzo ładnie i odesłał do Bliklego z liścikiem: „Kochanemu panu Bliklemu kawałek naszego dzieła”. Co oczywiście było trochę złośliwe, bo jasno wynikało z tego, że każdy powinien się zajmować tym, co wychodzi mu najlepiej.

Czyli w rodziców się nie wdałaś.

Nauczyłam się gotować, dopiero jak wyszłam za mąż za mojego pierwszego męża, a twojego dziadka, Stanisława Włodka. Kilka miesięcy po ślubie zamieszkaliśmy w jego domu rodzinnym. Tam się świetnie jadało. Twój dziadek sam dobrze gotował, także jego matka, a moja teściowa, doskonale gotowała. Miała też znakomitą kucharkę, Włoszkę z pochodzenia. Podpatrywałam je obie w kuchni i jakoś część tych umiejętności niepostrzeżenie przeszła na mnie. A potem, jak się rozwiodłam i między jednym mężem a drugim mieszkałam sama, musiałam sobie gotować. To, czego się nauczyłam od Włodków, bardzo mi się przydało.

Zaraz po wojnie jadało się okropnie. Pracowałam wtedy przy filmie, potem w Czytelniku, wszędzie były stołówki z okropnym jedzeniem. Mieliśmy w Filmie Polskim takiego bardzo miłego kolegę – został ranny w powstaniu, miał na twarzy blizny po tym. Kiedyś dali nam jakieś paskudne jedzenie, zjedliśmy to, zapanowała cisza na sali, i odzywa się Zygmuś: „Teraz desery, owoce, demokracja”.

Miałaś jakieś złote zasady w kuchni? Ulubione potrawy?

Nie, nie, żadnych specjalnych zasad nie miałam. To moje gotowanie to nie była jakieś wielka wirtuozeria. Robiłam proste potrawy. Najlepiej mi wychodziły dania z kapusty, w szczególności świąteczna kapusta z grzybami. Moja kuzynka nawet – trochę złośliwie – nazywała mnie „mistrzem kapusty”.

Z kuchni innych krajów jaką najbardziej lubisz?

Uczyłam się trochę gotowania od zaprzyjaźnionej Szwajcarki, Colette, która zajmowała się nami, gdy byłyśmy panienkami. Ale ona bardzo dobrych rzeczy nie robiła, szwajcarska kuchnia jakoś nie słynie na świecie i nie dziwne. Dobrze to gotują Francuzi.

No i Włosi. Kiedy ojciec pierwszy raz zabrał mnie do Włoch, byłam zachwycona tamtejszym jedzeniem. Najpierw mnie zawiózł do Wenecji, no a jak człowiek pierwszy raz stanie w Wenecji, to dębieje. Grecy może nie są aż takimi mistrzami jak Włosi, ale też nieźle jadają. Kiedy z moim trzecim mężem, Bogdanem Wojdowskim, byliśmy w Grecji, trafiliśmy na restaurację, gdzie był stół zastawiony potrawami do wyboru. Ja mówię: wezmę to i to, a Bogdan mi odpowiada: nie, to i to. No i potem się okazało, że on miał rację, tamto jego było lepsze. Dużo myślę teraz o Grecji, o tych naszych wypadach. Raz byliśmy tam jeszcze w latach siedemdziesiątych, mieliśmy bardzo mało pieniędzy, spaliliśmy w najtańszych hotelach. Nawet się śmiałam, że mój mąż ma talent do wynajdywania hoteli, w których się sufit na głowę wali. Drugi raz pojechaliśmy po śmierci ojca, mieliśmy już trochę więcej pieniędzy i stać nas było na ciut lepsze mieszkanie, ale nadal jedliśmy w takich małych knajpkach. Pamiętam jedną, do której się wchodziło przez jakiś sklep i kuchnię. W środku były tylko dwa stoliki. Ale jedzenie było fenomenalne.

Niemcy za to gotują tak, że nie daj Panie Boże. Tam pyszne są tylko ryby z Morza Północnego. A inne potrawy są nie do jedzenia.

Jako mała dziewczynka mieszkałam przez chwilę w Belgii, bo mój ojciec pracował tam w ambasadzie. Raz pojechaliśmy na wakacje nad morze, gdzie często podawali nam taką zieloną zupę. Okropnieśmy z Teresą tej zupy nie lubiły. Potem byłam znowu w Belgii po kilkudziesięciu latach. Pojechałam specjalnie, żeby zobaczyć Upadek Ikara Bruegla. Zawsze fascynował mnie ten obraz, pewnie przez opowiadanie ojca Ikar. No w każdym razie po wizycie w muzeum poszłam do restauracji. Zamówiłam zupę dnia. I jak mi ją kelner przyniósł, wybuchłam śmiechem. Kelner nie bardzo rozumiał dlaczego, a mnie po prostu bardzo rozbawiło, że po kilkudziesięciu latach wracam do tego kraju i przypadkiem zamawiam sobie najbardziej znienawidzone tamtejsze danie.

A w Polsce gdzie dobrze się jadało?

Dobre jedzenie było na przyjęciach w ambasadzie francuskiej. Z jednym z przyjęć wiąże się historyjka, której bohaterem jest Artur Sandauer – publicysta, krytyk literacki, znany także z tego, że bardzo lubił perorować. Nakładał sobie z półmiska danie na talerz i cały czas gadał. I wtedy tak się zagadał, że nie zauważył, jak prawie całą zawartość półmiska, z którego mieli też przecież się częstować inni goście, przełożył sobie na talerz. Jak spostrzegł, co zrobił, zaczął wszystko z powrotem przekładać na półmisek. Sandauer miał taką miłą i bardzo cichą, skromną żonę. Zawsze była w jego cieniu, a okazała się niesłychanie zdolną poetką i malarką. Wszystkie jej rzeczy było lepsze od wytworów Sandauera. Nazywała się Erna Rosenstein.

Widzisz, tak ci tu o jedzeniu i o znajomych opowiadam. Takie tam anegdotki. Ale dobrze, że o to pytasz. Z takich prostych historyjek dużo wychodzi. Są rzeczy, na które inni ludzie nie patrzą tak jak ja. Mam tak zwane dobre oko, na wszystkich umiem patrzeć, i na ludzi, i na zwierzęta. Dużo zauważam.

A oto kilka przepisów z książki Kuchnia Iwaszkiewiczów:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2018-10-10 11:05:35
0 +-

Ciekawa rozmowa :)

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2018-10-10 08:45:43
0 +-

Takie smakowitości.

Książka

Warto przeczytać

Reklamy