Fantasy bez złudzeń. Wywiad z Januszem Stankiewiczem

Data: 2024-02-07 13:31:11 | artykuł sponsorowany Autor: Danuta Awolusi
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Fantasy bez złudzeń. Wywiad z Januszem Stankiewiczem z kategorii Brak kategorii

– Wyrosłem na Tolkienie i z dumą przyznaję, że jestem jego wielkim psychofanem, ale zarówno styl Profesora, jak i to, co dla niego było najważniejsze, nie przemawia już do współczesnego czytelnika, wychowanego na Sapkowskim, Abercrombiem czy nawet Tarantino. Nie przemawia także już i do mnie, opowieść Tolkiena o szlachetnym świecie, starciu dobra ze złem, jasnym podziale na to, co pozytywne i to, co nikczemne – to historia nostalgiczna i chyba na inne czasy. My teraz pływamy w odcieniach szarości, cynizmie, grze pod siebie. W tym sensie postać Goratha może być mimo wszystko tym „ostatnim Mohikaninem”, gdyż mój półork wciąż nosi w sobie przekonanie, co jest przyzwoite, właściwe, wie też, jakie zachowania go mierżą – mówi Janusz Stankiewicz, autor powieści Gorath. Uderz pierwszy oraz Gorath. Krawędź otchłani

Gorath, bohater Twoich powieści, mówi: Zawsze miałem talent do przemocy. Jednak nie tak łatwo go ocenić, prawda? To złożona postać, która wzbudza w czytelniku różne emocje.

To prawda (śmiech).

Tworząc Goratha, myślałem o ludziach, którzy są dobrzy w tym, czego tak naprawdę nie lubią. Posiedli pewne umiejętności i siłą rzeczy korzystają z nich, a mimo wszystko nie potrafią pozbyć się podskórnego przekonania, że to, co robią, stawia ich po niewłaściwej stronie.

Przykładem bliskim Goratha byliby weterani, doświadczeni żołnierze wyszkoleni do walki, zbierający oferty na swoje usługi i działający na przykład w ochronie dyktatorów, gangsterów czy szemranych biznesmenów. Ale także prawnicy wygrywający dla przestępców procesy, pomagający uniknąć odpowiedzialności. Doradcy podatkowi, zarabiający solidne pieniądze na pomaganiu bogaczom w unikaniu opodatkowania.

Znałem w swoim życiu sporo osób, które miały świadomość, że ich działalność jest nie do końca etyczna, ba – miały z tego powodu wyrzuty sumienia, ale niczego innego nie potrafiły robić. Tak jak w przypadku Goratha – być może ich wewnętrzne napięcie i pewna niezgoda jest nawet szlachetna, ale z perspektywy ofiar stoją zdecydowanie po ciemnej stronie mocy.

Gorath jest trochę właśnie o tym, o próbie zejścia z tej ścieżki, znalezienia sobie nowego sposobu na życie. W powieści Uderz pierwszy Gorath czuje, że jest u progu zmiany, musi „tylko” wyrwać się na swą upragnioną wolność. W Krawędzi Otchłani okazuje się, że nic nie jest takie proste, a odpowiedzi na pytanie, kim chce lub może być, musi szukać w sobie.

Stworzyłeś swoje pierwsze uniwersum. Bardzo spójne, imponujące. Są w nim ludzie, elfy, orki. Podział na rasy, które żyją obok siebie. Co spaja to społeczeństwo, a co je dzieli? 

Tworząc świat, Goratha, korzystałem oczywiście ze znanych z literatury fantastycznej lub szerzej: z popkultury klisz. Chciałem z jednej strony dać czytelnikom coś znajomego, świat, w którym mogą – jeśli znają trochę ten gatunek – bezpiecznie zakotwiczyć, a jednocześnie dodać mu trochę świeżości, czegoś nowego.

Pomysł na „złe imperium” to klasyk dark fantasy. Tu prochu nie wymyśliłem, ale zawsze lubiłem orków, uważałem ich za „rasę” odrobinę niewykorzystaną w kanonie fantasy, zatem zrobiłem z nich władców świata. O ich imperium myślałem trochę jak o sytuacji, w której Mongołowie Czyngis-Chana jednak podbijają średniowieczną Europę i narzucają swoje porządki.

Świat Goratha to rzeczywistość kilkaset lat po takim podboju, a jeśli pytasz, co spaja te społeczeństwa, będzie to właśnie orkowa opresja.

Miasteczko Savona – główną arenę działań w pierwszym tomie, ale także większe Pharos tworzyłem, myśląc o klimatach francuskiej Marsylii – wieloetnicznej i wielokulturowej, czasem niespokojnej, ale jednak w miarę dobrze funkcjonującej.

