Spokój to dzisiaj towar luksusowy. Wywiad z Nataszą Sochą

Data: 2026-07-02 15:44:23 Autor: Danuta Awolusi
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Spokój to dzisiaj towar luksusowy. Wywiad z Nataszą Sochą z kategorii Wywiad

Dlaczego tak trudno odłożyć telefon? Skąd bierze się lęk przed ciszą? Natasza Socha, autorka książki Tańczące filiżanki, przekonuje, że od przeszłości nie można się całkowicie odciąć, a prawdziwa zmiana zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy uciekać przed samymi sobą.

fot. Jowita Trzcielińska

Yuki prowadzi herbaciarnię, w której trzeba zostawić telefon przy wejściu. Fajne! Co to mówi o filozofii tego miejsca? Ale też o nas samych?

To ruch, który mówi nam: „Hej, to nie jest kawiarnia z darmowym Wi-Fi, to azyl". Herbata w kulturze Wschodu nigdy nie była tylko napojem – to rytuał, medytacja i celebrowanie. Zostawiając telefon przy wejściu, podpisujesz kontrakt na bycie tu i teraz. Yuki przypomina nam o tym, że spokój to dzisiaj towar luksusowy.

A co to mówi o nas samych? Fakt, że potrzebujemy zewnętrznego zakazu, aby na chwilę odłożyć telefon, pokazuje, jak bardzo jesteśmy ubezwłasnowolnieni przez powiadomienia. Próg tej herbaciarni staje się granicą między przebodźcowaniem a wolnością. Między byciem ze sobą, a byciem ciągle dostępnym dla innych.

W herbaciarni Yuki nie chodzi tylko o herbatę. To miejsce zatrzymania się, ciszy i spotkania z własnymi myślami. Czy dziś bardziej boimy się samotności, czy tego, co może się w niej odezwać?

Boimy się jednego i drugiego, ale w herbaciarni Yuki te dwa lęki zderzają się ze sobą w fascynujący sposób. Po pierwsze: panicznie boimy się samotności, więc zagłuszamy ją cyfrowym szumem i złudnym poczuciem, że mamy mnóstwo znajomych. Ale kiedy Yuki zabiera nam telefon, stajemy twarzą w twarz z czymś o wiele trudniejszym: z samymi sobą. Wtedy zaczynamy bać się tego, co zobaczymy – niespełnionych ambicji, tłumionego żalu, pytań o sens albo po prostu nudy. Przewijanie ekranu to idealne narzędzie do ucieczki przed tym wszystkim. Odcięci od sieci, nagle orientujemy się, że najtrudniejszym towarzyszem do zniesienia jest nasz własny umysł.

Yuki jest osobą bardzo oszczędną w słowach. Wierzy, że słowa mogą się zużywać. Co stoi za tym przekonaniem?

Tak sobie myślę, że stoi za tym mądrość, iż inflacja słowa prowadzi do dewaluacji jego znaczenia. Żyjemy w świecie potwornego gadulstwa – produkujemy tysiące podcastów, komentarzy i postów, przez co język staje się przezroczysty, traci swoją wagę i magię.

Dla Yuki słowa są cenne – im rzadziej po nie sięgasz, tym większą mają wartość. Oszczędność w mowie to nie gburowatość, tylko najwyższa forma szacunku do drugiego człowieka i do samego języka. Za milczeniem stoi przekonanie, że najważniejsze rzeczy w życiu, jak bliskość, zrozumienie czy zachwyt, dzieją się również między słowami, w geście, spojrzeniu, dotyku. Cisza potrafi czasem przekazać więcej niż godzinny wykład.

Uważasz, że takich kobiet jak Yuki powinno być więcej? Bo ta filozofia życia ma sens w dzisiejszych czasach?

