Największym skarbem jest opowieść. Wywiad z Przemysławem Kaweckim

Data: 2026-07-21 15:03:21 Autor: Danuta Awolusi
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Największym skarbem jest opowieść. Wywiad z Przemysławem Kaweckim z kategorii Wywiad

– Czy wiesz, co Cię ukształtowało? – pyta Przemysław Kawecki, przekonując, że Wilcze sekrety nie są przede wszystkim opowieścią o ukrytych skarbach, tajemnicach czy wojennych zagadkach. To historia o pamięci miejsc, korzeniach i Mazurach, gdzie – jak mówi autor – lasy, jeziora i wzgórza są czymś więcej niż tylko piękną dekoracją.

Mazury w tej powieści są pełne śladów, opuszczonych miejsc i historii, które czekają na odkrycie. Co najbardziej zafascynowało Pana w dziejach tego regionu?

Wychowałem się w cieniu krzyżackiego zamku w Nidzicy – niewielkim mieście, położonym na południowym skraju Mazur. Niezależnie od tego, czy chodziłem do szkoły podstawowej, czy później do liceum, niemal za każdym razem, gdy wyglądałem przez okno, widziałem potężne mury średniowiecznej warowni, wykonane z czerwonej cegły. Trudno pozostać obojętnym wobec takiego sąsiedztwa. Dorastanie w cieniu zamku w naturalny sposób obudziło we mnie zainteresowanie historią. Jednocześnie Nidzica otoczona jest lasami i pagórkami. Na horyzoncie zawsze widziałem zieloną linię mazurskich lasów, a dużą część dzieciństwa spędziłem nad jeziorem Omulew w Nataci Małej. Wędrując po okolicy, natrafiałem na schrony, okopy i wojenne cmentarze. Były to jednak jeszcze czasy komunizmu, dlatego dorośli nie potrafili powiedzieć zbyt wiele o tych reliktach przeszłości. Najczęściej słyszałem jedynie, że są to poniemieckie albo faszystowskie pozostałości.

Dopiero po przemianach 1989 roku zaczęła docierać do nas bardziej rzetelna wiedza o przeszłości regionu, w którym mieszkamy. W niewielkiej, lokalnej gazecie publikowali pasjonaci historii, którzy – choć często sami nie pochodzili z Mazur – poświęcili wiele lat na odkrywanie dziejów tej ziemi. Opisywali historię okolicznych wsi, cmentarzy, a także ludzi, którzy tworzyli ten region przed II wojną światową, zanim osiedlili się tutaj moi dziadkowie przybyli z Mazowsza. Każdy przeczytany artykuł rozbudzał moją ciekawość. Jako dwunasto- czy trzynastolatek wsiadałem na rower i jechałem sprawdzić miejsca, o których właśnie przeczytałem. Krok po kroku odkrywałem, że tuż za moim płotem rozgrywała się wielka historia. Działali tu bowiem nie tylko Krzyżacy, ale to właśnie na tych terenach rozegrała się jedna z najbardziej znanych bitew I wojny światowej – bitwa pod Tannenbergiem. Tędy przechodziły również wojska napoleońskie, w tym polskie oddziały generała Józefa Zajączka, które przez wiele miesięcy stacjonowały w okolicy, tocząc bohaterskie potyczki.

Te odkrycia mocno poruszały moje młodzieńcze serce. Z czasem fascynacja historią stała się trwałą częścią mojego życia i pozostała ze mną do dziś. A wszystko to odbywało się w otoczeniu niezwykłej przyrody, która sprawia, że Mazury są jednym z najpiękniejszych miejsc na mapie Europy. Być może właśnie połączenie historii zapisanej w krajobrazie i piękna natury sprawiło, że do tej ziemi wciąż wracam – zarówno jako badacz i opowiadacz jej przeszłości, jak i człowiek, który po prostu czuje się tutaj u siebie. Tu odpoczywam. Tu nabieram mocy.

Skąd pomysł na postać oficera Szramy? To bohater mroczny, przerażający.

Pomysł na tę postać narodził się wiele lat temu, gdy przeczytałem artykuł o niemieckich korporacjach studenckich oraz środowiskach nacjonalistycznych okresu międzywojennego. Niektórzy młodzi mężczyźni nosili wówczas na twarzach charakterystyczne blizny, szramy. Bywało, że celowo uczestniczyli w pojedynkach, podczas których takie blizny powstawały. Celem pojedynku nie było zabicie czy ciężkie zranienie przeciwnika, lecz precyzyjna wymiana ciosów. Otrzymanie cięcia na twarz i jego przetrwanie bez cofnięcia było symbolem męstwa. Z jednej strony blizny te oszpecały twarz, z drugiej – były obnoszone z dumą jako znak odwagi, lojalności i przynależności do elitarnej grupy. Ten obraz młodych Niemców z bliznami połączył się w mojej wyobraźni z inną refleksją, która przyszła do mnie już w szkole podstawowej, kiedy czytałem dramat Leona Kruczkowskiego Niemcy. U Kruczkowskiego po raz pierwszy uświadomiłem sobie banalność zła – a mianowicie że niektórzy funkcjonariusze III Rzeszy potrafili przed południem pracować w obozie zagłady i zabijać ludzi, a po południu wracać do domu, spędzać czas z rodziną, słuchać muzyki i rozmawiać o codziennych sprawach. Ta zdolność łączenia okrucieństwa z pozorną zwyczajnością zawsze mnie fascynowała i niepokoiła… Połączenie tego obrazu z motywem przeciętej twarzy sprawiło, że w mojej wyobraźni zaczęła kiełkować postać niemieckiego żołnierza wykonującego specjalne zadania, bohatera mojej powieści. Człowieka, który nie uważa się za złoczyńcę, lecz za wiernego wykonawcę misji, której poświęcił całe swoje życie.

