Rok 1963. Stojąca u progu dorosłości Olimpia zaczyna mierzyć się z powojennymi traumami oraz skrywanymi przez bliskich sekretami. Wychowana w biedzie i atmosferze niedomówień przez schorowaną matkę i skrytą ciotkę, stara się odkryć swoją niejasną tożsamość. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie jej szkolna koleżanka, złudne poczucie bezpieczeństwa w poniemieckim mieście znika na zawsze.
Doświadczone życiowo kobiety postanawiają opuścić miasto i zamieszkać w opuszczonym domu w Leśnych Pąkach, z dala od podejrzliwych spojrzeń i krzywdzących szeptów starych kobiet. Po maturze Olimpia podejmuje pracę w PGR-ze, gdzie odkrywa zarówno blaski, jak i cienie socjalistycznego ładu pracy oraz głęboko zakorzenione nierówności społeczne. Za zarobione pieniądze planuje wyjazd do Poznania, by zapewnić matce - posądzanej o opętanie - odpowiednie leczenie. Niespodziewanie staje przed wyborami, które na zawsze odmienią jej zatroskane serce.

Cudze oddechy Pawła J. Sochackiego to dojrzała i błyskotliwa opowieść o dziedziczeniu nastrojów, przedmiotów i ziemi, która skrywa w sobie niejednoznaczną przeszłość. Nostalgia splata się tu z realizmem PRL-owskiej prowincji, odsłaniając jej surowe piękno, budząc grozę i uśpioną namiętność. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Cudze oddechy. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Rozdział 2
Cuda i dramaty
Erna także miała wrażenie, że ich mieszkanie upodobały sobie zjawy, duchy i inne upiory. Po wojennych przejściach, brzemienna i obciążona ciężarem wspomnień, szukała bezpiecznego schronienia. Los poprowadził ją tak, że zaczęła wierzyć w cuda. Tym cudem okazało się schronienie u Stefanii, poznanej jeszcze w czasie wojny. Obie trafiły do Obrawalde, gdzie pracowały w Prowincjonalnym Zakładzie dla Obłąkanych. Tam stały się świadkami przerażającej masowej zbrodni dokonanej na najbardziej bezbronnych i wrażliwych pacjentach. Wówczas nie zdawały sobie sprawy ze skali tej tragedii.
W mieszkaniu Stefanii było ciasno, biednie i bardzo niepewnie. Starały się nie wracać do przeszłości, nie mówić o tym, co je spotkało. Były wśród nielicznych, którym udało się przejść przez wojnę o własnych siłach. Widziały rzeczy, których wcześniej nie potrafiłyby sobie nawet wyobrazić, okrucieństwo, jakie ludzie są w stanie wyrządzić innym ludziom. Unikały rozmów o tym, świadomie, bez żądania wyjaśnień. Żyły z tym jak z ogromnym głazem zawieszonym na szyi, który przytłaczał, uciskał klatkę piersiową i utrzymywał ciało w stałym lęku.
Najciężej było o zmroku. Wtedy Erna miała wrażenie, że widma przeszłości znowu ją nachodzą.
Czuła, że żal bywa gorszy od nienawiści. Rozżalone serca i umysły kotłują się w istotach, pozostając przy duszach nawet wtedy, gdy odchodzą do nieba. Nienawiść rozlicza się w piekle, żal zostaje z nimi w niebie. Wielu skazanych na śmierć, zagłodzonych, wycieńczonych, przedwcześnie pozbawionych życia mogło być zazdrosnych, mieć żal, że to właśnie Ernie udało się ujść z piekła cało. Nie raz otarła się o śmierć. A czasem, będąc wśród żywych, czuła, że od dawna jest martwa.
Uciekała więc w modlitwę, jedyne lekarstwo na gniewne, błąkające się po mieszkaniu upiory. Tylko to mogła zrobić. Ona sama również żałowała wielu momentów, spotkań i zdarzeń, w które wpychał ją los. Musiała jednak żyć dalej. Pracować, by odbudować swój świat i odnaleźć się w nowym, wciąż obcym kraju, którego za wszelką cenę pragnęła stać się częścią.
Była też matką. Od teraz musiała żyć, pracować i znosić trudy codzienności za dwie.
– To nigdy nie była nasza wojna. Nie my ją rozpętałyśmy, tylko musiałyśmy w niej tkwić, żeby przeżyć. A wszystko, co teraz wiemy, tylko nas wzmocni – powtarzała Stefania, widząc przytłoczoną ciężarem myśli Ernę. Jej słowa brzmiały nawet mądrze. Pozwalały choć na krótką chwilę odpuścić, dać sobie oddech i ukojenie rozdygotanych nerwów.
Erna nie odpowiadała. Czuła wdzięczność, że w tym mieście biedy, strachu i smutku odnalazła znajomą, która ją przygarnęła. Trzymała się za mocno napięty, spory brzuch, który skrywał jej ostatnią nadzieję. Była sama, zagubiona, głodna i wycieńczona. Gdy nie widać żadnych perspektyw, żadnych pomyślnych wiatrów ani choćby bladego prześwitu słońca na ołowianym niebie, życie traci sens. Erna doświadczyła tego wielokrotnie. Ale instynkt przetrwania i potrzeba ocalenia dziecka były silniejsze.