Zdecydowanie tak, ale nie chodzi też o to, żebyśmy wszyscy nagle stali się milczącymi pustelnikami albo niemowami, bo świat potrzebuje dynamiki, ekspresji i technologii. Kobiety takie jak Yuki są jednak kotwicami i punktami odniesienia. Ich filozofia życia ma duży sens, ponieważ działa jak odtrutka na współczesne neurozy. W czasach, gdy sukces mierzy się głośnością, zasięgami i tempem, Yuki pokazuje, że prawdziwa siła tkwi w radykalnym uproszczeniu, spokoju i jakości. Tego typu postaci przypominają nam, że można żyć inaczej – nie galopując jak gepard.

Pojawia się mocny kontrast między nadmiarem rzeczy a potrzebą przestrzeni. Czy to jest tak, że nadmiar rzeczy nas osłabia, przebodźcowuje?

Uważam, że nadmiar rzeczy nas nie tylko osłabia, ale wręcz paraliżuje. Każdy przedmiot, który posiadamy, to ukryty złodziej uwagi. Psychologia mówi wprost o przebodźcowaniu wizualnym: nasz mózg podświadomie skanuje i analizuje wszystko, co znajduje się w zasięgu wzroku. Bałagan w przestrzeni to natychmiastowy bałagan w głowie. Żyjemy w kulturze, która wmówiła nam, że tożsamość buduje się przez posiadanie. Tymczasem im więcej mamy rzeczy, tym więcej energii musimy włożyć w ich utrzymanie, naprawianie, organizowanie czy po prostu opłacanie. Stajemy się niewolnikami własnego stanu posiadania. Potrzeba przestrzeni, o której rozmawiamy, to nic innego jak instynkt przetrwania. Pusta przestrzeń nie jest brakiem czegoś, ona daje oddech, pozwala myślom swobodnie płynąć i sprawia, że widzimy więcej.

Wątek Ewy dotyka tematu bezpłodności, presji, ciała i społecznych oczekiwań wobec kobiet. Jak znaleźć język do opowiedzenia o czymś tak intymnym, żeby nie oceniać bohaterki?

Żeby nie oceniać Ewy, trzeba oddać głos jej ciału i emocjom, a nie społecznym oczekiwaniom. Zamiast pisać o tym, czego jej ciało nie potrafi zrobić (w domyśle: wypełnić roli matki), trzeba opowiedzieć o tym, co ono czuje – samotność, zmęczenie procedurami, smutek, wreszcie – rozpacz. Kiedy schodzimy na poziom takiej intymności, ocena społeczna naturalnie odpada. Czytelnik przestaje myśleć co ona powinna zrobić, a zaczyna po prostu z nią współodczuwać.

Relacja Anny i Ewy daje do myślenia. Ile można unieść za drugiego człowieka, zanim przekroczy się pewne granice?

Ta relacja to studium tego, jak cierpienie potrafi zmonopolizować przestrzeń w przyjaźni. Czasami ból staje się tak wielki i wszechogarniający – jak bezpłodność Ewy – że człowiek ślepnie na wszystko inne. Ona uznała swój dramat za absolutne centrum wszechświata, przez co kompletnie przestała dostrzegać, że Anna też ma swoje życie i problemy. Ile można unieść za drugiego człowieka? Bardzo wiele, pod warunkiem, że jest to ruch wahadłowy – dziś ja niosę ciebie, jutro ty podtrzymasz mnie. Granica zostaje drastycznie przekroczona w momencie, kiedy ta relacja zamienia się w ulicę jednokierunkową.

Wraca do mnie pytanie, czy człowiek może uciec przed własną przeszłością, jeśli nie chce jej przepracować. Czy Twoi bohaterowie częściej szukają prawdy, czy raczej sposobu, by jej jeszcze przez chwilę uniknąć?

Przed przeszłością nie da się uciec, bo nie uciekamy przed miejscami czy ludźmi, tylko przed tym, co nosimy pod skórą. Nieprzepracowana przeszłość jest jak cień – możesz biec bardzo szybko i udawać, że go nie ma, ale on i tak porusza się w twoim rytmie i dopadnie cię w pierwszym lepszym momencie. Jeśli mam być szczera wobec moich bohaterów, to oni o wiele częściej szukają sposobu, żeby tej prawdy uniknąć. Ale przez to są ludźmi z krwi i kości. Ludzki umysł ma niesamowity talent do budowania systemów obronnych: uciekamy w pracoholizm, toksyczne relacje, fiksację na punkcie czegoś. A tak naprawdę powinniśmy zacząć od spojrzenia w lustro.