Gdzie w tej niezwykłej historii kończy się historia, a zaczyna fikcja?

Bez wątpienia prawdziwe są Mazury i miejsca, w których rozgrywa się akcja powieści. Kilka lat temu, gdy usiadłem przed pustą kartką, by zacząć pisać historię, która od dawna chodziła mi po głowie, postanowiłem skonstruować ją w taki sposób, aby czytelnicy po lekturze mogli pojechać w opisywane rejony, stanąć pośród lasów i wzgórz, zobaczyć dawne leśniczówki i spróbować na własnej skórze poczuć atmosferę tej historii. Co więcej, prowadząc kanał Mazurskie Tajemnice i od lat zgłębiając dzieje mojego regionu, wielokrotnie spotykałem się z historiami z pogranicza faktów i legend. Są dokumenty, relacje świadków i pojedyncze tropy, ale często brakuje już możliwości ostatecznego potwierdzenia, jak było naprawdę. Właśnie takie opowieści najbardziej pobudzają wyobraźnię.

Dlatego jednym z punktów wyjścia mojej powieści była historia leśniczówek związanych z gauleiterem Prus Wschodnich, Erichem Kochem, zbrodniarzem wojennym, który zasłynął przede wszystkim z domniemanego ukrycia Bursztynowej Komnaty. Wiadomo, że posiadał w okolicach Nidzicy prywatne rewiry łowieckie i wymienił leśniczych na osoby cieszące się jego zaufaniem. Szczególnie interesująca jest historia leśniczówki Złota Góra, położonej u stóp wzniesienia o tej samej nazwie – drugiego co do wysokości wzniesienia na Mazurach. Budynek spłonął po wojnie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zgodnie z dostępnymi informacjami to właśnie tutaj urzędował Koch. Co ciekawe, pod koniec wojny właśnie w tym rejonie została powołana grupa specjalna Goldberg, która swoją strukturą przypominała Werwolf, czyli swoistą niemiecką partyzantkę.

Wiemy o tym ze wspomnień jednego z członków tego oddziału, które ukazały się kilkadziesiąt lat po wojnie. Według jego relacji w okolicach Złotej Góry budowano schrony i przygotowywano zaplecze do działań dywersyjnych. Wspomina on również o ukryciu w jednym z podziemnych bunkrów dzieł sztuki oraz cennych przedmiotów pochodzących z leśniczówki Kocha. Trudno dziś zweryfikować wszystkie szczegóły tych wspomnień, jednak sam fakt ich istnienia stanowi fascynujący element lokalnej historii.

Właśnie z takich faktów, relacji świadków, legend i niedopowiedzianych historii narodziły się Wilcze Sekrety. Nie jest to książka historyczna, lecz powieść. Jednak niemal każda tajemnica opisana na jej kartach wyrasta z autentycznych miejsc, prawdziwych wydarzeń i pytań, na które do dziś nie znamy jednoznacznej odpowiedzi.

Kuba patrzy na Mazury jak ktoś, kto szuka historii w każdym znaku, bunkrze, grobie czy leśnej ścieżce. Skąd wzięła się ta postać i jego pasja do odkrywania przeszłości?

Nie chcę zabrzmieć patetycznie, ale mam wrażenie, że w Kubie jest trochę mnie samego z czasów młodości. Wiele godzin spędzałem wtedy na rowerze, przemierzając mazurskie lasy, często z ojcem, czasem z wykrywaczem metali. Odkrywaliśmy zapomniane miejsca, odwiedzaliśmy dawne cmentarze, schrony i umocnienia. Spotykaliśmy ludzi, którzy od lat zajmowali się historią regionu, w tym poszukiwaczy skarbów i pasjonatów lokalnych tajemnic. To właśnie wtedy nauczyłem się patrzeć na Mazury nie tylko jak na piękny krajobraz, ale także jak na wielką księgę, pełną niezwykłych historii.