I właśnie orków upodobałeś sobie najbardziej? Ja chyba zawsze skłaniam się ku elfom.

Ja chyba wolę tych najzwyczajniejszych, wszechobecnych mieszańców: półorków i półelfów. Nie będąc do końca członkami żadnej ze społeczności z ich tradycjami, przeszłością, resentymentem po upadku i przegranych wojnach, po prostu chcą przeżyć, znaleźć sobie miejsce, tworząc nową dynamikę społeczną, własne zasady.

Zarówno elfami, jak i orkami odrobinę się pobawiłem, tym pierwszym dokładając dość wyraźny rys szowinistyczny, a nawet rasistowski, orkowie z kolei, jak wiesz z Krawędzi Otchłani odebrali co swoje, z pariasów i rasy lub też nawet klasy społecznej powszechnie pogardzanej i dyskryminowanej wyrośli na nowych władców świata. Nie lepszych niż poprzedni, jak to w życiu bywa (śmiech).

Być może niektórym przyjdzie na myśl Tolkien, ale jednak klimat Twojej powieści daleki jest od Śródziemia?

Oj, tak. Ja wprawdzie wyrosłem na Tolkienie i z dumą przyznaję, że jestem jego totalnym psychofanem, a jednak czułem, że zarówno styl Profesora, jak i to, co dla niego było najważniejsze, nie przemawia już do końca do współczesnego czytelnika, wychowanego choćby na Sapkowskim, Abercrombiem czy nawet Tarantino.

Nie przemawia także już i do mnie, opowieść Tolkiena o szlachetnym świecie, starciu dobra ze złem, jasnym podziale na to, co pozytywne i to, co nikczemne – to historia nostalgiczna i chyba na inne czasy. My teraz pływamy w odcieniach szarości, cynizmie, grze pod siebie. W tym sensie postać Goratha może być mimo wszystko tym „ostatnim Mohikaninem”, gdyż mój półork wciąż nosi w sobie przekonanie, co jest przyzwoite, właściwe, a jakie zachowania go mierżą.

Ale nie zapominam także, że to dzięki wyobraźni mistrza Tolkiena mogę teraz pisać o elfach, krasnoludach czy orkach, nawet jeśli ci moi orkowie są mocno inni.

Gorath jest półorkiem. To pochodzenie jes dla niego ułatwieniem czy jednak utrudnieniem?

Być półorkiem oznacza, że nie jest się członkiem żadnej tradycyjnej społeczności. Ani koczowniczych lub wojskowych społeczności orków, ani zastałych społeczeństw ludzkich. Takich jak on jest wielu i tworzą niemal nową grupę społeczną – z jednej strony wolni od obciążeń, zwyczajów i powinności, które mogą ciągnąć się za bardziej tradycyjnymi społeczeństwami, z drugiej – wciąż bez wyraźnego miejsca dla siebie.

Mogą być „miejskim motłochem” lub prekariatem, ale także panami swego losu, z czego korzystają choćby kobiety, w społeczeństwach orków sprowadzane do ról podrzędnych, w których są bardziej „samicami” niż „kobietami”. Tymczasem panie-półorki mogą być, kim chcą.

No i dochodzi do tego też element agresywnej, czasem zwierzęcej, tej skłonnej do przemocy natury – Gorath łatwo wpada w gniew, a do rozbicia komuś głowy także nie trzeba go długo namawiać. Potem ta rozsądniejsza, „ludzka” część jego osobowości może mieć nawet wyrzuty sumienia lub po prostu żałować głupiego wybuchu złości, ale jest tym, kim jest i musi sobie z tym poradzić.

Radzisz sobie z warsztatem pisarskim nie gorzej niż Gorath z mieczem. Czyli świetnie – to moje zdanie. Jednak z napisaniem pierwszej powieści czekałeś bardzo długo. A może wcześniej były już jakieś próby?

Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy. Nigdy nie bałem się, że nie będę potrafił stworzyć interesujących bohaterów, świata czy historii. To, czego się obawiałem, to umiejętność składania słów i zdań, czy moje pisanie będzie na jakimkolwiek sensownym poziomie. I mimo, że uważam, że jeszcze sporo przede mną w kwestii sprawności posługiwania się językiem polskim – znam autorów, którzy mają w tym nie tylko czarny pas, ale i parę kolejnych – cieszę się, że piszę w sposób pozwalający bezproblemowo i bez stylistycznych zgrzytów wejść w moje historie.

Wciąż w recenzjach najbardziej dumny jestem właśnie, gdy czytelnicy chwalą mój styl i język, bo są to elementy, w których czuję się najmniej pewnie i które stale próbuję poprawiać. Co, niestety, skutkuje tym, że piszę dość wolno. Chciałbym szybciej, ale nie potrafię (śmiech).

