Auschwitz to nie obóz harcerski. Wywiad z Przemysławem Semczukiem

Autor: Sławomir Krempa

Pisząc Cyklon chciałem opowiedzieć o mierzeniu się z historią, o tym, jak trudno odkrywać historię własnych przodków i o tym, jak bardzo może być ona bolesna – mówi Przemysław Semczuk, autor powieści. 

Łatwo jest oceniać innych?

Łatwo. I bardzo łatwo nadawać ludziom jednoznaczne etykietki wynikające z ich funkcji – skoro mówimy o esesmanie, to musiał być złym człowiekiem, więźniowie z kolei zawsze musieli być dobrzy. Tyle że rzeczywistość jest trochę bardziej złożona.

Ale czy literatura zbyt często nie opiera się w ostatnim czasie na zaprzeczaniu takim etykietkom albo stereotypom? Czy nie za często spotykamy w niej – inaczej niż w życiu – „dobrych esesmanów" i „złych więźniów"?

Myślę, że to tylko wrażenie, wynikające ze swoistej „mody" na historie związane z Zagładą i Auschwitz. Nowe książki bardzo często ukazują rzeczywistość w obozach koncentracyjnych od tej bardziej „ludzkiej" strony, gdy tymczasem – szczególnie starsi czytelnicy – wychowani byli na obrazach skrajnego okrucieństwa utrwalonych w szkolnych lekturach. W lekturach tych rzeczywiście Niemcy opisywani byli jako jednoznacznie źli, bez żadnych wyjątków, co zresztą było wygodne dla władz PRL-u. 

Cyklon to opowieść o takich etykietkach właśnie?

Raczej o mierzeniu się z historią, o tym, jak trudno odkrywać historię własnych przodków i o tym, jak bardzo może być ona bolesna. Z drugiej strony w Cyklonie chciałem pokazać, że nie możemy zyskać pełnego zrozumienia wydarzeń z przeszłości. Trudno nam zrozumieć prawa rządzące ówczesnym światem, trudno pojąć decyzje, jakie musieli podejmować nasi bliscy, dlatego ich jednoznaczna ocena może być niepełna lub wręcz niesprawiedliwa.

W Cyklonie poznajemy historię dwóch kobiet, które bardzo pragną poznać historię swojej rodziny.

Tak, tyle że Kasia i Małgorzata podążają za kolejnymi śladami, jakie odkrywają, nie bardzo wiedząc, dokąd ta historia prowadzi. Nie wiedzą, że sięgną tak daleko i że decyzje ich przodków, podejmowane w roku 1945, mają tak duży wpływ na ich obecne życie. 

Prowadzi zaś wprost do Auschwitz i w swojej książce odtwarza Pan wydarzenia, które rzeczywiście miały miejsce w obozie, historie, które już z literatury obozowej znamy.

Tak, między innymi historię Mally Zimetbaum i Edka Galińskiego, których czasem określa się mianem Romea i Julii z Auschwitz. Tworząc moją książkę, bazowałem na relacji Wiesława Kielara, na dokumentach, które były w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Spędziłem w archiwum Muzeum wiele dni, żeby historię, którą opisuję, w pełni zrozumieć, by jak najpełniej poznać kontekst wydarzeń, o których piszę. I staram się zbyt wiele w tej opowieści nie zmieniać, nie traktować jej czysto pretekstowo.

Bo Cyklon to powieść oparta na prawdziwej historii.

Tak, to literackie rozwinięcie reportażu, który napisałem dla „Newsweeka". Tekst ten pojawia się zresztą w mojej książce – wraz z komentarzem – by czytelnicy mogli zweryfikować, które informacje są potwierdzone, które zaś stanowią literacką fikcję. Materiał prasowy żyje bardzo krótko, dlatego chciałem tę historię przypomnieć lub przybliżyć czytelnikom, którzy jej nie znali. Chciałem też pokazać coś, z czego sam długo nie zdawałem sobie sprawy. W archiwum Muzeum Auschwitz każda postać związana z obozem ma swoje fiszki, nieco przypomina to katalog biblioteczny. Podobnie było w przypadku Edwarda Lubuscha, „dobrego esesmana", który stał się bohaterem mojego reportażu. Zaskoczyło mnie to, że wśród stosunkowo licznych relacji więźniów, którzy podkreślali, że Lubusch był postacią pozytywną, był dobrym człowiekiem, który starał się im za wszelką cenę pomagać, pojawia się i taka, której autor podkreśla, że był zły i bił więźniów. Doktor Adam Cyra wyjaśnił mi, że esesmani musieli przede wszystkim dbać o pozory. Nie mogli wszem i wobec okazywać więźniom swej życzliwości, pomocy musieli udzielać dyskretnie. W przypadku Lubuscha mamy informację o tym, że za zbyt łagodną postawę został wysłany do kompanii karnej w Dachau, gdzie miał nauczyć się „odpowiedniego" traktowania więźniów. Możemy sobie tylko wyobrażać, co tam zobaczył, skoro po powrocie jeszcze bardziej łagodnie odnosił się do więźniów. Jedna krytyczna relacja – szczególnie na tle kilkunastu głosów bardzo pozytywnych – nie może przesądzać o ocenie postawy danego człowieka.

