Transformers

Autor: o(
Okładka publicystyki dla Transformers z kategorii Brak kategorii

Jestem jednym z największych entuzjastów Transformersów™ od czasu, kiedy pojawiły się na rynku. (…) I nie mam tutaj na myśli kupowania zabawek dla dzieci. Mówię o kupowaniu komiksów i zabawek dla samego siebie. Bawiłem się nimi z dziećmi i byłem zachwycony. (…) Byłem ich kolekcjonerem i zawsze uważałem, że ta właśnie linia figurek akcji Hasbro ma szansę na przekształcenie się w duży film kinowy.  

- Steven Spielberg

Transformers - fenomen marki

Począwszy od roku 1984, kiedy to Hasbro, Inc. wprowadziło na rynek amerykański linię TRANSFORMERS, rewolucjonizując markę zaprojektowanych 20 lat wcześniej figurek akcji, za oceanem miał miejsce prawdziwy boom zainteresowania tą tematyką. Ofensywa trwała na wszystkich frontach: zabawki wspierały komiksy, na bazie których powstał serial i pełnometrażowy film animowany, którego premiera odbyła się w 1986 roku. Fenomen robotów - zabawek, potrafiących składać się w zwierzęta czy pojazdy, kilka lat później dotarł także do Polski - i tu zdobywając rzesze fanów w każdym wieku.

Transformers - jak z zabawki zrobić film?

Fabularna wersja TRANSFORMERS - z góry skazana na sukces złotodajna rybka, stanowiła łakomy kąsek dla producentów. Poza Spielbergiem m.in także Lorenzo di Bonaventura i jeden z szefów Hasbro Brian Goldner prowadzili rozmowy na temat możliwości przekształcenia marki Transformersów™ w film, zaś Tom DeSanto negocjował z Donem Murphy tworząc spółkę produkcyjną w nadziei stworzenia własnego projektu. Ostatecznie za sterami stanęła śmietanka Hollywood: Steven Spielberg, reżyser Michael Bay, di Bonaventura („Snajper”), DeSanto (seria „X-Men”), Murphy („Urodzeni mordercy”) i Ian Bryce („Szeregowiec Ryan”). Choć już same nazwiska robią wrażenie, niestety film nie oferuje tyle, ile moglibyśmy oczekiwać. I mam tu na myśli nie tylko prawdziwych fanów czy choćby osoby, którym znana jest tematyka komiksu, ale też zupełnie przypadkowego widza.

Transformers – o czym jest film

Jakakolwiek wiedza wstępna nie jest wymagana, bowiem scenariusz w niekoniecznie błyskotliwy sposób przedstawia nam wszystkich bohaterów i zarys dość nieskładnej historii. Oto postawiony zostaje przed nami Sam Witwicky (Shia LaBeouf) - przeciętny, wygadany, choć mało heroiczny nastolatek, który marzy o… samochodzie i klasowej piękności. Ojciec kupuje mu stare cacko, a już zjawia się panienka, a z nią kłopoty (skąd my to znamy!). Okazuje się bowiem, że Chevy Camaro z 1976 roku to supernowoczesny robot Bumblebee, przedstawiciel Autobotów, które przybyły na Ziemię, by przeszkodzić wrogim Decepticonom w przejęciu "Allsparku" - źródła życia, które - w niepowołanych rękach - doprowadzi planetę do zagłady. Dodać trzeba, że te trzy skrótowe zdania, stanowiąc właściwie kwintesencję całej fabuły, i tak na jej tle wypadają nader skomplikowanie.