Zarówno Kuba, jak i dziewczyna, którą spotyka w powieści, są połączeniem różnych doświadczeń i sposobów patrzenia na ten sam świat. Ona dostrzega Mazury od środka, jako miejsce codziennego życia. On przyjeżdża z zewnątrz, jako warszawiak, który początkowo patrzy na region oczami turysty, ale stopniowo odkrywa jego głębszy wymiar. Kiedy powstawała ta powieść, często spotykałem się z opinią młodych ludzi z małych miejscowości, że tu nic się nie dzieje, że nie ma tu nic ciekawego. Ja zawsze odpowiadałem, że jestem gotów oprowadzać gości po mojej okolicy przez cały tydzień i każdego dnia będę mógł opowiedzieć im zupełnie inną historię. Wystarczy wiedzieć, gdzie patrzeć i czego szukać. Dlatego Kuba staje się pasjonatem regionu, choć nie jest stąd. To, zresztą, nie tylko moja historia. Znam wiele osób, które przyjechały na Mazury przypadkiem, a później zakochały się w nich na całe życie. Dziś nie wyobrażają sobie roku bez choćby kilku dni spędzonych w tym miejscu.

Mazury przyciągają nie tylko jeziorami, lasami i ciszą. Za pięknem przyrody kryje się często historia pełna dramatycznych wydarzeń, ludzkich losów i nierozwiązanych tajemnic. I właśnie to połączenie natury oraz historii sprawia, że człowiek chce tu wracać. Nie tylko po to, by odpocząć, ale także po to, by odkrywać kolejne opowieści ukryte w krajobrazie.

W powieści ważną rolę odgrywają miejsca, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zwyczajne: las, jezioro, bunkier, zapomniany cmentarz. Czy takie przestrzenie są dla Pana bardziej scenografią, czy świadkami historii?

Na Mazurach bardzo często to przyroda opowiada historię. Kiedyś usłyszałem opinię, że nie warto jechać pod Grunwald, bo tam nic nie ma. Jest muzeum, kilka pomników i właściwie tyle. Ja patrzę na to zupełnie inaczej. Kiedy odwiedzam miejsce historyczne, nie potrzebuję wesołego miasteczka i multimedialnych atrakcji. Wystarczy mi świadomość, że stoję tam, gdzie rozgrywały się wydarzenia, które zmieniały losy ludzi i całych narodów. Na Mazurach szczególnie widać to przy cmentarzach z okresu I wojny światowej. Bardzo często zostały one założone dokładnie w miejscach, gdzie toczyły się walki. Ich projektanci świadomie wykorzystywali ukształtowanie terenu. Wiele z tych nekropolii przypomina amfiteatry, otwarte na dawne pola bitew. Stając przy głównym pomniku, można niemal odczytać krajobraz jak mapę wojskową.

W okresie międzywojennym powstawały nawet specjalne przewodniki po polach bitewnych. Ich autorzy prowadzili turystę krok po kroku: Stań tutaj, spójrz w lewo – tam znajdowały się pozycje rosyjskie. Spójrz na wzgórze po prawej stronie – stamtąd strzelały niemieckie karabiny maszynowe. Dzięki temu człowiek nie oglądał wyłącznie cmentarza, ale poznawał historię ludzi, którzy walczyli i ginęli wokół niego.

Właśnie dlatego uważam, że na Mazurach lasy, jeziora i wzgórza są czymś więcej niż tylko piękną dekoracją. Są scenografią, ale jednocześnie także teatrem historii. To na tej scenie rozgrywały się wydarzenia, których ślady możemy odnaleźć do dziś, jeśli tylko nauczymy się je dostrzegać.

Wątek skarbu przyciąga bohaterów, ale też prowokuje pytania o chciwość, ciekawość i granice. Czym dla Pana jest skarb w tej powieści?

Dla mnie największym skarbem nie jest złoto ani kosztowności. Największym skarbem jest opowieść.

Pamiętam historię z Łodzi o człowieku, który kupił zaniedbaną, zarośniętą działkę. Chciał po prostu uprawiać warzywa i stworzyć sobie miejsce do wypoczynku. Kiedy zaczął usuwać krzaki i porządkować teren, okazało się, że pośrodku działki stoi stary wagon tramwajowy, całkowicie ukryty wśród zarośli. Co więcej, był to unikatowy zabytek, pochodzący z początków komunikacji miejskiej w Łodzi. Nagle zwykła działka stała się miejscem niezwykłym, bo zyskała historię.

Myślę, że podobnie jest z krajobrazem. Las może być po prostu lasem, a wzgórze – zwykłym wzgórzem. Jednak kiedy wiemy, że gdzieś w pobliżu znajdują się ruiny dawnej leśniczówki, zapomniany bunkier albo miejsce związane z jakimś tajemniczym wydarzeniem, zaczynamy patrzeć na tę przestrzeń zupełnie inaczej. Wędrówka nabiera celu. Nie chodzi już tylko o spacer, ale o odkrywanie.

