Są historie, których lepiej dalej nie opowiadać. Wywiad z Klaudią Paź

Data: 2022-05-06 08:41:32 Autor: Barbara Garczyńska
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Są historie, których lepiej dalej nie opowiadać. Wywiad z Klaudią Paź z kategorii Brak kategorii

– Pisanie książki zaczynam od dialogu. Jakkolwiek to nie brzmi, słucham głosów i spisuję to, co słyszę. Te „głosy" przychodzą do mnie bardzo często. Dlatego zawsze mam przy sobie coś do pisania – w najgorszym przypadku to notatnik w telefonie, ale nie lubię tej formy. Dialog otwierający jednoaktówkę z mojej sztuki Jak się kochamy w domu napisałam na paragonie w kawiarni – mówi Klaudia Paź, autorka książki Szanowny Panie... – zabawnej opowieści o grafomance, która najgłębiej wierzy w swój talent. A przecież wiara pozwala przenosić góry. 

Czy tak jak Laura, bohaterka powieści Szanowny Panie, marzyła Pani o wydaniu tej książki konkretnego dnia? Miała Pani swoje wyobrażenie spotkań autorskich i tego wszystkiego, co będzie działo się po premierze?

Nie. Moim celem było wydanie tej książki, ale nie miałam tak wygórowanych oczekiwań, jak chociażby konkretna data premiery. Chociaż… Czy rzeczywiście „wygórowanych”? Może tak należy żyć? Na własnych warunkach. I nie ograniczać się w marzeniach, nawet jeśli komuś zdają się absurdalne.

Napisała Pani tę powieść, by trochę odczarować całą tę otoczkę związaną z byciem autorką książki? Myśli Pani, że na świecie jest więcej osób podobnych do Laury, najgłębiej przekonanych, że ich powieści to wielkie dzieła?

Wiem, że jest ich dużo i, co ciekawe, części z nich nawet udaje się książkę wydać. A jeśli istnieje odbiorca, to nawet takie „dzieła” mają prawo bytu.

Ale nie pisałam mojej powieści z intencją odczarowania – przeciwnie. Bo pisanie to absolutnie magiczny proces, jeśli nie jest się wyrobnikiem, produkującym kolejne książki seryjnie. Oczywiście, tak też można, ale nie widzę w tym żadnej magii, raczej wklejanie słów w szablony. Jeśli piszesz naprawdę, z głębi, to wkraczasz na inny poziom, na poziom, powiedziałabym, metafizyczny.

A warsztat?

Należy mieć warsztat, oczywiście. Dzięki niemu można tym bardziej zatracić się w tej magii. To jak z jazdą na łyżwach: robi to wielu ludzi, ale wystarczy porównać swoją jazdę do jazdy figurowej, jaką można obejrzeć podczas igrzysk. Czasem, gdy patrzę na solistów, wzruszam się. Widzę ogrom pracy, technikę, precyzję, profesjonalizm, dzięki którym mogą się zatracić w muzyce, a „warsztat” daje im poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie podobnie jest z pisaniem.

A od czego Pani zaczyna?

Od dialogu. Jakkolwiek to nie brzmi, słucham głosów i spisuję to, co słyszę. Te „głosy" przychodzą do mnie bardzo często. Dlatego zawsze mam przy sobie coś do pisania – w najgorszym przypadku to notatnik w telefonie, ale nie lubię tej formy. Dialog otwierający jednoaktówkę z mojej sztuki „Jak się kochamy w domu” napisałam na paragonie w kawiarni.

Gdy mam już dialog albo monolog, wtedy zaczynam go obudowywać w scenę. Zastanawiam się, kto co mówi. Jak te osoby wyglądają, ile mają lat, kim są. I tworzę postać z najdrobniejszymi szczegółami – staram się dowiedzieć wszystkiego. Jaki ma znak zodiaku, co lubi jeść, czy się modli, a jeśli tak, to do kogo i o co, czy się czegoś boi, woli góry czy morze, jakie bajki oglądała w dzieciństwie. Postać nie odkryje nigdy 100% siebie, ale próbuję dowiedzieć się o niej wszystkiego. Gdy już mam postacie, to one tworzą pomysł i napełniają go swoją historią. Bo akcja jest napędzana przez bohaterów, nigdy na odwrót. Oczywiście, tak się często zdarza w książkach, ale moim zdaniem to okropne i warsztatowo, i czytelniczo.