Odpowiadając na Twoje pytanie: od zawsze chodziły mi po głowie różne historie, ale też zawsze blokowało mnie przekonanie, że nie będę potrafił pisać. No i napisanie powieści to jednak spore przedsięwzięcie. W pewnym momencie, jak przy maratonie, idzie się do przodu krok po kroku, a finał wciąż jeszcze jest daleko za horyzontem. To także mnie wstrzymywało, bo wcześniej nie byłem, delikatnie mówiąc, znany z realizacji długotrwałych projektów. Krótko mówiąc, podejmowałem się tylko czynności gwarantujących możliwie szybkie rezultaty.

Patrząc wstecz, być może żałuję, że nie wziąłem się za pisarstwo choćby dziesięć lat wcześniej, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Książki 35-letniego Janusza Stankiewicza byłyby z pewnością inne; być może odważniejsze, bardziej błyskotliwe, może bardziej zwariowane? Ale też moi bohaterowie nie mieliby tego, co przyszło do mnie wraz z dojrzałością.

Czy byłyby lepsze? Nie wiem, ale nie łamię sobie nad tym głowy, cieszę się z tego, co mam i robię właśnie teraz. Chociaż każdemu, kto myśli o pisaniu, podpowiadam, by nie czekać, tylko brać się za swoją pasję, odkryć, czy rzeczywiście to jest to.

Czytelnicy fantasy mają swoje oczekiwania. Dla mnie Twoja książka to powieść awanturnicza, pełna przygód, zwrotów akcji, ale też, oczywiście, magii. No i jest smok! A jak ją przyporządkować do podziałów, jakie panują w gatunku? Masz na ten temat jakieś przemyślenia?

To pytanie, na które często próbuję odpowiedzieć, spotykając czytelników na targach lub konwentach. Nie jestem wielkim fanem twardych podziałów w fantastyce typu high fantasy, heroic fantasy itp. Najbliżej Goratha jest prawdopodobnie tzw. dark fantasy, przy czym od razu zaznaczam – ten termin może zarówno odnosić się do fantasy z elementami horroru (nie Gorath), jak i do fantasy o po prostu mroczniejszym, mniej radosnym, przygodowym zabarwieniu, odrobinę bardziej cyniczne, bez złudzeń. (Gorath)

Ale dotknęłaś tu bardzo ważnego tematu: oczekiwań czytelników. Moim zdaniem bardzo ważne jest, by książka jednocześnie spełniała obietnicę, jaką składa czytelnikowi ale i potrafiła delikatnie zaskoczyć. Jestem wciąż na początku swojej drogi pisarskiej, cały czas się uczę i próbuję rozwijać, więc daleko mi jeszcze do pełnienia roli jakiegokolwiek autorytetu, ale jeśli początkujący bądź przyszli autorzy pytają mnie o radę, mówię, że sprostanie oczekiwaniom czytelników jest jednym z najważniejszych zadań pisarza. Nie może być tak, że na przykład powieść obiecująca romans okazuje się być tak naprawdę horrorem, w takiej sytuacji czytelnik może mieć prawo czuć się zawiedzionym.

Musimy starać się złożyć czytelnikom ciekawe obietnice, a potem je spełnić. Wtedy jest dobra rozrywka.

Tom pod tytułem Uderz pierwszy pozwala nam poznać Goratha i jego rozterki. Co zmieniło się w Tobie, jako pisarzu, gdy zasiadłeś do pisania tomu drugiego? Jak wówczas patrzyłeś na swojego bohatera?

Przede wszystkim, pisząc tom drugi, Krawędź Otchłani, czułem się dużo pewniej pisarsko. Wiedziałem już, że potrafię napisać książkę, miałem też już wtedy wydawcę, zatem wiedziałem, że powieść na pewno się ukaże. To duży komfort, którego debiutanci najczęściej są pozbawieni.

Co do samej postaci tytułowego bohatera, wiedziałem, że musi on pójść do przodu, rozwinąć się, przejść tę słynną przemianę bohatera, ale miałem na to pomysł.

W Krawędzi Otchłani Gorath próbuje zacząć od nowa. Ale początki nigdy nie są łatwe, prawda? Gorath ma w ogóle szansę na to, by żyć, jak przeciętny półork?

W powieści Uderz pierwszy Gorath próbował wyrwać się z trudnej sytuacji, w której się znalazł, wywalczyć sobie upragnioną wolność. W Krawędzi Otchłani zderza się z twardą rzeczywistością, musi spróbować zastanowić się nad sobą, znaleźć właściwą drogę, co nie jest łatwe.