Mazury od dzieciństwa kojarzą mi się z jedną z najbardziej znanych lokalnych legend – historią skarbu generała Samsonowa. Według tej opowieści gdzieś w lasach po bitwie pod Tannenbergiem miało zostać ukryte carskie złoto, przeznaczone na żołd dla rosyjskiej armii. Bitwa zakończyła się katastrofą, a sam generał popełnił samobójstwo. Skarb nigdy nie został odnaleziony, ale sama legenda żyje do dziś i od pokoleń pobudza wyobraźnię mieszkańców regionu. Oczywiście, nie wiemy, czy taki skarb rzeczywiście istniał. Podobnie jak nie wiemy, ile prawdy kryje się w wielu innych opowieściach o ukrytych depozytach, dziełach sztuki czy wojennych archiwach. Jednak nie to jest najważniejsze. Dla mnie najcenniejsza jest sama możliwość poszukiwania, zadawania pytań i odkrywania kolejnych tropów. Nawet jeśli większość takich historii nigdy nie znajduje ostatecznego potwierdzenia, działają one na wyobraźnię. Są magnesem, który sprawia, że ludziom chce się wyjść z domu, ruszyć w teren i spojrzeć na znane miejsca z zupełnie nowej perspektywy.

W Wilczych sekretach pojawia się temat pamięci miejsc. Czy można gdzieś naprawdę zapuścić korzenie, jeśli nie zna się historii ludzi, którzy byli tam wcześniej?

To właściwie jest dylemat większości mieszkańców współczesnych Warmii i Mazur. Być może najmłodsze pokolenie już o tym nie myśli, ale ludzie mojego pokolenia dorastali jeszcze w cieniu historii swoich dziadków. Moi dziadkowie byli nastolatkami, gdy wybuchła II wojna światowa. Po jej zakończeniu znaleźli się wśród tych, którzy przyjechali na Mazury z innych części Polski. Tak rozpoczęła się historia mojej rodziny na tych ziemiach. Dla nich był to nowy świat – opuszczone domy, nieznane miejscowości, obca przeszłość i niepewna przyszłość. Pamiętam jedno wspomnienie z dzieciństwa. W czasie stanu wojennego moja babcia suszyła chleb na piecu i płakała. Bała się, że jeśli znowu wybuchnie wojna, Niemcy wrócą i odbiorą ludziom domy, w których mieszkali od kilkudziesięciu lat. Dla wielu rodzin na Warmii i Mazurach taki lęk był czymś bardzo realnym. Przez długi czas nie mieli poczucia pełnego zakorzenienia.

Moim rodzicom było już łatwiej. Dorastali tutaj, ale ich dzieciństwo przypadło na czas, gdy wokół wciąż widoczne były ślady wojny. Nidzica była zniszczona w ogromnym stopniu. Wspominają zabawy pośród ruin, odnajdywanie niewypałów i opowiadają o mieście, które dopiero podnosiło się z wojennych zniszczeń.

Dodatkowym problemem był komunizm. Powojenna propaganda stworzyła wyraźną granicę między tym, co było przed 1945 rokiem, a tym, co nastąpiło później. Wszystko, co niemieckie, przedstawiano jako obce i wrogie. W efekcie wielu ludzi nie interesowało się historią miejsca, w którym przyszło im żyć. Często wręcz ją odrzucano.

Dziś łatwo powiedzieć, że były to ziemie odzyskane, ale rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Historia Warmii i Mazur nie mieści się w prostych podziałach na to, co polskie i niemieckie. To ziemia, którą przez wieki współtworzyli Prusowie, Krzyżacy, Polacy, Niemcy, Mazurzy i wiele innych społeczności. Każda z nich pozostawiła po sobie ślady w krajobrazie, architekturze i kulturze. Niestety, przez wiele powojennych lat brakowało szacunku dla tego dziedzictwa. Niszczeniu ulegały dawne cmentarze, zabytkowe nagrobki i ogrodzenia. Wiele bezpowrotnie utracono. Była w tym – z jednej strony – trauma po niemieckich zbrodniach, z drugiej – brak poczucia, że jest to również część naszej historii.

Mam jednak wrażenie, że moje pokolenie patrzy na to inaczej. Dla nas Warmia i Mazury są już po prostu domem. Nie wyobrażamy sobie, aby te ziemie miały należeć do kogokolwiek innego. Jednocześnie coraz częściej próbujemy zrozumieć ich skomplikowaną przeszłość i odpowiedzieć sobie na pytanie, kim właściwie jesteśmy. Czy jesteśmy potomkami Mazowszan, Podlasian, Wołyniaków, którzy przybyli tu po wojnie? A może staliśmy się już nowymi Mazurami? To pytanie pozostaje otwarte. Tym bardziej, że dawnych Mazurów pozostało niewielu, a ich język, zwyczaje i kultura niemal zniknęły. Być może właśnie dlatego historia tego regionu tak bardzo mnie fascynuje. Jest nie tylko opowieścią o zamkach, bitwach i ukrytych skarbach. Jest także opowieścią o ludziach, którzy przez całe pokolenia próbowali odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie naprawdę jest ich dom.

W książce pojawia się pytanie o granicę między pasją do historii a naruszaniem pamięci. Gdzie według Pana kończy się odkrywanie, a zaczyna przekraczanie granicy?