Ile upłynęło czasu od pomysłu na powieść do postawienia ostatniej kropki i wydania jej?

Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Główny trzon powieści napisałam, gdy miałam 24 lata – dziś mam 28. Dość długo szukałam wydawcy, byłam też rozbita na inne projekty, prowadziłam wtedy portal internetowy. W końcu znalazł się wydawca, ale nie odpowiadały mi warunki, więc powiedziałam: „nie”. Aż trafiłam do wydawnictwa HarperCollins, gdzie przyjęła mnie osoba bardzo kompetentna i stwierdziłam, że chcę z nią współpracować. Dopracowałam powieść, poprawiłam niektóre fragmenty i dopisałam sporo stron.

Szanowny Panie… to Pani książkowy debiut – ale czy to pierwsza napisana przez Panią powieść?

Mam dwie skończone książki, ale nie chcę ich wydawać. Jak mawiał mój profesor, komentując większość naszych prac w szkole: „To dobre ćwiczenie”. Warto rozróżnić, co jest wprawką pisarską, a co już czymś więcej. I miarą nie jest tu objętość. 300 stron maszynopisu również bywa wprawką pisarską. W szufladzie natomiast czekają w kolejce moje dwie sztuki teatralne, które wprawkami nie są oraz ¾ nowej książki. Sztuki są dokończone, natomiast postaci z książki wciąż gadają i dopowiadają nowe wątki. Skończę dopiero wtedy, gdy zamilkną.

Gdy Laura pisała powieść, to swoim bohaterom przydzielała własne historie i przeżycia. Z Panią jest podobnie?

Nie, choć oczywiście jakaś część mnie jest w każdym z bohaterów. Na pewno dałam Laurze moje doświadczenia z gazetami – to frustrujące odbijanie się od ściany. „Nie, nie chcemy cię!” albo jeszcze gorzej: milczenie. Kiedyś jednemu magazynowi zaproponowałam cykl, w którym głównym motywem były obrazy znanych postimpresjonistów. W mailu zwrotnym przeczytałam, żebym może znalazła pracę w kawiarni jakiegoś muzeum i tam opowiadała gościom o obrazach. To zabawne w kontekście książkowym czy filmowym – taka scena jest świetna, ale gdy to się stało… Siedziałam przy stole w kuchni, zobaczyłam, że dostałam odpowiedź, ucieszyłam się… A potem otworzyłam maila, przeczytałam i powiedziałam: „No, kurwa”. I to akurat znajduje się w książce, bardzo podobna scena. Na szczęście te inspirująco-frustrujące doświadczenia mam za sobą. Teraz można mnie czytać w świetnym magazynie „Z kobiecej strony”. Polecam, szczególnie ludziom, którzy lubią się pośmiać.

Szukając podobieństw, mogłabym wskazać jeszcze prowadzenia pamiętnika. To też Laura dostała ode mnie. Piszę pamiętnik nieprzerwanie od 7 roku życia.

A jak to było z tytułem?

Szanowny Panie… to tytuł roboczy, ale spodobał się w wydawnictwie i nie było potrzeby go zmieniać. Myślałam o tytule Komedia romantyczna, by odczarować gatunek, który dorobił się, niestety, złej sławy w Polsce. A ja uważam, że to piękne: śmiać się i kochać. Choć rozumiem ten uraz. Zjesz pyszny rosół od babci i powiesz, że to cudowna, kojąca zupa. A potem przez całe życie dostajesz zupkę chińską, serwowaną jako „rosół” i im więcej jej jesz, tym szybciej zapominasz, że nie jest to prawdziwy smak rosołu. Zapytana potem, co sądzisz o tej zupie, wykrzywisz twarz w grymasie obrzydzenia.

Książka kończy się słowami „muszę Ci coś powiedzieć.” Dowiemy się, co było dalej?

Takie było założenie. Zaczęłam pisać drugą część, ale trochę boję się jej ze względu na to, że jako czytelniczka sama przeważnie byłam zawiedziona drugimi częściami. Są historie, których lepiej dalej nie opowiadać. Czy to jedna z nich? Jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że historie opowiada się po coś. Lubię bohaterów tej książki i chętnie więcej o nich napiszę, ale musi się to odbyć za obopólną zgodą: moją i ich.

Powieść Szanowny Panie... kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.