A jednak Lubusch nie chciał nigdy przyznać się do swojej przeszłości. Więcej – tworzył mity, nawet opowiadając swą historię najbliższym.

Tak, syn Lubuscha opowiadał, że jego ojciec miał trafić przed niemiecki sąd wojskowy w związku ze swą dezercją i wywinąć się od kary. Podobno adwokat Lubuscha podkreślał, że od tego, co widział, jego klientowi pomieszało się w głowie. Taka relacja jest zupełnie niewiarygodna, nie tak wyglądała wojna. Lubusch był żołnierzem, nie mogło być żadnego sądu ani adwokata, dezerter zostałby po prostu zastrzelony na miejscu. Równie mało prawdopodobne jest to, że Lubusch w Niemczech zdobył polski mundur, po czym na własną rękę wrócił do naszego kraju. Rzecz w tym, że armia z Berlina nie wracała do Polski autostopem, formowano oddziały, wycofywano je na tyły, przez jakiś czas koszarowano żołnierzy, a dopiero potem odsyłano ich do cywila.

Cała ta konspiracja, tworzenie mitów o własnej przeszłości były konieczne?

Relacje więźniów były dla Lubuscha korzystne, więc raczej nie. Doktor Cyra w rozmowie ze mną wielokrotnie podkreślał, że Lubusch był dobrym człowiekiem i nie miał się czego obawiać. Ale pracuję nad dokumentacją do kolejnej książki, wertuję stosy gazet z PRL i często trafiam na notki o procesach nazistów czy esesmanów, oskarżonych o zbrodnie wojenne. Aż do lat osiemdziesiątych takich procesów było stosunkowo dużo, można więc zakładać, że Lubusch bał się, że jeśli jego przeszłość wyszłaby na jaw, to nawet, gdyby nie trafił przed sąd, wykluczonoby go ze społeczeństwa. Lubusch mógł się obawiać, że jego rodzina będzie stygmatyzowana, że będą musieli wyjechać, przeprowadzić się. Inna rzecz, że sam Lubusch nie mógł wiedzieć, jakie relacje o nim trafiły do Auschwitz. Dopiero wydanie książki Anus Mundi Kielara mogło dać Lubuschowi pewien obraz oceny jego postawy przez Polaków. Ale i tam relacji odnoszących się do niego nie było zbyt wiele. Musiałby zajrzeć do archiwum Muzeum Auschwitz.

Wchodząc do Auschwitz, potrafił Pan się zdystansować, wchodzić tam – właśnie – jak do muzeum, nie jak do miejsca, w którym rozegrała się niewyobrażalna tragedia? 

Po raz pierwszy trafiłem do Auschwitz jako nastolatek podczas wycieczki szkolnej. Szczerze mówią, nie pamiętam, jakie wtedy były nasze emocje czy uczucia. Dziś nie wchodzę do Auschwitz bramą główną, tylko wejściem dla pracowników. Administracja Muzeum, wydziały naukowe, archiwa mieszczą się zaś w dawnych koszarach SS i choć z zewnątrz wyglądają jak pozostałe bloki, wewnątrz nie czuje się tej atmosfery. Spędzałem całe dnie w czytelni archiwum, ale na koniec, wychodząc, mogłem przejść przez obóz, ekspozycję, przejść pomiędzy blokami. Wówczas rzeczywiście przenosimy się do innego świata. Do dziś bardzo wiele osób chce ten świat poznać, zwłaszcza z zagranicy. Okna archiwum, w którym pracowałem, wychodzą na bramę z napisem „Arbeit macht frei". Wystarczyło unieść głowę, by zobaczyć licznych turystów, którzy zatrzymywali się przy niej. A latem – ponieważ okna były otwarte – wystarczyło posłuchać ożywionych rozmów, najczęściej w językach obcych. Wśród odwiedzających Auschwitz było wielu obywateli Izraela, którzy potrafią przebyć kilka tysięcy kilometrów, by uczestniczyć w prawdziwej lekcji historii. Jestem ciekaw, czy równie często do Oświęcimia jeżdżą dziś wycieczki szkolne z Krakowa. 