W Polsce są tysiące ludzi, którzy regularnie przemierzają lasy, pola i dawne miejsca historyczne z wykrywaczami metali. Jedni nazywają ich detektorystami, inni – poszukiwaczami skarbów. Wokół tego środowiska od lat toczy się gorąca dyskusja. Ja dostrzegam przede wszystkim pozytywne zmiany. Powstało wiele stowarzyszeń i grup pasjonatów historii, które działają zgodnie z prawem, współpracują z archeologami i służbami konserwatorskimi. Ich celem nie jest wzbogacenie się, lecz poznawanie historii, odnajdywanie zapomnianych miejsc oraz weryfikowanie dawnych przekazów i legend.

Z drugiej strony – istnieją również ludzie, których interesuje wyłącznie wartość znaleziska. W internecie można było przez lata oglądać filmy, na których ktoś rozkopuje przypadkowe miejsca, nie mając pojęcia o ich historii ani znaczeniu. Liczy się tylko to, czy uda się znaleźć coś cennego. Co ciekawe, właśnie środowisko odpowiedzialnych poszukiwaczy bardzo często najostrzej krytykuje takie zachowania.

Są też granice, których nie wolno przekraczać. Jedną z nich jest naruszanie miejsc pochówku. Niestety, zdarzały się przypadki rozkopywania cmentarzy wojennych czy rodzinnych grobowców w poszukiwaniu kosztowności. Takie historie miały miejsce również na terenach, które dobrze znam.

Pamiętam wizytę w jednym z podziemnych grobowców, należących do pruskiej rodziny ziemiańskiej. Wewnątrz zobaczyłem porozbijane nisze grobowe, zniszczone epitafia i szczątki ludzkie wyrzucone z trumien. Sprawca tłumaczył później przed sądem, że kierowały nim szlachetne pobudki. Twierdził, że chciał odnaleźć ukryte pamiątki i zabezpieczyć je przed wywiezieniem z regionu. Być może rzeczywiście tak myślał. Problem polegał na tym, że próbował ratować historię, jednocześnie ją niszcząc.

Ta historia ma jeszcze jeden mroczny epilog. Człowiek ten zginął później w tajemniczych okolicznościach. W okolicy szybko pojawiły się głosy, że była to kara za zbezczeszczenie miejsca pochówku. Takich relacji znam sporo i niewątpliwie pojawią się one w kolejnych powieściach.

Tereny wokół Nidzicy przez lata w pewnych środowiskach bywały nazywane mazurskim Eldorado. Wynikało to przede wszystkim z historii bitwy pod Tannenbergiem. To właśnie w okolicznych lasach doszło do ostatecznego okrążenia części wojsk rosyjskich. Wielu żołnierzy, zanim trafiło do niewoli, próbowało ukryć swoje wyposażenie. Zakopywano broń, odznaczenia, elementy sztandarów, dokumenty, a czasem także przedmioty osobiste. Przez dziesięciolecia wśród mieszkańców i poszukiwaczy krążyły opowieści o niezwykłych znaleziskach. Mówiono o carskich orłach ze sztandarów pułkowych, kasach wojskowych, srebrnych kapliczkach polowych czy rzadkich odznaczeniach. Część tych historii została opisana i w jakiejś części udokumentowana. Jednak ogromna większość tych odkryć nigdy nie została opisana w literaturze naukowej. Znaleziska trafiały do prywatnych kolekcji, zmieniały właścicieli lub po prostu znikały bez śladu. W środowisku poszukiwaczy od lat krążą historie o ludziach, którzy dzięki odkrytym przedmiotom zdobyli majątek, wybudowali dom albo sfinansowali ważne życiowe przedsięwzięcia. Trudno dziś zweryfikować większość tych opowieści, ale sam fakt ich istnienia pokazuje skalę zjawiska.

Co ciekawe, od zakończenia II wojny światowej Mazury przyciągały nie tylko polskich poszukiwaczy. Na te tereny przyjeżdżali również Niemcy. Jedni prowadzili oficjalne badania historyczne, inni szukali śladów rodzinnej przeszłości. Bywali też tacy, którzy przyjeżdżali z bardzo konkretnym celem, wierząc, że gdzieś w mazurskich lasach nadal ukryte są depozyty wojenne, dzieła sztuki lub inne cenne przedmioty.

I właśnie ten wątek fascynuje mnie najbardziej. Bo gdy człowiek słyszy, że od kilkudziesięciu lat ludzie z różnych krajów, różnych środowisk i różnych pokoleń wracają w te same lasy, zadając sobie wciąż to samo pytanie, trudno przejść obok tego obojętnie.

Motyw wilka i wilczych znaków buduje w powieści atmosferę tajemnicy. Co interesowało Pana w takim połączeniu legendy, historii i symbolu?