Transformers - fabularne schematy

Scenarzyści Roberto Orci i Alex Kurtzman postawili na prostotę, ale przesadzili w doborze utartych i wysłużonych już środków. I tak, nieświadomy niczego chłopak plus dziadek - wielki odkrywca okrzyknięty wariatem - wywołują tylko lekko ironiczny uśmiech, walka złych robotów z dobrymi w sojuszu z amerykańską armią - zażenowanie, angaż znanych czarnoskórych komików niepotrzebnie psuje z nastroju, a groteskowy humor robotów wsparty niemal o epos tyczący się ich historii budzi politowanie… Cóż, szkoda że Orci i Kurtzman postawili na widownię w wieku powyżej 12 lat. Jeśli idzie o Michaela Baya (Wyspa), niewątpliwie, gniot finansowej katastrofy Wyspy cały czas ciąży mu na żołądku, co jednak nie usprawiedliwia wykorzystania tak ogranych i trywialnych sekwencji. Pierwowzór scenariusza Nowej Nadziei George'a Lucasa liczył jakieś dwie strony zawierające prostą, a jakże treściwą opowieść, pozostawiając nieograniczone możliwości interpretacji reżyserowi, które ten wykorzystał w genialny sposób. Tymczasem Bay podąża ścieżką słabej fabuły, w żaden sposób nie starając się dodać czegoś „od siebie".

Transformers - przaśny humor

Nie dość, że część elementów fabularnych jest zupełnie zbędna i niepotrzebnie tylko wydłuża film, to całość balansuje na krawędzi dobrego smaku jeśli chodzi o upakowanie w niej różnego rodzaju „rozśmieszaczy". Humor prezentowany przez roboty tak naprawdę wcale nie bawi, czyniąc z produkcji kino familijno-dziecięce. Tym, którzy znają serial, uwłacza dodatkowo sam sposób potraktowania Transformers, które w pierwowzorze były znacznie bardziej spersonifikowane i posiadały oryginalne osobowości. W produkcji Baya - nie licząc żenujących scen „humoru" - otrzymują zaledwie kilka kwestii do wypowiedzenia.

Transformers - megaprodukcja rozrywkowa

Ale dość rozwodzenia się nad miernie komiksowym stylem, TRANSFORMERS w końcu w założeniu to megaprodukcja rozrywkowa. I pod tym względem film się sprawdza. Przeszło dwie godziny siedzenia w fotelu mija błyskawicznie. Akcja jest dynamiczna, tempo szybkie, zdjęcia dobre. Sama chciałam zobaczyć przede wszystkim popis grafików komputerowych i ci nie zawiedli. Animatorom z Industrial Light and Magic udało się przekroczyć prawa fizyki i sprawić, by wysokie na 15 metrów roboty poruszały się w przestrzeni z gracją mistrzów sztuk walki. Sama konstrukcja Transformers budzi respekt, a wrażenie potęguje dobrze i szybko prowadzony obiektyw kamery, który nie pozwala na dłuższe przyglądanie się robotom, chroniąc tym samym ich niedoskonałości przed bystrym okiem widza. Momentami tempo akcji zwalnia, by oglądający mógł ocenić ogrom i wagę prezentowanych konstrukcji.

Transformers - aktorzy

W obsadzie możemy zobaczyć: wyżej już wspomnianego Shia LaBeouf'a jako Sama Witwicky, Megan Fox w roli jego znajomej Mikaeli, a także Josha Duhamela jako Kapitana Lennoxa, Rachael Taylor jako Maggie, Tyrese Gibsona jako Sierżanta Eppsa czy Jona Voighta jako Kellera, głosów Optimusowi i Megatronowi użyczyli kolejno: Peter Cullen oraz Hugo Weaving. Nie rozwodząc się, powiem krótko, że żaden z nich powalającej czy choćby zapadającej w pamięć kreacji, nie stworzył.

Transformers - czy warto zobaczyć?

Jeśli idzie o mnie: TRANSFORMERS zawiódł mnie zdecydowanie, bo i zupełnie czego innego oczekiwałam. Z jednej strony, znając dobrze serial - liczyłam na coś bardziej z półki SF, z drugiej zaś, zwiastuny sugerowały produkcję z zakresu katastroficznej fantastyki. Za totalne nieporozumienie uważam prolog, zespalający historię robotów z dziejami ludzkości czy filozoficzne wywody „co by było, gdyby"… Przecież wystarczyło bez większego wysiłku stworzyć bardzo przyzwoity scenariusz, bazujący na treści kreskówki… Czy gdyby Ridley Scott puszczał wodze fantazji nad pochodzeniem OBCYCH, przed Ósmym pasażerem Nostromo, doczekalibyśmy kontynuacji cyklu? Nie… bo po wstępie nikt nie czekałby już na kolejną część.

Ostateczna ocena: (za szacunek dla animatorów): 3

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Warto przeczytać