– Jedz, jedz, bo wyglądasz jak ta wychudzona gęsina na targu. Ludzie to się nawet kłócą, żeby ją dostać. Łykaj powoli, żebyś się nie zadławiła – zagadywała Stefania, usiłując żartować w okolicznościach, które nie dawały powodu do śmiechu.
Erna zapamiętała ten pierwszy posiłek na zawsze. Ciepły, suchy placek ugnieciony z mąki i wody, upieczony na żeliwnej płycie, przybrudzony sadzą, kurzem i pyłem. Pokrywały go czarne i brązowe przebarwienia. Smakował letnim dniem, wolnością, beztroską na wsi i prostotą. Na wyszczerbionym talerzu znalazła się też porcja smażonej na smalcu cebuli. Erna nigdy nie jadła nic lepszego. Ostry zapach szybko przypisała do woni, jaka zawsze towarzyszyła Stefanii. Złote kosmki przypieczonej cebuli błyszczały w świetle niczym glazura cukiernicza lub lukier na cieście. Jadła w ciszy i z przejęciem, nie robiąc nawet przerwy na oddech. Była szczęśliwa w najbardziej nieszczęśliwym momencie życia. Nie potrafiła jeszcze wyrazić wdzięczności.
– Jedz, kochana, to cię wzmocni, postawi na nogi. Teraz musisz tylko odpoczywać i jeść. Dla siebie i dla dziecka. Jakoś to będzie mówiła łagodnie Stefania, dokładając drewno do piecyka. Obie potrzebowały ciepła. Zima nie dawała o sobie zapomnieć i niczym niechciane wspomnienia wracała z paraliżującym chłodem, zwłaszcza o świcie i zmroku.
– Bardzo ci dziękuję – tylko tyle była w stanie powiedzieć. Tylko tyle mogła. Języki nadal jej się myliły. Polski i niemiecki, niemiecki i polski. Wciąż tkwiła w kulturowym potrzasku. Rozumiała Stefanię, ale w myślach zdarzało się jej odpowiadać po niemiecku. Nie miała sumienia ani odwagi wypowiadać na głos słów, których nie potrafiła przetłumaczyć. – Dziękuję, że mnie ocaliłaś – tych była jednak pewna i wymówiła je z otwartością i przekonaniem.
Stefania nigdy nie czuła, że to ona uratowała Ernę. Uważała, że ocalenie przyszło samo, może sprowadzone przez jakąś tajemniczą zjawę, która czuwała nad niepewnym losem kobiety i poprowadziła ją właśnie do niej. Podejrzewała, że ta zjawa kierowała biegiem wydarzeń, niepostrzeżenie splatając ich ścieżki.
Erna opuściła bramy szpitala, do którego trafiła najpierw jako pacjentka, a potem przymusowo pracowała. Błąkała się po mieście przez trzy dni, wyczerpana i zdeterminowana, by uciec z tego miejsca, siedliska cierpienia i zła. Wolała być popychana i przepędzana jak bezdomna, niż pozwolić, by jej dziecko przyszło na świat w tych murach. Miasto było obce, nieprzyjazne, niebezpieczne dla samotnej i ciężarnej kobiety.
Skradała się między ruinami starych kamienic, wśród zniszczonych domów. Na wielu drzwiach, które próbowała otworzyć, widniały plomby nakładane przez Waffen-SS, mające zabezpieczyć mienie ewakuowanej ludności niemieckiej. Żołnierze mieli obowiązek dawać pozory kontroli, zapewnienia, że Rzesza nad wszystkim panuje, a ci, którzy wyjechali, wrócą w nieokreślonej przyszłości. Ale nadejście sowieckich żołnierzy zburzyło te iluzje. Niemcy, jej naród, musiał zapłacić za przyzwolenie na zło, za ciche pielęgnowanie go.
Szukała schronienia, pożywienia, jakiejkolwiek pomocy, lecz nikt nie zwracał na nią uwagi. Jej potrzeby były zaledwie kroplą w oceanie utrapienia, strachu i biedy, jaki pozostawiła po sobie wojna.
Pierwszego dnia starała się wejść jak najgłębiej w miasto. Liczyła, że ktoś ją rozpozna, wskaże drogę, powie, gdzie się udać. Gdy opuchnięte, obolałe nogi odmówiły jej posłuszeństwa, zasnęła skulona na schodach jednej z kamienic. O świcie została przepędzona przez mieszkańców, którzy – w obawie, że może chcieć zająć ich pokój – szybko się jej pozbyli.
W jednej z bocznych uliczek leżało ciało żołnierza. Erna krzyknęła ze strachu, ale jakaś siła pchała ją, by podejść bliżej. Głód był nie do zniesienia. W akcie desperacji przeszukała mu kieszenie, starając się za wszelką cenę nie patrzeć na twarz trupa.
Znalazła coś. Kawałek czerstwego chleba był niczym cud. Pomodliła się za nieznajomego i ze łzami w oczach zjadła suche pieczywo. Kolejne godziny przynosiły jeszcze więcej strachu, wycieńczenia i bólu. Odgłosy strzałów, krzyki i huki nie pozwalały jej zasnąć. Wtedy po raz pierwszy tak dobitnie poczuła, jak źle jest na świecie. I że koniec wojny nie oznacza początku pokoju.
Gdy zaczęło świtać, wciąż się błąkała. Aż w pewnym momencie ciemność zalała jej oczy, kolana się ugięły, a świadomość odpłynęła niespodziewanie, jak młodość pod warstwą zmarszczek codzienności.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Cudze oddechy. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
