Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera. Bohaterowie mają uratować planetę, ale szczególnie im się nie spieszy...

Autor: o(

Bohaterowie pozornie starają się uratować planetę, ale szczególnie im się nie spieszy, by wykonać misję. Jednym słowem: cała treść sprowadza się do mocno ogranego motywu walki dobra ze złem, w którą wplecione zostały nieukładające się w spójną całość osobiste rozterki postaci.

Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera – opis filmu

Postać Srebrnego Surfera pojawiła się pierwszy raz w czterdziestym ósmym numerze zeszytu Fantastic 4 autorstwa scenarzysty komiksów Stana Lee i rysownika Jacka Kirby'ego. Tytułowy bohater filmu to przedstawiciel obcej cywilizacji, który na usługach pożeracza planet Galactusa przemierza Wszechświat w poszukiwaniu nowej zdobyczy dla swego pana. Tym razem jego celem jest Ziemia. Zadanie nie będzie jednak łatwe, bo na swojej drodze spotka godnego siebie przeciwnika, którym jest znana nam już z poprzedniego filmu drużyna Fantastycznej Czwórki.

Czytaj także: Clerks: Sprzedawcy 2. Dużo cynizmu i farsa w najlepszym wydaniu

Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera stanowi kontynuację przeboju z 2005 r. Powracają znani bohaterowie, czyli: rozciągliwy Reed Richards – Mr. Fantastic (Ioan Gruffud), niewidzialna Sue Storm (Jessica Alba), ognisty Johnny Storm (Chris Evans) oraz Ben Grimm – Stwór (Michael Chiklis), nieoczekiwanym gościem okazuje się pokonany w poprzedniej części Dr Doom (Julian McMahon). Początek filmu stanowi obraz wybuchającej planety, z której resztek wyłania się srebrna kometa, obierając za swój nowy cel Ziemię. Po dotarciu na miejsce wywołuje niezwykłe anomalie pogodowe.

Czytaj także: Dwunastu gniewnych ludzi. Genialny Henry Fonda w dramacie sądowym

Tymczasem Susan Storm i Reed Richards przygotowują się do ślubu. I pewnie udałoby się im wstąpić w związek małżeński, gdyby nie wizyta kosmicznego przybysza, przerywająca ceremonię. W pościg za nim wyrusza Johnny Storm… W ten sposób Fantastyczna Czwórka wplątana zostaje w nową aferę, w której stawką jest istnienie planety.

Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera – recenzja filmu

Pobrzmiewa patosem, ale tak już bywa. Scenarzyści Don Payne i Mark Frost fundują nam klasycznie komiksową historyjkę – słabą treść nastawioną na dobrą stronę wizualną. Tyle że trywializm fabuły aż razi. Po przydługim wstępie otrzymujemy marne rozwinięcie i jeszcze gorszy finał. Brakuje zwrotów akcji, intrygi, zaskoczenia. Bohaterowie pozornie starają się uratować planetę, ale szczególnie im się nie spieszy, by wykonać misję. Jednym słowem: cała treść sprowadza się do mocno ogranego motywu walki dobra ze złem, w którą wplecione zostały nieukładające się w spójną całość osobiste rozterki postaci.

Czytaj także: BloodRayne. Reżyser przeniósł na ekran grę wideo i całkowicie ją zbezcześcił

Dialogi nie są wydumane, ale i nie bawią, zaś elementy moralizatorstwa tylko niepotrzebnie budzą zażenowanie. Reżyseria Tima Story'ego także nie powala. Komiks zrealizowany wedle typowego schematu, bez jakiejkolwiek inwencji. Niektóre sceny niewątpliwie są warte uwagi, choć to nie zasługa reżysera, ale specjalistów od efektów specjalnych. Respekt budzi scena pościgu Johnny'ego Storma za Surferem, olbrzymi krater w korycie Sekwany czy finałowy pojedynek Fantastycznych z Dr Doomem. Story starał się stworzyć coś lekkiego, zabawnego, gwarantującego relaks i ucieczkę od ponurej rzeczywistości. Niestety zabrakło weny, chęci i pracy…

Czytaj także: Dmuchawiec. Niespotykane zjawisko w amerykańskim kinie

Nawet czysto komercyjna produkcja nastawiona na dostarczenie widzowi rozrywki ma obecnie pewne standardy. Jednym z nich jest dynamika akcji, której w tym wypadku odczuwamy wyraźny deficyt. Komiksowe historyjki mają to do siebie, że opierają się przede wszystkim na obrazkach. I trzeba przyznać, że ekipa od special effects pod kierownictwem Mike Vezina się spisała. Efekty wizualne są naprawdę dobre. Problem w tym, że w zasadzie niczym nas one nie zaskakują. Wszystko, co podają nam technicy, jest już znane i oklepane, więc co ma zaprzeć dech w piersiach i wcisnąć widza w fotel?

Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera – czy warto obejrzeć?

Ponurej sytuacji nie ratuje zespół Fantastycznej Czwórki. Reed Richards – Ioan Gruffud, Sue Storm – Jessica Alba, Johnny Storm – Chris Evans i Ben Grimm – Michael Chiklis nie są ani zabawni, ani poważni. Są po prostu nijacy. Brak zaangażowania, brak polotu, a to nieodzowne w takim "tworze". Dialogi, które w założeniu miały śmieszyć, w ich wykonaniu brzmią drętwo. Właściwie jedyną postacią, która budzi prawdziwą sympatię widza, jest – paradoksalnie – Srebrny Surfer. Paradoks tkwi w tym, że nie bardzo wiadomo, kogo powinno się chwalić – Laurence Fishburne'a za użyczenie głosu, czy Douga Jonesa, który posłużył za wzór sylwetki?

Czytaj także: Jabłka Adama, czyli postmodernistyczne kino religijne

Prawdopodobnie, gdyby twórcy zdecydowali się powierzyć kosmicie nieco więcej uwagi, cała reszta mogłaby się schować w jego cieniu i grzecznie nam stamtąd pomachać. Dlatego też, kiedy w epilogu dowiadujemy się, że Surfer jednak przeżył konfrontację z Galactusem, oddychamy z ulgą… i to chyba jedyny taki w oddech w tym filmie. Krótko mówiąc, publiczność jest już przemęczona usilnymi próbami ratowania świata, które ciągle są takie same, tylko ubierane w inny kostium. Schematy się utarły, a bohaterowie przeżyli. Dajmy więc im chwilę wytchnienia, nim zdąży dopełnić się ich autodestrukcja… Ocena Fantastycznej Czwórki: Narodziny Srebrnego Surfera: 2

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.