Motyw wilka i wilczych znaków w mojej powieści nie pojawił się przypadkowo. Jest on bezpośrednim nawiązaniem do wspomnień Wilhelma Szuplińskiego, jednego z dawnych mieszkańców tych terenów. W swoich relacjach opisywał on, jak pod koniec wojny trafiał na szkolenia do Królewca, gdzie przygotowywano młodych ludzi do działań dywersyjnych na zapleczu frontu. Ich zadaniem miało być prowadzenie akcji sabotażowych, odwetowych i wywiadowczych po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną. Wszystko to przywodzi na myśl działalność organizacji Werwolf. Sama nazwa jest niezwykle sugestywna. Wilkołak to ktoś, kto za dnia wydaje się zwykłym człowiekiem, a pod osłoną nocy staje się groźnym i nieuchwytnym przeciwnikiem. Taka właśnie miała być niemiecka partyzantka, planowana przez kierownictwo III Rzeszy pod koniec wojny.

Do dziś nie wiemy jednak, jak było naprawdę. Nie mamy pewności, czy grupa opisywana przez Wilhelma Szuplińskiego była rzeczywiście częścią Werwolfu, czy też stanowiła odrębną strukturę dywersyjną. Wiemy natomiast, że istniała grupa określana mianem Goldberg, czyli Złota Góra, której członkowie mieli przechodzić szkolenia, posiadać przygotowane schrony i być gotowi do działania po wkroczeniu wojsk radzieckich.

Najbardziej zastanawiające jest pytanie: dlaczego właśnie tutaj? Dlaczego oddział specjalny miał działać w słabo zaludnionych lasach między Nidzicą a Wielbarkiem, na obrzeżach dawnych Prus Wschodnich? Dlaczego przygotowano tam podziemne schrony i zaplecze dla ludzi, którzy mieli funkcjonować jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych? To właśnie od takich pytań zaczęła się rodzić fabuła Wilczych Sekretów.

Ale wilki mają dla mnie także zupełnie inne znaczenie. Zawsze wydawało mi się, że są strażnikami mazurskich tajemnic, duchami tych lasów, które pamiętają więcej niż ludzie.

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spotkania z wilkami. Jechałem z ojcem przez leśną drogę, gdy nagle przed samochód wybiegł szczeniak przypominający owczarka. Musiałem gwałtownie zahamować. Już mieliśmy wysiadać z samochodu, gdy z lasu wyszła wilczyca. Spokojnie podeszła do młodego, chwyciła go w pysk i przeniosła na drugą stronę drogi. Potem zatrzymała się na chwilę, spojrzała w naszym kierunku i zniknęła między drzewami.

To był zaledwie moment, ale zapamiętałem go na całe życie. Dla mnie stał się symbolem tych ziem – dzikich, tajemniczych i wciąż skrywających wiele nieopowiedzianych historii.

Może dlatego wilk stał się jednym z najważniejszych symboli tej powieści. Nie tylko jako nawiązanie do wojennej historii i tajemniczych organizacji dywersyjnych, ale również jako strażnik pamięci o dawnych Mazurach. Bo ostatecznie czuję się nie tyle badaczem, co opowiadaczem historii. Kimś, kto próbuje odnaleźć ślady przeszłości i przekazać je dalej, zanim całkowicie znikną w cieniu mazurskich lasów.

Las w Wilczych sekretach skrywa wiele tajemnic. Ludzie odchodzą, ale miejsca zostają. Czy las jest tu bardziej schronieniem, świadkiem czy zagrożeniem?

Las jest dla mnie czymś więcej niż tylko elementem krajobrazu. Czasami myślę o nim jak o wielkim inkubatorze pamięci. Tam, gdzie przez lata nie dociera człowiek, przyroda bardzo szybko odzyskuje przestrzeń, którą kiedyś zajmowały budynki, drogi czy osady. Jednocześnie właśnie dzięki temu wiele śladów przeszłości potrafi przetrwać zaskakująco długo. Świetnym przykładem są dawne grodziska, ukryte pośród mazurskich lasów. Jedno z takich miejsc znajduje się w Janowie niedaleko Szczytna. Archeolodzy nie są zgodni co do jego najstarszej historii, ale wiadomo, że w późniejszym okresie funkcjonowała tam strażnica krzyżacka. Do dziś można odnaleźć tam ślady krzyżackiej huty: hałdy rudy darniowej i żużlu pochodzącego z wytopu, kanały wykopane wzdłuż rzeki, którymi transportowano rudę, a także średniowieczne cegłówki w miejscu dawnej wieży. Przetrwały one przede wszystkim dlatego, że przez długi czas teren pozostawał ukryty pod osłoną lasu.

