Kapryśna chmura. Film pornograficzny zmieszany z musicalem

Data: 2021-11-10 14:04:53 Autor: Szymon Kostek

Po projekcji filmu Tsai Ming-Lianga czułem się dość nieswojo. Pojawiła się pewna oczywista myśl. Ale myśl ta okazuje się być bardzo niezwykła. Niezwykła ze względu na tę oczywistość właśnie: Każdy człowiek chyba najbardziej boi się tego, że nigdy nie uda mu się zaznać niczego innego poza bolesnym uczuciem własnej niepełności. Że nie będzie mu dane doświadczyć czegoś naprawdę niezwykłego. Stale nęka go przeświadczenie, że zmarnuje tę jedyną szansę, na którą pozwoliła mu łaskawość chimerycznego losu. Zbyt ogarnięty tą myślą może nie dostrzec właśnie, że to, czego tak wytrwale poszukuje, stoi już u jego boku i czeka w milczeniu. Zdaje mi się, że Kapryśna chmura jest tej myśli filmową transkrypcją.

Kapryśna chmura – opis filmu

Hsiao, były sprzedawca zegarków, pracuje obecnie jako aktor pornograficznych filmów. Chen, jego ukochana, pełni funkcję kustosza w pobliskim muzeum, z którego toalet podkrada wodę. Panuje bowiem wymęczająca susza i przeobfitość plonu arbuzów. Uwyraźnia się cielesność. Parność powietrza odczuwamy na własnej skórze. O fabule filmu trudno jednak powiedzieć cokolwiek konkretnego. Jego fabularność uległa zawieszeniu. Akcję wzięto w nawias. Zresztą tak naprawdę to nie o fabułę tu chodzi. Przez cały czas Kapryśnej chmury w zasadzie koncentrujemy się na tym, co rozgrywa się pomiędzy bohaterami – Hsiao i Chen. Na sposobie ich bycia-w-intymności. Stąd Tsai Ming-Liang skrajnie spowolnił narrację i ograniczył warstwę dialogową do minimum. Słowo nie posiada większej wagi, gdyż tworzy tylko mierżące nieporozumienia. 

Czytaj także: Nikt nie może się stawiać ponad tradycję. Recenzja filmu „Spencer”

Bohaterowie są w intymności, ale nie są w miłości, ponieważ brakuje im nie tylko odwagi, która do wzniecenia miłości jest niezbędna. Eros w ogóle wyszedł i się włóczy. Gdzie? Nie wiadomo. Hsiao i Chen są osieroceni, samotni i boją się pozostawania w tym stanie. W fascynacji pornografią, która galonami wylewa się z ekranu, manifestują własną niemoc i wspomnianą już wcześniej samotność. Dotykalnością wypełnia się apatyczność ich położenia. Chen pragnie zmniejszyć dystans. Przestrzeń, która rozpościera się między nią a Hsiao stała się dla niej nie do wytrzymania. Pożąda kontaktu. Hsiao odmawia jej jednak autentycznego spotkania, gdyż ma świadomość tego, że splecenie tego spotkania będzie równoznaczne z jego rozpadem. 

Czytaj także: Dom woskowych ciał. Horror klasy "B"

Bohaterowie uciekają w seks, a jego wszechobecność czyni go całkowicie bezsensownym. Uciekają więc w banał. W seks perwersyjny, który zamiast pocieszyć, tylko wzmaga lęki i frustracje, budzi poczucie nicości, a stąd – bezsilności. Miał ich zespolić, a dzieli – jak motyw ściany, natarczywie obecnej między nimi. Ich obsesja na punkcie seksu informuje nas o ich lęku przed tym, że umrą, zanim zakosztują życia. Bohaterowie nie potrafią zdobyć się na nic więcej. Bo przecież w świecie, wyzutym z miłości, panoszy się tylko jej zwodniczy i zwyrodniały substytut – perwersja. Co prawda, w Hsiao i w Chen rozpaliła się siła namiętności, ale cóż z tego, jeśli cierpią na niedowład uczuć, tępotę emocjonalną, którą intensyfikuje chłód korytarzy domu, w którym toczy się dramat. Bohaterowie stają się coraz bardziej sobie obcy. Szczęśliwość? Tak, ale fałszywa. Miłość, sprowadzona do fizjologicznego aktu.