Herbata w tej historii jest rytuałem. Jest… no właśnie – też tak uważasz?

Zdecydowanie tak. Rytuał ma to do siebie, że wyrywa nas z chaosu codzienności i nadaje strukturę momentom, które wydają się być zbyt trudne. Kiedy parzysz herbatę u Yuki, musisz zwolnić. Nie da się przyspieszyć wrzenia wody, nie da się pogonić liści, żeby rozwinęły się szybciej. Ten przymusowy spokój rozbraja nasz wewnętrzny pęd. Trzymanie ciepłej czarki, patrzenie na parę, przelewanie naparu… to wszystko daje jakieś takie bezpieczne schronienie. Możesz milczeć i nikt nie uzna tego za niezręczne, bo przecież pijesz herbatę.

Opowiadasz także o smutku, który jest częścią naszego życia. Co daje akceptacja tego faktu?

Akceptacja smutku daje nam przede wszystkim wolność od przymusu wiecznego szczęścia. Żyjemy w czasach toksycznej pozytywności, która traktuje gorszy nastrój jak awarię systemu albo osobistą porażkę. Kiedy odczuwasz smutek, świat mówi ci: Idź pobiegać, kup coś sobie, zjedz czekoladę, przytul wewnętrzne dziecko. A ja uważam, że dopiero gdy zaakceptujemy fakt, iż smutek jest pełnoprawną, naturalną częścią życia i przestajemy tracić energię na walkę z nim, zaczyna się proces wychodzenia z niego. U Yuki bohaterowie mogą być smutni. Nikt ich tam nie pociesza na siłę, nie daje tanich rad. Smutek, któremu dasz przestrzeń, w końcu mija. Ten, który wypierasz, zostaje pod skórą na zawsze.

W Tańczących filiżankach ludzie przychodzą do herbaciarni po coś zwyczajnego, a dostają przestrzeń, w której muszą być sami z sobą. Czy człowiek naprawdę zmienia się dopiero wtedy, gdy przestaje uciekać?

Kiedy biegniemy, jesteśmy w trybie przetrwania – liczy się tylko następny krok, kolejny bodziec, nowy dzień. Ucieczka daje złudne poczucie kontroli, ale tak naprawdę jest staniem w miejscu, tyle że z szybkim tętnem. Zmieniamy scenerię, ludzi, ale problemy zabieramy ze sobą. W herbaciarni Yuki, gdy ten bieg zostaje gwałtownie zatrzymany, dzieje się coś przełomowego. Człowiek w końcu siada naprzeciwko samego siebie. To nie jest przyjemny moment. To chwila, w której opadają wszystkie maski, wymówki i iluzje. Wtedy zaczynamy być ze sobą szczerzy i możemy nawet przyznać: byłam idiotką, to moja wina, muszę powiedzieć: „przepraszam”.

Powieść pokazuje świat jako system naczyń połączonych. Czy to oznacza, że przypadki nie istnieją? 

A może przypadek to również jakaś część systemu naczyń połączonych? Kiedy patrzymy na życie z poziomu pojedynczego dnia, wszystko wydaje się chaotyczne i przypadkowe – potknięcie, spóźnienie na pociąg, przypadkowe wejście do herbaciarni. Ale kiedy zrobimy krok w tył i spojrzymy na całą opowieść, te przypadki zaczynają układać się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazuje się, że nasza przeszłość, żale i pragnienia cały czas nawigują nas w konkretne miejsca i ku konkretnym ludziom. Przypadek daje nam karty do ręki, ale to system relacji i to, kim jesteśmy, decyduje o tym, jak nimi zagramy. Nie jesteśmy marionetkami losu, jesteśmy złączeni niewidzialnymi nitkami z każdym człowiekiem, którego spotykamy na swojej drodze. Tak lubię o tym myśleć.

Książkę Tańczące filiżanki kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.