Podobnie jest z wieloma miejscami związanymi z wydarzeniami opisanymi w mojej powieści. Mijają dziesięciolecia, a wciąż można odnaleźć ślady dawnych schronów, zagłębienia w ziemi po budowlach, fragmenty konstrukcji czy miejsca, gdzie kiedyś stały leśniczówki. Przyroda nie niszczy ich całkowicie. Raczej otula je i ukrywa, sprawiając, że stają się jeszcze bardziej tajemnicze. Może właśnie dlatego las zawsze działał na moją wyobraźnię. Nie dlatego, że jest miejscem groźnym, ale dlatego, że przechowuje pamięć. Każde wzgórze, każda polana i każdy zapomniany dukt mogą kryć historię ludzi, którzy kiedyś tutaj żyli, walczyli, pracowali albo po prostu próbowali odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Wielu osobom las kojarzy się z niebezpieczeństwem. Ja nigdy tak go nie postrzegałem. Wręcz przeciwnie – od dzieciństwa był dla mnie przestrzenią wolności i spokoju. Jeden z moich przyjaciół, myśliwy i wielki miłośnik przyrody, powtarzał mi często zdanie, które zapamiętałem na całe życie: W lesie nic ci nie grozi, chyba że spotkasz tam złego człowieka.

Postać Franza została osadzona w wojennej rzeczywistości, ale on ma też rodzinę, własne lęki i poczucie obowiązku. Co było dla Pana najważniejsze w budowaniu tej postaci?

Postać Franza jest dla mnie próbą odpowiedzi na pytanie, które od lat powraca w rozmowach o historii Mazur: jak doszło do tego, że wielu ludzi, którzy początkowo nie popierali Adolfa Hitlera, z czasem stanęło po stronie III Rzeszy i walczyło w jej obronie? Łatwo patrzeć na historię wyłącznie przez pryzmat wielkiej polityki i ideologii. Trudniej zrozumieć człowieka, który nie myśli kategoriami Berlina, Moskwy czy Warszawy, lecz własnej wsi, rodzinnego domu, lasu, jeziora i cmentarza, na którym spoczywają jego przodkowie.

Franz jest właśnie takim człowiekiem. Jest weteranem okopów I wojny światowej, człowiekiem lasu, doskonale znającym teren i ludzi. Nie jest fanatykiem na wzór Szramy. Nie kieruje się ideologią. Kieruje nim przede wszystkim przywiązanie do ziemi, którą uważa za swoją małą ojczyznę.

Kiedy pod koniec wojny zostaje wciągnięty w działalność grupy dywersyjnej, nie walczy już o zwycięstwo III Rzeszy. Walczy o świat, który znał od dzieciństwa i który właśnie rozpada się na jego oczach. To, oczywiście, nie usprawiedliwia jego wyborów, ale pozwala zrozumieć ich motywację. W relacjach świadków, które miałem okazję poznawać przez lata, często powracał podobny motyw. Jedni rzeczywiście byli zwolennikami narodowego socjalizmu. Inni mówili przede wszystkim o obronie domu, rodziny i rodzinnej ziemi przed nadchodzącą Armią Czerwoną i nowym porządkiem. Historia rzadko bywa czarno-biała. Dlatego Franz po wojnie nie opuszcza tych terenów. Zmienia się państwo, zmieniają się granice, zmieniają się nazwy miejscowości, ale on pozostaje tam, gdzie żył od zawsze. W pewnym sensie nadal jest u siebie. To właśnie ten paradoks najbardziej mnie fascynuje. Człowiek może obudzić się pewnego dnia w zupełnie innym kraju, choć nie ruszył się ani o krok ze swojej rodzinnej ziemi.

Z postacią Franza wiąże się również legenda o strażnikach tajemnic. Ludziach, którzy po wojnie pozostali na miejscu i mieli pilnować czegoś ukrytego w lasach. Być może były to tylko opowieści. Być może kryje się w nich ziarno prawdy.

W tym miejscu pojawia się postać Wilhelma Szuplińskiego, którego wspomnienia stanowią jeden z fundamentów mojej powieści. Oczywiście można uznać jego relację za fantazję lub literacką kreację. Jednak miałem okazję rozmawiać z jego wnuczką, która wspominała dziadka jako człowieka niezwykle rzeczowego i prawdomównego. Według niej nie był osobą skłonną do zmyślania sensacyjnych historii czy konfabulowania. Co więcej, wiadomo, że już po wojnie wracał w okolice Złotej Góry i odwiedzał dawne mazurskie wsie. Spotykał się z miejscowymi ludźmi, a czasem wyjeżdżał z nimi do lasu. To są fakty, które każą zadawać kolejne pytania. Po co wracał? Czy kierowała nim wyłącznie tęsknota za utraconą ojczyzną? Czy odwiedzał miejsca związane z własną młodością? A może szukał czegoś, co pozostało ukryte w mazurskich lasach pod koniec wojny?

Wilcze sekrety łączą przygodę, historię, zagadkę i lokalną pamięć. A czym ta powieść jest dla Pana?

To, przede wszystkim, podsumowanie pewnego etapu życia. Etapu nastoletnich i młodzieńczych poszukiwań, wypraw, fascynacji oraz pytań, które rodziły się podczas dorastania na Mazurach. Myślę, że jest to także mój osobisty hołd złożony ziemi, która mnie wychowała. To właśnie tutaj nauczyłem się patrzeć na historię nie jak na zbiór dat, lecz jak na opowieść ukrytą w krajobrazie, w ruinach, cmentarzach, lasach i w pamięci ludzi. W pewnym sensie ta książka opowiada również o tym, jak ja sam widzę miejsce swojego urodzenia i ludzi, którzy przez pokolenia tworzyli historię tego regionu.