Kapryśna chmura – recenzja filmu

Wątkiem przewodnim filmu jest więc pragnienie spełnienia, zespolenia dwóch światów niemal zupełnie do siebie nieprzystawalnych. Ścieżkę, która łączy oba światy, spowiła mgła. Bohaterowie znaleźli się na niej, lecz nie posiadają kompasu, który pozwoliłby im się odnaleźć. Są dla siebie wielkimi niewiadomymi. Błądzą, bo błądzić muszą i się nie spotkają, bo spotkać się nie mogą. A arbuzowi odebrano jego prymarną symboliczność i naznaczono go jej przeciwieństwem. Miał być symbolem płodności, a stał się symbolem nie-płodności i nieraz się o tym przekonamy. Hsiao i Chen otrzymali swoją szansę i najwyraźniej nie wykorzystali jej umiejętnie, stąd wybory, jakich dokonują, prowadzą w kierunku przeciwnym do tego, który zawiódłby ich w esencję życia. Sprawiają wrażenie, jak gdyby czuli, że esencja życia utraciła dla nich swoją osiągalność. 

Czytaj także: Shutter – Widmo. Sztampowy horror, który nie wnosi nic nowego

I tak Tsai Ming-Liang zaprasza nas do uczestnictwa w tej perwersji. Doświadczamy wewnętrznej pustki bohaterów, ich zmęczenia, ich rozpaczy, apatii, potu ich ciał. To doświadczenie nie należy do najprzyjemniejszych. Dopiero jednak scena finałowa wystawia wrażliwość widza na ciężką próbę. Zostajemy bowiem wrzuceni nieomal w gwałt, który trwa niespełna 10 minut. Dlaczego aż tyle? To zdaje się wyglądać trochę tak, jak w Artaudowskim teatrze – poprzez pogrążenie się w chorobie, uwalniamy się od jej działania. Mimo wszystko, na przekór wszelkim pozorom, podskórnie tli się tu jakiś mistycyzm. Kapryśna chmura, jeśli nie zawiera, to na pewno może zawierać w sobie coś z prawdziwego katharsis

Czytaj także: Ja wam pokażę! Komedia romantyczna, która nawet nie bawi...

Oryginalność filmu osadza się przede wszystkim w jego warstwie formalnej. Film pornograficzny wymieszany z musicalem. To rzadkość. W piosenkach niemal zahaczających o kicz bohaterowie ukazują nam swoje twarze bez masek, które muszą nakładać w czasie bywania w relacjach z innymi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że songi wskakują ni stąd, ni zowąd, co może wywoływać odczucie rezygnacji z reguły przyczynowości. Taki sąd mija się jednak z prawdą, ponieważ to w songach, jak w Brechtowskiej „Operze za trzy grosze”, umieszczono bezpośredni komentarz do scen, które właśnie nastąpiły.

Kapryśna chmura – czy warto obejrzeć?

Te niezwykłe intermedia, wbrew różnorakim mniemaniom, wcale nie rwą struktury narracyjnej filmu, lecz inteligentnie ją urozmaicając, potwierdzają niejako jej spójność. W filmie pojawiają się jednak liczne niedomówienia. Tajemniczość niektórych momentów pozostaje nieodgadniona. Nie dowiadujemy się przecież, co zawiera walizka Chen, której kamera poświęca aż tyle uwagi. Odtwórcy Hsiao (Kang-sheng Lee) i Chen (Shiang-chyi Chen) – stali współpracownicy Tsai Ming-Lianga - znów udźwignęli ciężar swoich ról. Ich gra, nad wyraz subtelna i konsekwentna, sprawia, że wierzymy w to, co dzieje się między nimi i szczerze im współczujemy.

Czytaj także: King Kong. Znana historia miłosna i satyra na przemysł filmowy w jednym

Pomimo tego, nieraz jednak uśmiechniemy się podczas seansu. Lecz ten śmiech jest śmiechem, pod którym gorzeje tylko smutek i, co gorsza, mamy tego smutku pełną świadomość. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Tsai Ming-Liang chwilami stara się powiedzieć nam o nas samych o wiele więcej, niż na to zasłużyliśmy. Ale czy słuszność rzeczywiście znajduje się po jego stronie? 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.