Tropiciel. Miejmy tylko nadzieję, że nie będzie drugiej części...

Autor: Monika Łata

Miejmy nadzieję, że twórcom nie przyjdzie do głowy nakręcenie drugiej części Tropiciela. Pierwszy film zwykle bywa najlepszy, więc w tym wypadku dwójki moglibyśmy nie przeżyć...

Tropiciel – opis filmu

Norweski Ofelas z 1987 r. wzbudził sensację. W rodzimym kraju udało mu się osiągnąć rekordowe wpływy – poprawił je dopiero Titanic, a Amerykańska Akademia Filmowa wyróżniła go nominacją do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Przeróbki Ofelasa podjął się Marcus Nispel, specjalista od reklam i teledysków, który debiutował nową wersją Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną.

Czytaj także: Jack Sparrow po raz kolejny w akcji!

Scenarzyści Laeta Kalogridis i Nils Gaup przenoszą akcję filmu z Laponii w dziewicze i niedostępne krajobrazy Ameryki Północnej. To tam na 600 lat przed Kolumbem dochodzi do starcia pomiędzy żądnymi krwi Wikingami, a rodzimą, indiańską ludnością. Nim jednak ma miejsce ostateczna konfrontacja naszym oczom ukazuje się prolog, w którym kilkanaście lat wcześniej, rozbija się u wybrzeży Ameryki wareski statek, a jedynym ocalałym pozostaje mały chłopiec.

Czytaj także: Niezwykle przejmujący film "Źródło"

Retrospekcja owa jest warta uwagi, gdyż stanowi unikatowe odstępstwo od mniej niż słabej fabuły, sprowadzającej się do krwawej i banalnej jatki pomiędzy okrutnymi Wikingami, a szlachetnymi czerwonoskórymi. Jeszcze bardziej rozbawia tutaj fakt, że tych ostatnich reprezentują zaledwie: tytułowy Tropiciel – Russell Means, jego córka – Moon Bloodgood oraz wspomniany wcześniej, dorosły już chłopiec, nazwany przez Indian Duchem – w roli Karl Urban, który dręczony omamami przeszłości staje po stronie dzikusów.

Tropiciel – recenzja filmu

Zgodnie z aspiracjami twórców fabuła Tropiciela (Pathfinder: Legend of the Ghost Warior) nawiązuje (a właściwie zaledwie się stara nawiązać) do filmowej legendy. Obecnie 45 mln $ budżetu nie daje wielkiego pola manewru. Przy takich środkach lepiej zastanowić się nad ambitniejszą treścią, niż puszczać wodze fantazji ku nieosiągalnym w realizacji, kosztownym efektom specjalnym, czy scenografii.

Czytaj także: Opowieść o tym, że historia nie dorównuje naszym marzeniom...

Trywialną i oczywistą treść starał się ratować reżyser. Marcus Nispel serwuje nam dynamiczne sceny walki. Tyle że owa dynamika nie sprowadza się do kunsztu sztuki wojennej, ale niezwykle brutalnej i krwawej jatki, w której dłonie, oczy i inne członki latają, niczym "latawce na wietrze", a krew tryska bez opamiętania. Taka porządna dawka okrucieństwa pobudza widza.

Czytaj także: Fabuła, którą widzieliśmy już setki razy, ale wciąż nas intryguje

Szkoda tylko, że to jedyny element będący w stanie absorbować naszą uwagę. Brak jest jakiejkolwiek taktyki, elementu zaskoczenia, a cała akcja zamknięta jest w ramy "przedpotopowego" schematu – nic nie jest w stanie nas zadziwić. Negatywne wrażenie potęguje fatalna scena finałowa, zupełnie pozbawiona klimatu, której oczywistość przebiegu i tandeta wykonania aż razi.

Tropiciel – obsada i realizacja

Niestety, tragicznej już sytuacji nie ratują aktorzy. Główny bohater – Karl Urban całkowicie pozbawiony jest charakteru. Tropiciel – Russell Means niewątpliwie jest ciekawszą postacią, ale nie wiele mamy go na ekranie. Zaś Moon Bloodgood gra poprawnie, lecz bez rewelacji. Nawet indiańskie plemię jest mało wiarygodne.

Atmosferę budują jedynie Wikingowie z wodzem Gunnarem – Clancy Brown, ukazani wprawdzie wyłącznie w roli rzeźników przynajmniej zapadają w pamięć. Chyba cały budżet został spożytkowany na efekty specjalne, scenografię oraz kostiumy, gdyż to jedyne elementy, które są godne uwagi. Na wzór 300 starano się utrzymać specyficzną kolorystykę. Niestety nie ogarnia ona jednak całego dzieła.

Czytaj także: Film "300" to przyszłość kina!

Respekt budzą sceny batalistyczne. Chordy trupów wypełniające ekran czy skrajny naturalizm odcinanych rąk, nóg czy głów. To robi wrażenie. Potęguje je także charakteryzacja samych Wikingów, ich pełne kunsztu kostiumy, które w pełni ukazują majestat i siłę najeźdźcy. Na pewno budzą oni grozę. Całkowicie nietrafiony jest jednak dobór krajobrazów. Przeskoki ze słonecznego wybrzeża, poprzez las, do pokrytych śniegiem gór męczą i żenują.

Ogólny obraz zdjęć polegnie w scenie finałowej, kiedy to widok spadającej lawiny naprawdę może dobić i tak już rozgoryczonego widza. Paradoksalnie (choć w tym filmie to nie dziwi) całość kończy epilog, który zupełnie nie pasuje do niczego. W teorii miał być chyba uwieńczeniem legendy. Problem w tym, że próżno owej tam szukać.

Tropiciel – czy warto obejrzeć?

Miejmy nadzieję, że twórcom nie przyjdzie do głowy nakręcenie drugiej części Tropiciela. Pierwszy film zwykle bywa najlepszy, więc w tym wypadku dwójki moglibyśmy nie przeżyć... Ogólna ocena - 3-

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.