Mam nadzieję, że czytelnicy pochodzący z Warmii i Mazur odnajdą w tej opowieści cząstkę własnych doświadczeń. Być może rozpoznają emocje towarzyszące dorastaniu pośród miejsc pełnych niedopowiedzianych historii. Być może przypomną sobie własne wyprawy do lasu, rozmowy z dziadkami albo fascynację tajemnicami ukrytymi tuż za granicą codziennego świata.

Pisząc tę powieść, miałem wrażenie, że porządkuję pewną szufladę w swojej pamięci. Przelewałem na papier pytania, które towarzyszyły mi przez lata, oraz historie zasłyszane od ludzi spotkanych na mojej drodze. Dzięki temu książka stała się dla mnie również osobistym zamknięciem pewnego rozdziału. Ale nie oznacza to końca tej drogi. W mojej szufladzie czekają już kolejne szkice opowieści. Niektóre z nich rozgrywają się wiele lat później i pokazują bohaterów dojrzalszych, bardziej doświadczonych przez życie. Łączy je jednak jedno – wszystkie wyrastają z autentycznych historii, które wydarzyły się na tej ziemi. Historii, których często nie mogę lub nie chcę opowiedzieć wprost na moim kanale Mazurskie Tajemnice. Wciąż bowiem żyją ludzie związani z tymi wydarzeniami. Często są to już kolejne pokolenia, ale przecież nie każdy chciałby, aby jego nazwisko czy rodzinne historie pojawiały się publicznie – szczególnie jeśli nie są one przychylne lub korzystne dla wizerunku przodków. I właśnie tutaj literatura daje niezwykłą wolność. Pozwala zachować istotę opowieści, jej emocje i sens, a jednocześnie chroni anonimowość tych, którzy zdecydowali się podzielić swoją pamięcią.

Gdyby miał Pan wskazać jedno pytanie, które powinno zostać z czytelnikiem po lekturze, brzmiałoby ono raczej: czego szukamy w przeszłości, czy przed czym uciekamy, gdy próbujemy ją zakopać?

Gdybyśmy chcieli spojrzeć na tę powieść z bardziej filozoficznej perspektywy, to powiedziałbym, że nie jest ona przede wszystkim opowieścią o skarbach, tajemnicach czy wojennych zagadkach. Tak naprawdę stawia znacznie prostsze, a jednocześnie dużo ważniejsze pytanie: czy wiesz, co Cię ukształtowało? Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jakie miejsca, ludzie, wydarzenia, zapachy, krajobrazy i historie sprawiły, że jesteś właśnie takim człowiekiem, jakim jesteś dzisiaj?

Mam świadomość, że ogromny wpływ na moje życie miały Mazury. Ukształtowały mnie lasy i jeziora, wśród których dorastałem. Ukształtowała mnie historia tego regionu. Krzyżacki zamek, który codziennie widziałem za oknem. Grodziska ukryte pośród drzew. Schrony, okopy, cmentarze wojenne i zapomniane drogi prowadzące donikąd. Wpłynęła na mnie również architektura krajobrazu tych ziem. Charakterystyczne czerwone cegły dawnych Prus Wschodnich, kościoły stojące na wzgórzach, cmentarze położone na skraju wsi, stare aleje drzew, stawy zakładane jeszcze przed wiekami. Dla wielu ludzi są to zwykłe elementy krajobrazu. Dla mnie stały się czymś naturalnym, czymś, co ukształtowało moje poczucie piękna i estetyki. Wszystko to tworzyło świat, który krok po kroku budował moją wyobraźnię i sposób patrzenia na rzeczywistość.

Dlatego pamiętam swoje zdziwienie, gdy po raz pierwszy odwiedziłem niektóre regiony Mazowsza. Mimo że nadal byłem w Polsce, miałem wrażenie, jakbym znalazł się w zupełnie innym świecie. Inna architektura, inny krajobraz, inne proporcje przestrzeni. Wtedy po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak bardzo człowiek jest zakorzeniony w miejscu, z którego wyrasta.

I właśnie o tym jest ta powieść. O odkrywaniu własnych korzeni. O próbie zrozumienia, dlaczego patrzymy na świat właśnie w taki sposób. O tym, że każdy z nas nosi w sobie historię miejsca, które go wychowało – nawet, jeśli nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę.

Dlatego mam nadzieję, że czytelnik, odkładając tę książkę, nie będzie zastanawiał się wyłącznie nad tym, czy skarb został odnaleziony i jaka tajemnica kryła się w lesie. Chciałbym, żeby zadał sobie znacznie ważniejsze pytanie. Czy wiem, co mnie ukształtowało? Czy rozumiem, dlaczego jestem właśnie takim człowiekiem, jakim jestem dzisiaj?

Książkę Wilcze sekrety kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.