Żyć jak przeciętny półork? Nie w jego przypadku. Z uwagi na swą przeszłość nie jest zwyczajnym półorkiem, anonimowym obywatelem świata, a przez wydarzenia, w które się wplątał, nie ma szans zaznać upragnionego spokoju. Zresztą, spokój jest przereklamowany. Gorath zanudziłby się na śmierć, wiodąc zwyczajne życie.

Razem z Gorathem wskakujemy na statek. Lubisz opowieści o piratach? Trzeba przyznać, że akcja na statku ma swój niezwykły klimat.

Lubię! W piratach fascynuje mnie ich poczucie wolności, stojące w dużym kontraście do losów marynarzy w hiszpańskiej, ale przede wszystkim w brytyjskiej flocie wojennej czy handlowej.

Nie zapominajmy jednak, że piraci to jednak bandyci – i to bezwzględni, co starałem się oddać w swojej powieści. Czarny Żniwiarz, piracki kapitan, może z początku wydawać się „fajny”, taki rubaszny, ale im lepiej go poznajemy, tym bardziej okazuje się czystym złem. Jest też swego rodzaju lustrem, które stawiam przed Gorathem i półork zaczyna zdawać sobie sprawę, że od zostania kimś pokroju Żniwiarza dzieli go raptem kilka decyzji. Sam Żniwiarz zresztą stara się udowodnić, że Gorath jest taki sam jak on, próbuje ostatecznie pociągnąć go w mrok.

W drugiej części pozwalasz nam lepiej poznać innych bohaterów – Marr, jedną z Władczyń, a także elfa Evelona. Wszystkie trzy postaci są charakterne i wyraziste. Której kibicujesz najmocniej?

To bardzo trudne pytanie, trochę z  rodzaju: które ze swoich dzieci kochasz najbardziej (śmiech).

Podoba mi się, jak wyszli mi moi bohaterowie. Po drugim tomie dostaję wiele wiadomości od czytelników, że Kathana Marr stała się ich ulubioną postacią. Cieszy mnie to, bo spotkałem się kiedyś z poglądem, że mężczyźni nie potrafią pisać dobrych postaci kobiecych. To oczywista bzdura, ale fajnie, że mi się Marr tak udała.

Kibicuję im wszystkim, oczywiście, choć mam precyzyjny plan, co z nimi będzie – w trzecim tomie wszystko się wyjaśni.

Marr to Orkini Królewskiej Krwi. Płeć żeńska. Nie ma łatwo, jako jedyna zasiada w radzie. Czy uważasz, że żeńskie bohaterki w fantastyce ogólnie mają pod górkę?

W fantastyce chyba nie, jest przecież mnóstwo książek z bohaterkami rozstawiającymi wszystkich po kątach, wygrywającymi wszystkie bitwy, najmądrzejszymi, najsilniejszymi i, oczywiście, najpiękniejszymi (śmiech).

W moim świecie, przypominającym odrobinę średniowiecze lub renesans, kobiety mają jednak łatwiej, ponieważ nie było instytucji, jak choćby kościół rzymskokatolicki, spychających je do podrzędnych ról.

Ale to w społeczeństwach ludzi, elfów, krasnoludów czy mieszańców – takich jak półorki. Sama kultura orków przypomina miejscami muzułmanów, a miejscami Mongołów – w obu tych kulturach kobiety nie mogły grać pierwszych skrzypiec. Marr należy do rasy Władców – orków o specjalnych możliwościach, uważanych za wybrańców bogów, zatem zasady orkowych siczy nie dotyczą jej, jak i innych Władczyń. A jednak z pewnością miała trudniejszą drogę – być może dopiero ją wyznacza dla kolejnych Władczyń?

Jako urodzona z rasy Władców, została przyjęta do gry i jest pełnoprawną rywalką, a jednak pewne uprzedzenia pozostają. Ona zdaje sobie z tego sprawę, ale traktuje to jako wyzwanie. To twarda babka.

Bawiłam się doskonale przy tych dwóch tomach. Zdradzisz, czego spodziewać się w trzeciej odsłonie?

Dziękuję. Po to właśnie moje książki piszę – by czytelnicy dobrze się przy nich bawili. Moją ambicją jest, by ludzie, zastanawiając się, jak spędzić tę godzinę-dwie swojego własnego wolnego czasu, którego przecież nikt z nas nie ma wiele, równie chętnie jak po serial lub grę wideo sięgali po książkę. I nie żałowali.

Co w trzecim tomie? Oczywiście – smoki! I wielkie starcie dwóch cywilizacji. Oraz, oczywiście, konfrontacja Kathany Marr, Magistra Evelona i Goratha. Kto z nich odnajdzie właściwą drogę? Zobaczymy, gdy już powieść będzie gotowa. Jeszcze w tym roku.

-> Audiobook Gorath. Krawędź otchłani kupicie w Legimi!

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.