Nie wiem, czy częściej nie czerpią całej wiedzy o Auschwitz z nie najlepszej literatury...

Moim zdaniem problem zaczyna się już na lekcjach historii, bo nasz system edukacji jest – delikatnie mówiąc – nie najlepszy. W liceum mamy mniej lekcji historii niż religii, nie ma się więc co dziwić, że młodzież wychodzi z nich niezbyt dobrze wyedukowana. Co gorsza, podobnie jak w komunie, coraz częściej uczy się w naszych szkołach historii mocno nacechowanej ideologią, historii „z tezą". Kiedy prowadziłem w szkole zajęcia dla młodzieży, próbowałem znaleźć płaszczyznę porozumienia z młodymi ludźmi, by opowiedzieć im o pisaniu. Okazało się, że jedyny temat związany z historią, który mają doskonale opanowany, to Żołnierze Wyklęci. Tu bili mnie na głowę znajomością rozmaitych szczegółów, równocześnie nie wiedząc prawie nic o Auschwitz. Problem także w tym, że Żołnierzy Wyklętych postrzegali wyłącznie przez pryzmat walki z komuną, traktując ich jako postaci kryształowe, zapominając o tym, że czasem mordowali oni chłopów odmawiających udzielenia pomocy partyzantom.

I w ten sposób powracamy do etykietek, stereotypów i zupełnie mylnych wyobrażeń o przeszłości, które złe książki o Auschwitz tylko utrwalają. Nie boi się Pan, że ze względu na to, że w Cyklonie – powieści przecież – również obecny jest wątek obozowy, ktoś postawi Pana książkę obok Tatuażysty z Auschwitz albo oskarży o chęć zarobienia na tragedii Zagłady?

Nie jestem Remigiuszem Mrozem i nie mam aż takiego nakładu. Choć powieści rzeczywiście trafiają do szerszego grona czytelników niż reportaże – między innymi dlatego właśnie Cyklon przybrał ostatecznie formę powieściową – trudno przypuszczać, by dało się na takiej książce zarobić. Pisałem ją blisko rok, nie licząc kilku lat zbierania dokumentacji. To zupełnie inna literatura. Budując fabułę, muszę dbać o rzetelność i prawdę historyczną, wszelkie informacje sprawdzając. To nieporównywalnie bardziej czasochłonne niż pisanie literatury popularnej.

Kompletnie nie rozumiem, z czego wynika światowy fenomen Tatuażysty z Auschwitz. Ilość błędów, jakie popełniła autorka, jest po prostu przerażająca. Heather Morris dziękuje w swej książce za pomoc w researchu, tymczasem wystarczyłoby wejść na stronę Muzeum Auschwitz (jest dostępna w języku angielskim), by uniknąć mnóstwa naprawdę poważnych błędów. Tymczasem autorka wysłuchała po prostu historii swojego bohatera, która – powtarzana przez lata – nabrała zupełnie innego wydźwięku niż na początku. Bo tak to już jest z ludzką pamięcią, że czas bardzo mocno zmienia nasze wspomnienia.

Rozmawiałem kiedyś z dyrektorem Cen-Ratu w Bytomiu. Brał udział w wielu akcjach ratowniczych, niektóre bardzo dobrze pamięta. Mój rozmówca wyjaśnił wówczas, że po 30 latach w opowieściach górników w karczmie piwnej ogień, który miał rozmiar ogniska, rośnie do wysokości stropu. Podobnie mogło być w przypadku Tatuażysty... – bohaterowi zatarły się w pamięci pewne rzeczy, inne wspomnienia urosły i powstał prawdziwy koszmarek. Problem w tym, że autorka nie zweryfikowała najprostszych informacji – jak choćby tej, że więzień obozu prosi polskiego robotnika o Auschwitz o penicylinę – tymczasem pierwsza polska fabryka penicyliny powstała już po wojnie. Czytając Tatuażystę..., można odnieść wrażenie, że Auschwitz to obóz harcerski, gdzie po pracy wychodziło się za barak i siedziało razem, trzymając się za rękę. Że koszmar „włączano" od ósmej do szesnastej, a potem robiło się całkiem sympatycznie i miło. Niestety, było zupełnie inaczej. 

Książkę Cyklon kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Cyklon
Przemysław Semczuk

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Topielice
Sylvia Wilczyńska
Topielice
Siódma ofiara
Aleksandra Marinina;
Siódma ofiara
N.P.
Banana Yoshimoto
N.P.
Hotel Aurora
Emilia Teofila Nowak;
Hotel Aurora
Dom z widokiem na szczęście
Klaudia Duszyńska
Dom z widokiem na szczęście
Pokaż wszystkie recenzje